yoze

Gdy pierwszy raz podążałem autostradą na spotkanie świata znanego mi z pocztówek czy map, kipiało we mnie pragnienie ujrzenia na własne oczy tablic z ich nazwami. Dotychczas mając ich obrazy jedynie w umyśle, uważałem ich prawdziwość za swego rodzaju bajkę bez tytułu. Jako dziecko mediów wierzyłem w ich obrazy skatalogowane w świadomości, ostrożnie zdjęte z map, pieczołowicie owinięte w wakacyjne marzenia – spoczywające w umyśle – czekające na odpowiedni moment.

Zurych, Berlin, Lille, Paryż, Londyn, Oxford… Rząd liter tworzących obraz jakiego nikt nie widział, szereg znaków istniejących tylko dlatego, że są razem w układzie nadającym im sens dla jednych banalny [zwyczajny], dla drugich nadzwyczajny żeby nie powiedzieć magiczny. Zwiedzanie z autostrady jest niemożliwe, nic nie widać, jedynie droga i zwiastun miasta mijanego nieopodal, napis urasta do rangi symbolu w którym zawiera się szereg skojarzeń, prawdziwych lub nie, którego wizualizacja – stanie się miasta jako obraz – nie jest potrzebne – wystarczy wariacja liter oraz ich aura.

„Nie muszę być w Norymberdze, żeby przez nią przejeżdżać” – turystyka drogowa jeżeli w ogóle można mówić o takim zjawisku nie robi zdjęć, nie kupuje pamiątek, nie chce pocztówek i nie wysyła pozdrowień ale wszystko wie, słyszy i widzi – choć prawdopodobnie jedynie tworzy Baudrillardowskie simlacrum turysty, miast i zabytków. Miastem drogi jest stacja benzynowa, najpotrzebniejsza z potrzebnych staje się toaleta, a osiedlem jest nie tyle feeria wież, gmachów i masztów – i tak niewidocznych – ale warkocz rozjazdów, znaków drogowych, tablic i cyfr.

„Nie muszę widzieć miasta, żeby mówić że w nim byłem” – autostrada jest jak żyła krwi – idealna, efektowna ludzką technologią, głośna i zawsze pełna pojazdów. Jeżeli przejeżdżać przez jeden kraj, tylko autostradą, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszyscy w tym kraju jeżdżą samochodami i jedyne sklepy to wyłącznie te przy autostradach z częściami, oponami, ubraniami lub autosalony. Wyobraźnia dziecka mediów postrzega autostradę jako krwiobieg, sznur samochodów jak cząsteczki krwi, strugę asfaltu jak osocze. Każde mijane miasto i sznur naczyń które doprowadza do głównej drogowej aorty są jak kolejne serce – pompa z niesłychaną siłą pchająca naprzód chmurę pojazdów i spalin. Nadająca prędkość – nadzieję – emitując na blaszanych, monstrualnie wielkich znakach odległość do kolejnej drogowej śluzy.

Podziw dla budowniczych takiej drogi mija szybko. Epoka mediów cyfrowych, gdzie nie istnieje już prawda, fałsz, piękno lub brzydota tylko ich symulacje, uczy w stopniu niemal doskonałym likwidowania dysonansów globalności z lokalnością, czystości z brudem, powietrza z gazem spalinowym, sytości z głodem. Wystarczy do tego chwila, moment wzruszenia jest jednocześnie jego wspomnieniem. Dziecko mediów nie chce miasta i jego muzeów, kart wstępu, kamienic, skorup kościołów, symulacji starych obyczajów. Jeżeli dla dziecka mediów świat jest jak portal internetowy to wystarczy link, odsyłacz hipertekstowy względnie banner billboardu, aby pojąć całość, wyczuć atmosferę a właściwie jej kondensat nie tyle spostrzeżony co skopiowany, zrzucony na twardy dysk.

Autostrada to turystyczny download. Ahumanistyczny, bezcielesny. Samochody jadą, zda się, same – krajobraz jak tętnica wykładana asfaltem swoją monotonią kojarzy się z kalejdoskopem, pętlą animacji czy wstęgą Mobiusa. Umysł drzemie rozwadniając jedno tylko pytanie: czy tak naprawdę jedziemy. Nie istnieje gdzieś, nie ma kierunków świata. Jedyny kierunek to prosta naprzód – innego nie ma, jest niemożliwy, nie istnieje. Co za wspaniałe spełnienie snów cyberczłowieka: absolutny – niemal nihilistyczny – spokój szumów, oddzielonych szybami świstów, znajomy zapach spalin [miasta] pomiędzy polami – bezpieczeństwo zwiedzania, które gwarantuje przebywanie w samochodzie bez konieczności jego opuszczania.

Zakręt jest wydarzeniem samym w sobie pustym. Pustość zakrętu lub każdego rodzaju urozmaicenia – potęgują zawsze proste kierunkowskazy, zmęczenie, monotonia krajobrazu. Zakręt to zbiór bez elementów tak jak elementy całej autostrady nie mają zbioru. Jedynie po pewnym czasie jak przyjęło określać się powrót do domu, te elementy stapiają się w całość nazywaną wspomnieniem, pamiątką – to tylko dane zapisane na ludzkim dysku. Ruchomy numer komputera [ IP ] zmieniam na stały. Pozostaje kilka plików graficznych, zdjęć, tekstów w edytorze i znajoma potoczność, która nie ucierpiała wskutek dziwnych trafów na drodze. Autostrada jest tak bardzo uporządkowanym światem – bezkolizyjne skrzyżowania, zjazdy, rozjazdy, doskonała nawierzchnia, oświetlenie. Wypadek drogowy jest niemal wykluczony, nie istnieje śmierć, droga jest prosta a kryterium transgresji celu w cel, początku w koniec to tylko i tylko prędkość.

Człowiek jest widzem. Niezależnie od miejsca – ruchome wielkie kino – ciągły serial a właściwie jeden odcinek powtarzany nieskończoną ilość razy. Kiedy wysiadam na stacji benzynowej czy przy restauracji jestem zaskoczony obecnością innych ludzi. Współtowarzysze podróży której nie ma – więc ich również nie ma. A jednak przyglądają mi się ciekawie, mrużąc oczy jakby wyszli z kina, rozprostowując nogi jakby cały czas było im niewygodnie, pośpiesznie szukając monet na toaletę.

Zanim znowu pojadą klikają na link kierunku wylotowego.

Berlin <10>, Frankfurt <3>, Dortmund [1]

viii.ad2003
Marcin Y