yoze

Przypominam sobie jeden z wykładów z Estetyki gdzie o lotnisku słuchałem z pewnym zdziwieniem laika. Obojętnie przyswajane fakty zmaterializowały się szybciej niż mogłem przypuszczać. Lotnisko gdzie tysiące ludzi przewija się codziennie, gdzie ląduje kilkadziesiąt jeżeli nie kilkaset samolotów na godzinę, gdzie wchodzi się by zmienić nieraz wszystko: język, kulturę, pieniądze, wartości i świat.

Dla wyznawców postmodernistycznej dekadencji port lotniczy będzie tą transgresyjną bramą umożliwiającą nieskończoną ilość razy, zmianę powłoki, ciała nazywanego tylko wtedy materią jeżeli służy jako podkład do kolejnego – potocznego lub nie – malunku. Zmęczenie nie gra roli, czas nie gra roli, pieniądze również a tym bardziej odległość. Swoisty holocaust, skojarzenie z komorą gazową lub krematorium gdzie człowiek – jeszcze materialny – znikał, rozpływał się na atomy czy garść prochu.

Skojarzeń jakie nasuwają się w czasie pobytu [długiego] na lotnisku nie sposób opisać kompletnie. Wyłapać można jedynie garście z potopu wrażeń, fenomenów, zdziwień nad możliwościami człowieka. Zachwyt czysto inżynieryjny jakiego doznaje widz w pierwszych chwilach zamienia się, w miarę upływu czasu, w zniechęcenie elementu wielkiej maszyny, posłusznego trybu o mózgu pogrążonym w letargu, kierujący się najprostszymi potrzebami i zwracający uwagę na najpotrzebniejsze, żeby nie powiedzieć, najbardziej instynktowne zależności: bliskość toalety, gęstość tłumu, świeżość powietrza.

Kontrast skojarzeń zawieszony w czasie oczekiwania będący jednak pozbawiony pewności co do jego końca: kiedy, dlaczego, inaczej? to pytania których odpowiedzi nie istnieją, których zniknięcie jest szybsze niż znikanie ludzi, ich ciał.

Jeżeli spojrzeć na tablicę odlotów, która jest jak indeks ważniejszych miast świata jeżeli nie wszystkich, to można zamknąć ogrom planety, jej globalizm do jednej dłoni zamykającej w pewnym momencie oczy zmęczone sztucznym światłem.

Poziomy, terminale, platformy i tarasy przecinają się we wszystkich kierunkach, trudno jest znaleźć orientację, lewo staje się prawym, przód tyłem, własna urbanistyka lotniska sprawia, że pasażer przemyka przez nie bezwiednie kierowany nieomylnie kolorami strzałek. Zatraca się granicę pomiędzy ziemią a podziemiem czy piętrami używając ruchomych schodów, wind, pchając wózki z bagażami.

Nienawykły do bombardowania globalizmem człowiek jest skazany na czekanie. Ma dla siebie jedynie krzesło – zbyt małe by było wygodne ale dość miękkie by siedziało się dobrze – oraz wskazówki zegara odmierzające czas, głuche na wszystko, podległe działaniu mechanizmu i baterii napędowej. Szum głosów, języków, głośników, komunikatów, kroków zlewają się w jeden wielki motoryczny łoskot. Nie ma już pojedynczych kontekstów ludzi, kultur, ras i języków. Jest tylko jeden naczelny paradygmat: podróż.

Lotnisko to miasto bez mieszkańców, mieszkańcy bez miasta, splot żył z gazem, prądem i wodą tak naprawdę są dla nikogo. Ogrom obrazów, ich kaskada albo lepiej lawina spadająca na przyszłego pasażera. Nie ma tu podziałów klasowych, nie ma najmniejszych różnic gdyż wszyscy są pasażerami. Każdy jest równy, jego podłużny bilet lotniczy daje mu takie same prawa do kontroli, czekania, płacenia, odlotu. Wszelkie różnice znikają po wejściu do terminalu a wracają z powrotem po wejściu na pokład samolotu kiedy musi następować moment ulgi.

Świadomość, że to tylko dziewięć albo aż dziewięć godzin nastraja jeżeli nie pesymistycznie to rezygnacyjnie. Powoli przestaję czuć się własnym „Ja”. Zaczynam przypominać automat odstawiony w kąt przez jakąś litościwą rękę, skazany na wieczny bezruch gdy wszystko dookoła mnie płynie. Wielkość lotniska jest wartością niemal absolutną, niemal nic innego nie może konkurować z wielkością. To w tej kategorii opisu zamyka się wszystko, wszystko też określa się ilością: loty, czas oczekiwania, ceny, ludzi, powierzchnię nośną, liczbę miejsc.

Jedyne co konkuruje z wielkością to usługowość. Sklep z kremami, ręcznikami, kosmetykami wcale nie pierwszej [podróżnej] potrzeby to wydaje się kaprys. Ale jest. Tak samo jak puby czy restauracje umieszczone zgodnie z instynktem człowieka miasta pod ziemią, niedaleko stacji S-Bahn, zachowujące wszelkie rygory miejsc odpoczynku. Usługi: wymiana walut, bank, supermarket, restauracje, McDonald, kosze na śmieci, toalety, przechowalnie bagażu, parkingi i inne są wspólnie z wielkością ostatnią albo pierwszą pocztówką podróżnego jaką otrzymuje od żegnanego bądź witanego kraju gdzie przybywa lub wraca.

Jeżeli czekasz na lotnisku to znaczy, że zgadzasz się na pranie mózgu z wszelkich nadziei, pamiątek, obrazów, przygód. Wszystko w czasie czekania w miejscu gdzie przecież nie można się nawet zatrzymać odgradza się od Ciebie barierą, owija dookoła postumentu z twojego ciała taśmę z napisem „Achtung! Caution!” i zda się, że chce przymocować otwór na wrzucanie monet z okrągłym nominałem.

Kiedy jesteś na lotnisku masz wrażenie że za chwilę zza rogu wyłoni się twój znajomy, ktoś kto nie ma prawa tu być a jednak jest, oczy błądzą leniwie, starasz się spać ale kalejdoskop obrazów i dźwięków absolutnie na to nie pozwala.

Przyglądając się podróżnym, widzom masowego, postmodernistycznego, poppodróżowania zauważyć łatwo że najwięcej problemu jest z nogami. Nogi na górze, na dole, pod sobą, przed, zgięte, rozsunięte, skurczone – ich pozycja [wygodna] to utrapienie czekania, przekleństwo tych którzy na nie skazują stwierdzając przy okienku „sorry, its full”. Splot wszelkich ludzkich namiętności, życzeń i marzeń zbiega się w jednym węźle ludzkich nóg. I tak dobrze, że jest klimatyzacja – trudno sobie wyobrazić co by było bez niej. Zresztą to tylko europejskie przyzwyczajenie, stara porządna – wydaje się – Europa pozostaje za nami, za szklanymi drzwiami, przed miastem portu lotniczego.

Zmęczenie. Zmęczenie wszystkim. Oczy leniwie opadają niżej, powoli cały ten tłum malowany wszystkimi kolorami przestaje ciekawić, podobnie tablica z odlotami, podobnie sklepy i pasaże. Wszystko zdaje się być jedną stopioną w ciężar powietrza, chwilą. Wbity koniecznością czekania człowiek nieruchomieje, zgina się, zasypia…

Raj dla kolekcjonera ozdób, czapek, ubrań, biżuterii, posegregowanych śmieci, dźwięków, slajdów, skóry…

Marcin Y Gałęcki
viii.ad2003