W środowisku tolkienistycznym dobrze znane jest umiłowanie przez Tolkiena kultury fińskiej, w tym szczególnie Kalevali. Zestawiając z sobą twórczość Tolkiena z Kalevalą, nie sposób nie odnieść wrażenia, że Tolkien szeroko wykorzystuje wątki pochodzące z Kalevali. Jednym z takich wątków, są tragiczne dzieje Kullervo. Po analizie obu opowieści wyróżnić można 11 wspólnych lub przynajmniej bardzo podobnych dla obu postaci czynników. Są nimi:

  • Przekonanie i powszechna wiedza o Przeznaczeniu (Losie) który musi się w stosunku do bohatera dopełnić.
  • Utrata (pozorna) rodziców w młodości.
  • Przywiązanie do matki.
  • Wychowanie przez obcych ludzi i w obcym otoczeniu.
  • Późniejsza tułaczka i powracający motyw wędrówki.
  • Kiepskie wykonywanie zwykłych rzeczy – trudności w adaptacji się do zwykłego życia.
  • Wewnętrzne przekonanie o śmierci matki/siostry.
  • Małżeństwo/stosunek seksualny z siostrą.
  • Samobójstwo siostry w nurcie rzeki.
  • Rozmowa z mieczem na temat własnego samobójstwa.
  • Samobójstwo poprzez rzucenie się na miecz.

Wiedza o Losie

Po pierwsze, obie dotyczą młodych ludzi, których tragiczny los jest jakby z góry przesądzony. W przypadku Kullervo jest to widoczne nieco gorzej, bowiem w tekście nie pojawia się bezpośrednio stwierdzenie wskazujące na czekający go tragiczny los. Natomiast od początku jest to jasne dla wszystkich znających ród Hurina. Poza tym, po raz drugi Turin i jego siostra zostają przeklęci już w trakcie swej historii, kiedy robi bo Glaurung. Warto zauważyć, że Turin wie o ciążącym na nim wyroku Losu i stara się go uniknąć, nie zdając sobie jednakże sprawy, że na dobrą sprawę swymi działaniami tylko wpisuje się w łańcuch wydarzeń. Przeznaczenia Turin stara się uniknąć na wiele sposobów – zmienia miejsca zamieszkania, imiona i tryb życia. To wszystko okazuje się jednak zdecydowanie za mało i Przeznaczenie w końcu go dosięga.

Poza tym, w momentach kiedy faktycznie okazuje się kim naprawdę jest Turin, osoby to odkrywające odczuwają nieuchwytne i trudno wyrażalne przeczucie, że przynosi on ze sobą Zło. Nie jest to oczywiście zło czynione przez Turina celowo, ale raczej ciągły stan zagrożenia i życie w przeczuciu tragicznych wydarzeń.

W przypadku Kullervo sprawa nie jest tak oczywista – brak jest w tekście jednoznacznej informacji o przyszłej tragedii bohatera. Jedynymi ustępami dość regularnie się pojawiającymi są te, gdzie Kullervo jest przedstawiany jako „człowiek do roboty niezdatny”. Przekleństwo bowiem ścigające Kullervo manifestuje się przede wszystkim w niszczącej – mimo wielkiego zapału i pozytywnego nastawienia – działalności.

Dzieciństwo bez rodziców. Związek z matką. Wychowanie w obcym kraju

Z życiem tak Kullervo jak i Turina związana jest utrata rodziców. Oczywiście między obiema tymi postaciami występują duże różnice.

Kullervo traci rodziców na skutek wojny – wydarzenia w Kalevali przedstawione są w taki sposób, że losy rodziców nie są jasne. Cały czas jednak Kullervo traktuje ich jako nieżyjących i wiadomość o tym, że żyją i mają się dobrze jest dla niego dużym zaskoczeniem. Niezależnie jednak od tego, wychowuje się on w obcym domu, wśród obcych ludzi, nie zna matczynej czułości a w okresie niemowlęctwa doznaje jedynie niechęci ze strony Untamo i prób zamachu na swoje życie. Odnosząc się zresztą tylko do słów Kalevali, wszystkie nieszczęścia spadające na Kullervo są właśnie skutkiem wychowywania dziecka bez rodziców. Kullervo jest także bardzo przywiązany do swojej matki – warto zauważyć, że kiedy wyrusza na wojnę i po kolei zapytuje członków rodziny, ojciec, brat i siostra nie wyrażają z tego powodu żadnych negatywnych uczuć, ba, nawet więcej – mówią że będą odczuwać radość kiedy odejdzie on z domu i zginie na wojnie. Jedynie matka prezentuje ludzkie odczucia i zapewnia syna o swojej miłości. Kullervo zresztą rewanżuje się tym samym – kiedy na wojnie dowiaduje się o śmierci kolejno: ojca, brata i siostry, nie robi to na nim większego wrażenia i nie ma zamiaru on wracać do domu. Dopiero na wieść o śmierci matki powraca do domu i dopiero wtedy dociera do niego, że stracił całą rodzinę. Wyjątkowo bliski związek z matką znajduje swe odzwierciedlenie także po jej śmierci, kiedy ukazuje mu się jej duch i doradza co ma czynić dalej.

