cyberbadacz

Pozostawmy na razie dywagacje humanistyczne i zatroskanie kondycją współczesnego człowieka a przyjrzyjmy się sytuacji w której chcemy znaleźć jakąś informację. Wiadomo, do biblioteki to chodzą ramole, poza tym półki wciąż straszą dziełami z poprzedniej epoki, których przystawalność do dnia dzisiejszego jest znikoma. Więc Internet. Znamy problem, znamy z grubsza reguły jakie pozwalają na przekazanie naszych sugestii co do sposobu wyszukiwania wyszukiwarkom, wpisujemy frazę, wciskamy Enetr. I? Marek Oramus, znany pisarz nurtu fantastyki opisuje to tak w jednym z artykułów w „Polityce” („Mózg w malinach”, 18/2000): „chcąc się np. dowiedzieć z Internetu, jaka jest masa elektronu, w pierwszej dziesiątce odpowiedzi na hasło „elektron” (na 4096 dokumentów posortowanych według trafności) zostajemy odesłani do firmy komputerowej, operatora Internetu, katalogu firm elektronicznych, pewnej spółki cywilnej, wydawnictwa, innej firmy, a nawet domu studenckiego z Gliwic, który urządził sobie własną stronę internetową. Mamy pecha: nasze hasło cieszy się znacznym powodzeniem jako nazwa różnych rzeczy mało mających związku z fizyką. Istotne jest też, jak się zadaje pytanie, gdyż już na hasło „masa elektronu” na pierwszych dwóch pozycjach otrzymujemy prawidłową odpowiedź. Jednakże w tym czasie, gdy komputer staje się zdolny do pracy (trwa to około minuty), gdy łączy mnie z Internetem, zdążyłbym dojść do półki ze słownikiem fizyki i bez kłopotu znaleźć to, co mnie interesuje.” Oramus by nie być posądzonym o swoja jednostkową niechęć do nowego medium przytacza też poglądy jednego z twórców Arpanetu, Clifforda Stolla, które tak oto można streścić: „tylko niewielki procent informacji, jakie otrzymujemy tą drogą, jest naprawdę przydatny, surfowanie po sieci odwraca naszą uwagę od rzeczywistości i przesłania problemy społeczne, technika ta preferuje życiową bierność, izoluje ludzi od siebie, umniejsza wagę prawdziwych przeżyć, szerzy wtórny analfabetyzm, zabija kreatywność. Zamiast iść na spacer i zobaczyć z bliska drzewo, oglądamy je na monitorze. W miejsce autentycznego przeżycia instalujemy sobie namiastkę”.

Obiecany dostęp do raju informacji na wyciągnięcie ręki miałby być fikcją? Niespełnionym marzeniem? Gdyby tak tylko było, problem nie byłby zbyt wielki. Kłopot z informacją nie polega bowiem na tym, że ciężko ją znaleźć w jej ilości ale na tym, że wdziera się ona w nasze życie bez naszej wiedzy i zgody. Mieczysław Alojzy Kłopotek we wstępie do swojej informatycznej książki: „Inteligentne wyszukiwarki internetowe” pisze takie oto zdanie: „Dziś człowiek codziennie jest konfrontowany z taką ilością informacji, którą otrzymywał jego przodek przed 300 laty w ciągu całego swojego życia”. Jako, że pan Kłopotek humanistą nie jest, zdanie to nie stanowi dla niego problemu innego, niż pewne zadanie do rozwiązania, czemu poświęca dalsze strony pisząc o skryptach CGI, probabilistycznych metodach wyszukiwania informacji czy algorytmach minimum entropii. Problem jednak pozostaje i pozostawienie jego rozwiązania samej tylko techne może prowadzić w oramusowe maliny.

