yoze

Essen, Zagłębie Ruhry. Wszystko jest snem. Nie ważne czy dobrym, złym, ciężkim czy spokojnym. Miasto w mieście, aglomeracja domów, gdzie nazwy miast – mające własne historyczne odpowiedniki, uświęcone przez tradycję – są jedynie stygmatami dawnego, tradycyjnego porządku, który odszedł i nie wróci nigdy. Odrzucenie prawdziwej historii, tradycji, wszelkiego rodzaju wartości na rzecz popkultury przedmiotu, materializmu, konsumpcji, dzikiego pochłaniania, pożerania – stapiania się z dobrem produkowanym masowo „pod klucz” przestaje być nowinką, słyszalnym komunikatem, dającym się ominąć szerokim łukiem egzotycznym zwiastunem przyszłości. Jest to codzienność, banalna tak bardzo, że aż śmieszna. Zasmucające, gdy patrzeć na szeregi ludzi niczym automaty w rytualnych powinnościach szukających następnych promocji, symboli, ideogramów, świateł: czerwonego lub zielonego.

Przedmiotem sprzedaży czyni się absolutnie wszystko w tej stolicy produkcji, stolicy przemysłu. Rzeczywistość jest ułożona z tych samych modułów, tak samo odlanych i walcowanych, tak samo narodzonych w oparach dymów fabrycznych. Nie wie gdzie i kiedy wydaje pierwszy dźwięk, nie wie przez czyje usta, bo wszystko dzieje się naraz, każde doświadczenie jakiegokolwiek kupna czy sprzedaży jest społeczne, jednostka rozmywa się tuż po wyjściu z domu, tuż po obudzeniu się, tuż po urodzeniu…

Całkowita anihilacja człowieka w płyn tłumu, miejskie osocze dokonuje się w Centrum. Wbite pomiędzy kamienice i gmachy centrum handlowe jest jak serce: pompuje nowe siły w ludzki krwioobieg, jak płuca dające ożywczy izotoniczny tlen. Rzeka głów, wszystko wiruje – fontanna obrazów, pocztówek, kalejdoskop wrażeń dotyka i porywa każdego, kto nie podporządkowuje się masie. Kto szuka własnej ścieżki tam gdzie nie ma miejsca na pojedynczy ślad, gdzie zawsze idzie się za kimś i przed kimś, nie ma prawa istnieć.

Wszelkie poszukiwanie – tożsamości, sensu albo, chociaż własnego miejsca w przestrzeni przekrytej sztucznym niebem dachu – sprowadza się do oglądania witryn, wchodzenia w interakcję. Odczuwam tylko wzrokiem, słuchem i powonieniem pozostałe zmysły oddając we władzę masy, która mnie prowadzi byle tylko naprzód. Sklep nie ma drzwi – nigdzie ich nie widać – zda się, że nigdy nie jest zamknięty. Zaczynam mieć wrażenie, że nie istnieje czas. Nie istnieje też człowiek w swojej najprostszej definicji fizycznej osobowości obdarzonej rozumem. Za to istnieje przedmiot człowieka komponowany z innymi: kosmetykami, tekstyliami, żywnością czy sprzętem video. Tylko wtedy istnieję, gdy łączę się na zasadzie swobodnego wyboru, kierowania się ceną, promocją i okazją. Łączę się z przedmiotem, towarem, produktem na zasadzie dopasowania do niego. Nie ma mojego gustu tylko moda. Świat estetyzuje, otoczenie szuka dla mnie wejścia w sieć – wszelkie nadzieje, pragnienia, doznania sprowadzone są do interakcji z towarem, przedmiotem podlegającym wytworzeniu i sprzedaży – ewentualnie przecenie.

Inny człowiek. Pojęcia wyniesione z mojego potocznego życia stają się nieaktualnym – zastawionym w komis – antykiem. Perspektywa stopienia się z tłumem ludzi nawiedzającym centrum wydaje się odpychająca. Nadziei, na jakąkolwiek inność będącą alternatywą widzianej rzeczywistości, nie ma, podczas gdy paradoksalnie można mieć wszystko. Mnogość interaktywnych sposobów zaspokojenia własnych żądz sprawia, że nie tyle nie ma rzeczywistości, co nie ma najmniejszej choćby szansy, aby ją odnaleźć. Rzeczywistość przestaje być czymś praktycznym, dającym się dotknąć. To świat zamierzchły, nieznany, którego substytut udaje się osiągnąć przez transakcję handlową, symulację, produkcję.

Nie jest nowością stwierdzenie, że jednostka zostaje skazana na zagładę w ponowoczesnym mieście. Indywidualność jest przywilejem gwiazd, ludzi mediów, wybranych w sposób niejawny, fałszywy i sztuczny. Zresztą nawet taka pozostaje ułudą, sfabrykowaną na potrzeby mody, trendu, fali maską. Człowiek istnieje tylko i tylko wtedy, gdy jest jednocześnie elementem masy. Nie bierze się pod uwagę jego oczekiwań, potrzeb, pragnień, jeżeli nie jest umieszczony w kontekście oczekiwań, potrzeb i pragnień całej grupy. Pozbawiony możliwości decyzji – jakiejkolwiek – poddaje się symulacji potęgi, bo tym są dzisiejsze Niemcy. Baudrillard określił reklamę jako kanonizację rzeczywistości. Tutejsi ludzie utopieni w kontekście pochodu przez centrum, przeglądania sklepów, witryn, portali, pozbawieni są swojego początku i końca. Istnieją dopóki są widoczni. Medialność przenosi się niewidzialnym procesem, z ekranu, monitora, emitera na jednostkę widza.

Istnieję tylko wtedy, kiedy mnie widać, wydaje się mówić każda z mijanych twarzy. Ludzkie cierpienie niweluje się do aktu pomocy charytatywnej, śmierć staje się nieuchronnością gry komputerowej – pozbawia się ją realizmu. Informacja staje się sensacją, jej poszukiwanie wyznacza krawędź sensów. Egzystencja przyjmująca kicz za przestrzeń własnej autonomii [najczęściej kupionej] nie chce prawdy tylko modę. Ta ostatnia obejmuje wszystkie aspekty ludzkiego życia: materialne i duchowe. Wymiana sumień dokonuje się wraz z nowym numerem opiniotwórczych biuletynów.

Bolą oczy od nieustannego nadążania za wszystkim, co dzieje się wokoło.

Chcę się przewrócić na drugi bok.

viii.ad2003
Marcin Y Gałęcki