Niniejsza recenzja powstała po jednokrotnym obejrzeniu filmu Matrix:Reaktywacje. Dlatego też, w krótkim czasie można spodziewać się dodatkowych matriałów na temat Matrix’a. W tej recenzji chciałbym być tak ogólny jak to tylko możliwe.

Pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to „jaki jest to film”? Apetyty po części pierwszej (niektórych przynajmniej) był znaczne. Naiwnie zakładam – pamiętając jeszcze dawne czasy gier komputerowych – że kolejne części będą coraz trudniejsze, a przez to dające większa satysfakcję po ich przejściu. W przypadku Matrixa odpowiednikiem miało być dla mnie przesłanie filozoficzne. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałem…

Mimo szacunku jakim darzę Tolkiena, Lema, Sapkowskiego i paru innych twórców, nie przepadam za fantastyką, tak z gatunku F jak i SF. W literaturze ciężko napisać coś z tej branży i nie zbliżyć się do kiczu. W filmie, jest to chyba jeszcze trudniejsze, bo – przynajmniej dla mnie – im więcej udziwnień i pracy specjalistów od efektów specjalnych, tym gorzej przeważnie dla fabuły. Matrix:Reaktywacje ma dwie strony. Nie jest to więc wstęga Mobiusa, ale raczej moneta, chociaż nieco zakręcona. Nie mogę jednoznacznie powiedzieć (napisać), że jest to film kiepski. Aż tak źle nie jest. Przez większość czasu nie trzyma w napięciu, bo nie może. Finał nawalanek w stylu wschodnim pomiędzy Neo a innymi postaciami jest z góry jasny. To co w pierwszej części było nowe, inne i porywające, tutaj jest już nurzące i sprawiające wrażenie dłużyzn. Zauważyłem, że większość komentarzy dotycząca Matrix:Reaktywacji koncentruje się na efektach specjalnych właśnie. Co z tego że jest naprawde efektowna gonitwa po autostradzie i że nikt nie pokazał tego wcześniej w kinie, skoro to samo mogę osiągną odpalając na komputerze dobrej klasy grę komputerową?

Oglądając nowego Matrixa miałem wrażenie, że oglądam zlepek kilku filmów. Słynne sceny na autostradzie nieodłącznie kojarzyły mi się z Terminatorem 2, wiele stytlistycznych odwołań jest też do Gwiezdnych Wojen a nawet – przepraszam z wyrażenie – do StarTreka. Co do tego ostatniego, to mogę tylko delikatnie sugerować, bo żadnego odcinka/filmu nie widziałem, natomiat wielkorotnie przytłaczał mnie z ekranu ogrom kiczu. Ten sam kicz pojawia się w Matrix:Reaktywacjach – to co dzieje się tam w tzw. realu, dodane zostało chyba jedynie ku uciesze gawiedzi. Rozumiem że trzeba było pokazać głównych bohaterów odbywających stosunek (nie matematyczny wcale…), ale mógłby to być jakże wyrafinowany cyberseks (tym bardziej, że film jet pastiszem, więc i to by jakoś przeszło), a wyszły jakieś kiepskie sceny. Ogólnie motyw Zionu jest tragiczny. Dobrze że trwa tylko jakieś półtorej godziny…

Na szczęście potem zaczyna się coś dziać. Może w tym miejscu powinienem wyjaśnić, że lubię filmy po których wychodzę z bólem głowy od rozwiązywania głównej zagadki. Ideałem w tej materii pozostaje dla mnie ciągle Kontrakt Rysownika Petera Greenawaya oraz Rosenkrantz i Guildernstern nie żyjąToma Stopparda. Ku mojemu zaskoczeniu (po pierwszej godzinie/półtorej filmu) do myślenia zmuszają też Reaktywacje. Szkoda tylko, że jest tego tak niewiele. Jakże interesujący byłby to filmy, gdyby w miejsca wątpliwej jakości fikania koziołków w sutannie eksplorować bardziej problem Wyboru czy Doktora Freuda:) BTW, Freud jest genialny, i chociażby z tego powodu warto na ten film jednak pójść…

Krótko podsumowując: na film warto się wybrać, chociażby po to, żeby później móc spokojne czytać moje późniejsze wynurzenia na jego temat:) A ujmując rzecz poważnie – zachęcam do obejrzenia, bo Matrix:Reaktywacje stawiają kilka pytań, na które każdy musi poszukać odpowiedzi.