Oczywiście przeświadczenie, iż wszyscy eksperci technologii informatycznych pozbawieni są umiejętności innej niż techniczna refleksji jest nieprawdziwe, mowa raczej o ogólnej tendencji w dyskursie techniczno-ekonomicznym. Dla przykładu prof. Ryszard Tadeusiewicz, rektor AGH, cybernetyk, obecnie prowadzący badania nad społecznym fenomenem sieci informatycznych jako jeden z pierwszych użył pojęcia „smogu informacyjnego”. W rozmowie z Piotrem Legutko w „Tygodniku Powszechnym” (23/2002) tak go oto charakteryzuje: „lawinowo rośnie liczba źródeł informacji, ale ich wartość jest często żadna. Smog jest produktem prymitywnego procesu spalania byle czego, byle gdzie i byle jak. Przez analogię, duszący nadmiar informacji paraliżuje rozwój i wykorzystanie technik informatycznych”. Rektor ma też pełna świadomość, że problemu nie rozwiąże za nas technika: „Potrzebujemy przekształceń nie w internecie, tylko w świadomości jego użytkownika. Filtry selekcyjne muszą być budowane w umysłach – to jedno z największych wyzwań edukacji. Nasz umysł, niestety, nie jest tak sprawny, by sam wytwarzał antyinternetowe przeciwciała. Szkoły muszą zagospodarować przestrzeń stworzoną przez multimedia, bo nie chodzi tu tylko o internet. Jedynie tak można przygotować ludzi do skutecznego działania w nowym otoczeniu informacyjnym, gdzie problemem staje się nadmiar wiadomości, a atrakcyjna oferta multimedialna często jest pusta treściowo”. Tadeusiewicz podsuwa jeszcze jedną ciekawą myśl, związaną nie tyle z nadmiarem informacji co ze sposobem jej powstawania. Za klęskę systemów gromadzenia i rozpowszechniania myśli ludzkiej uważa rozpowszecnienie popularnych edytorów tekstu. Od tej pory tworzenie artykułów traci swój kolektywny charakter, coraz mniej autorów ma kontakt z redaktorem, korektorem, recenzentem, powstaje gigantyczny szum nie wiadomo gdzie napisanych tekstów. Co ciekawe, tę sytuację łatwo odwrócić na wielką zaletę światowej pajęczyny. Jak bowiem pisze filozof Robert Piłat w „Zeszytach Edukacyjnych” (3/2000): Nigdy wcześniej jednostki nie miały tak taniego i społecznie akceptowanego środka autoekspresji. Wszystkie tradycyjne media opierały się bowiem na zasadzie legitymizacji. Po to, by opublikować artykuł w prasie trzeba przekonać redakcję, że ma się coś do powiedzenia, po to, by zabrać głos w Parlamencie trzeba przejść specjalną procedurę. Innymi słowy, sfera publiczna ma swoje prawa. Tymczasem, aby zaistnieć w Internecie, “wystarczy być”. Jest to nowe zjawisko współczesnego świata, które zmusza do postawienia ważnych, filozoficznych pytań: jaka część mnie należy do sfery publicznej?, co jest komunikowalne a co niekomunikowalne?, jakie są granice intymności?, co jest moją istotą?, co stanowi o moim “Ja”?, jakie jest znaczenie formantu “auto” w słowie “autoprezentacja”?

O potencjalnym zagrożeniu płynącym ze strony nadmiaru informacji możemy się też przekonać analizując niektóre „wodne” metafory Internetu. W poswięconym temu artykule Tomasz Goban-Klas pisze: „Mamy przecież określenia; „przepływ informacji”, a także od niego pochodne, „zalew” a nawet „potop informacji”. Informacja jest tu traktowania jako odpowiednik wody, która może być kanalizowana, płynąć szybciej lub wolniej, być czysta lub zanieczyszczona. Kurt Lewin wprowadził pojęcia „filtrów” oraz „śluz” dla tego przepływu (bardziej spersonalizowane określenia to „gatekeeperzy”, odźwierni czy bramkarze). Mają one ratować użytkowników przed nadmiarem informacji, które „napływają” z różnych i licznych — tu nowa metafora — „źródeł” informacji”.

A więc czy o nadmiarze informacji należy pisać w tonie alarmistycznym? Odpowiem, że tak, ale umiarkowanie alarmistycznym, żeby nie wzbudzać paniki i nie spalić na stosie największego od lat wynalazku jakim jest Internet. Ważniejsze jednak od tego jak pisać o groźbie informacyjnego potopu jest chyba ile. Więc przede wszystkim nie za dużo. Napisać parę stron, z rozwagą, skończyć w miarę szybko by zdążyć jeszcze zrobić parę rzeczy, które Lenin nazywał rozkosznymi głupstwami i którym oddawałby się gdyby nie przeświadczenie, że należy bić po głowach, a nie głaskać, bić bez litości. A właśnie, że głaskać. I patrzeć na drzewa.

Marcin „cyberbadacz” Wiatrów