yoze

Anglia to nie jest deszcz i mgła. Czy może jakimś kaprysem losu zostałem obdarowany spiekotą zda się wyciętą z rozgrzanego powietrza tropików. Nie jestem pewien czy faktycznie dżdżyste klimaty Walii, które zostawiłem za sobą nie bez żalu, przenoszą się podmuchem wiatru nad Oxford.

W piecu południowego, zenitalnego słońca dokonuje się szał zwiedzania. Wielka fabryka, czynna dla gości od rana do późnego wieczora a dla mieszkańców przez całą dobę, zagarnia w siebie nowe stosy ludzi, kolejki czekających na bilet, tysiące i miliony przedmiotów. Słowo przedmiot – jego ikona – przestaje mieć sens. Bo jak nazwę człowieka, który mówi przez całe życie ten sam tekst jak słuchawka telefonu, przed siebie, byle tylko zwrócony w stronę gości. Jak patrzeć na sprzedawcę folderów i pamiątek, jak nie na drukarkę wypluwającą przedmioty niecodzienne tylko dlatego, że są tu i teraz. Jak nazwać turystę jeżeli nie bardziej lub mniej [zależy od czasu, planu podróży] przypadkowego widza tego cyrku podpartego gotyckimi kolumnami, przyporami, słupami mielącego bez smaku tą odrobinę usłyszanej przed chwilą [lub wydrukowanej] historii.

Wszechobecny kurz tworzy patynę czasu, starości – takiej jak z obrazka: siwa głowa, pełna [zapewne] mądrości, żywe pomniki przyrody. Masowa turystyka zadaje kłam wszelkim pragnieniom zobaczenia, poznania, przeżycia. Nie przeżywasz, bowiem jeżeli walczysz o miejsce jak najlepsze do zrobienia zdjęcia. Nie widzisz tego, co chciałeś widzieć, jeżeli spoglądasz z perspektywy kolejnego numeru biletu w kolejce. Nie umiesz zapamiętać się w pięknie gdyż jest ono sztuczne – podlega estetyzacji, obróbce fabrycznej.

To sztuczność skorupy kościoła bez ducha powinna być obiektem zwiedzania a nie pozostałość jego śladów. Budynki puste, wypatroszone czerepy, pozbawione zawartości kamienne bryły. Zwyczajny [jakże relatywne słowo, jeżeli wpleść je w kontekst czasu i miejsca] college nie fascynuje nikogo, jeżeli jest dostępny w ponad trzydziestu rodzajach. Nikogo nie obchodzi tak naprawdę historia miejsca, które jest tylko po to by potwierdzić nazwę. Oxford jest ikoną tego, co chcemy zobaczyć i co zobaczyliśmy. Czas teraźniejszy nie istnieje – rozmywa się niepostrzeżenie na dziesiątki banalnych – właściwych każdej atrakcji turystycznej: niezależnie od rangi i miejsca – czynności. Nie istnieje coś takiego jak zwyczajność w świecie sfabrykowanym do ostatniego kamienia. Nie ma zwyczajnych ludzi tylko przewodnicy, ochroniarze, sprzedawcy. Teraźniejszość pełna jest mechaniki tubylców połączonej z majestatyczną obojętnością budowli spoglądających łagodną ironią przez wskazówki zegarów. Dla widza-turysty teraźniejszość jest nieuchwytna a wszelkie rozpaczliwe jego działania – najczęściej przez nabywanie pamiątek – to chwilowe przypływy ślepej nadziei, aby kiedyś postarać się wrócić. Absurd: symulacja zwiedzania reaktywuje wraz z czasem symulację atmosfery.

Świętokradztwo dokonuje się na sztuce, historii, ale nie na ludziach. Na nich czyni się zwykły handel, który został znakomicie oswojony zarówno przez oferentów jak i potencjalnych kupców. Nie ma nikogo, kto skręciłby bicz i wyrzucił z przybytku zda się nauki kupców, handlarzy i… wiernych tej świątyni turystycznej ekstazy.

Tłum płynie leniwie – jedząc i popijając – czynności dokonują się samoistnie. Indywidualny kontakt z miejscem jest równy zeru. A przecież tylko wtedy dotykasz przeszłości, jeżeli twoje palce czytają ślad rylca kamiennych, grobowych tablic. Tylko wtedy możesz przenieść się w świat już dawno martwy, gdy wejdziesz do jednego z kościołów grobowców – nie tylko ludzi tam pochowanych, ale i czasu, który z definicji nie zmartwychwstaje. W tym momencie śmiałek, który chce tego dokonać jest bezsilny gdyż nie ma chwili, kiedy nie przeszkadza mu obcy język, kiedy nie błyśnie flesz, kiedy nie rozlegnie się krzyk dziecka szukającego rodziców. Wydaje się jakby na zasadzie – przewrotnej w swej istocie – umowy społecznej wszyscy pilnowali się nawzajem. Totalitarna turystyka – wszyscy się pilnują, każdy zna swoje miejsce, nikt nie rozumie sensu za to każdy chce żeby dzień się skończył.

Nie ma wrażeń – są ich substytuty – nie ma czystego podziwu, zachwytu nad nie tyle samym tworem, co życiem [w kontekście sztuki dzieło jest życiem i życie jest dziełem]. Wyobrażenia wizualizują się na krótkie momenty żyjące zgodnie z wartością migawki aparatu fotograficznego. Każda turystyka [może wyłączając przyrodę] jest formułowaniem wrażeń, zbieraniem bodźców, przenoszeniem ich na światłoczułą kliszę. To ona tak naprawdę jest wartością – pamiątką z podróży, towarem przewożonym bez cła i kontroli przez La Manche i dalej do domu. Na maszynę zrzucana jest odpowiedzialność za wspomnienia. Nie umiemy pamiętać. Raz przez samą banalność kontekstu, w jakim widzimy dziesiątki pomników historii – zlane w jedno, maksymalnie estetyczne, dokładnie takie, jakich oczekiwaliśmy, przez co są bez tajemnicy, niepociągające, niewzbudzające chęci zagłębienia się przez nie w kraj, w którym jestem – z drugiej strony sam nie wiem, czego poszukuję, czego chcę się dowiedzieć, co znaleźć. Na jakie pytania nie znam odpowiedzi, co mnie tu przywiodło? Czy chęć odpoczynku – spokoju będącego tu najcenniejszym dobrem? Ludzi, których można spotkać nie ma – jest rzeka tłumu. Fasady ulicznych sklepów, kamienic stają się pudełkiem, w którym chowam wszystkie klatki zdjęć, jakie nieustannie odświeża mój umysł. Doświadczam paradoksu gdzie liniowy schemat turystyki wygrywa z odwiecznym – naturalnie ludzkim – odruchem poznania. Zasypiam z otwartymi oczami. Hipnoza ludźmi w kadrze własnych oczu.

Siedzę na kamiennej ławie w centrum miasta, jem tostowy chleb pozbawiony smaku. Nie interesują mnie budowle, zabytki, pamiątki, ludzie. Czuję się zmęczony tym, co za mną i kilometrami cierpliwie czekającymi na swoją kolej.