Nieco inaczej wygląda to w przypadku Turina. Wychowuje się on w szczęśliwej rodzinie, z matką, ojcem i ukochaną siostrą. Jego rozstanie z rodzicami ma charakter bardziej symboliczny, jako że zostaje on odesłany z domu rodzinnego pod dach króla Thingola, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Tragiczne doświadczenia Turina rozpoczynają się na dobre w chwili, kiedy nie powracają wysłannicy przywożący zwykle wiadomości do matki Turina. Wtedy właśnie postanawia on ruszyć na pogranicze w poszukiwaniu wieści. Warto zauważyć, że wątek nieobecności rodziców oraz silnego związku z matką i siostrą stanowi zarówno początek, jak i koniec niedoli Turina: rozpoczyna on swą tułaczkę po świecie kiedy nie otrzymuje wieści od matki, ostatecznie kończy zaś swój żywot kiedy od Mablunga dowiaduje się o losach matki (zaginięcie a najprawdopodobniej śmierć) i siostry (oczarowanie przez Glaurunga, utrata pamięci) i postanawia popełnić samobójstwo.

Jak było już wspominane, zarówno Kullervo jak i Turin dorastają w obcych krajach. Dzieje się tak na skutek różnych okoliczności (uprowadzenie przez Untamo w przypadku Kullervo, odesłanie do Doriathu w przypadku Turina), jednak jest to niewątpliwie ten sam motyw. Na marginesie warto zauważyć, że podobny wątek pojawia się np. stosunku do klasycznie tragicznej postaci kultury europejskiej – Edypa. Wychowuje się bez biologicznych rodziców i w obcym kraju (mieście).

Elementem wyraźnie wiążącym się z Internetem są funkcjonujące w jego ramach społeczności (communities) internetowe. Zjawisko to związane jest jeszcze z początkami Internetu i jego historią jako sieci o planowanym znaczeniu militarnym, a później akademickim. Z tych początkowych lat działalności pozostał jeden zasadniczy element – główne wykorzystanie sieci jako medium komunikacyjnego. Nie przez przypadek swoistym symbolem Internetu jest znak @ – przynależny do adresu e-mail i jednoznacznie wskazujący na wyraźne powiązania z siecią.

Aby zachodziła jednak komunikacja konieczne są do tego dwie strony, zaś wzrost liczby komunikujących się ze sobą jednostek pociąga za sobą wzrost potencjału komunikacyjnego sieci. Początkowe obawy socjologów, co do wzmacniającego wpływu Internetu na postępujący proces alienacji poszczególnych jednostek względem siebie i społeczeństwa, okazały się chybione. Ze swej natury oczywiście, spędzanie czasu w Internecie rozłączne jest np. z aktywnym wypoczynkiem, jednak daleko temu zjawisku do przedstawianych w ciemnych barwach wizji dalszej (w stosunku do obecnej) atomizacji społeczeństwa. Nie potwierdziły się także teorie wiążące popularność sieci z eskapizmem i rzeczywistością zastępczą [BELL 2001:93- 100]. Oczywiście nietrudno znaleźć przypadki potwierdzające pierwsze, katastroficzne oceny filozofów, jednak nie stanowią one statystycznie istotnego elementu, za to regularnie przedstawiane są przez przeciwników Internetu jako sztandarowe przykłady negatywnego wpływu nowej technologii na ogólną kondycję moralną ludzkości.

Potwierdzone jest istnienie sporej liczby przypadków terapeutycznego działania sieci [TURKLE 1997]. Działanie takie pojawia się najczęściej w odniesieniu do osób chorobliwie nieśmiałych czy postrzegających swoją osobę głównie przez nieatrakcyjny (przynajmniej ich zdaniem) czynniki fizyczny. Pozornie anonimowa fałszywa tożsamość, którą mogą oni przybrać na potrzeby komunikacji z innymi ludźmi, realizowana za pośrednictwem Internetu stanowi rodzaj zasłony, pozwalającej odkryć swoje prawdziwe wnętrze, bez obawy o narażenie się na śmieszność czy odrzucenie. Tekstowy charakter zasadniczej części przekazu umożliwia prezentację osobowości uczestników procesu komunikacji, pozbawiając ich jednocześnie niedogodności konieczności spotkania twarzą w twarz z interlokutorem. Potwierdzone klinicznie są przypadki wyleczenia pacjentów z chorobliwej nieśmiałości właśnie na drodze ich zaangażowania się w życie wirtualnych wspólnot.

Czym są więc wirtualne wspólnoty? Trudno o jednoznaczną definicję tego zjawiska. Wydaje się, że można definiować je jako grupy ludzi, dla których istotnym elementem procesu samorealizacji jest wymiana poglądów i komunikacja wewnątrz określonej tematycznie (zadaniowo) problematyki, realizowana za pośrednictwem sieci Internet. Istotnym elementem sieciowych społeczności jest spójny (w ogólnych zarysach) system wartości podzielany przez członków grupy oraz zobowiązanie do przestrzegania swoistych reguł prawnych tworzących ramy ładu społecznego wewnątrz grupy. Mimo iż społeczności doczekały się sporej liczby publikacji i teoretycznie znane są zasady ich tworzenia, kwestią sporną pozostaje odpowiedź na pytanie o możliwość intencjonalnego tworzenia wspólnot, np. na potrzeby realizacji polityki przedsiębiorstwa w jakimś zakresie [RHEINGOLD 2000]. Oczywiście możliwe jest tworzenie takich struktur w oparciu o szeroko zakrojone akcje promocyjne i alokację na ten cel znacznych ilości środków, jednak powstające w ten sposób wspólnoty pozbawione są najważniejszego, przynależnego klasycznym strukturom tego typu atrybutu – spontaniczności powstawania i rozwoju.

Historyczne dziedzictwo wspólnot związane jest ze specyfiką kulturowej struktury Internetu. Niskie koszty wejścia umożliwiają wykorzystywanie sieci przez działające w świecie realnym wspólnoty czy grupy społeczne. Szczególnie wyraźnie widoczne jest to w przypadku społeczności i grup o znacznym rozproszeniu terytorialnym, którym trudno było prowadzić spójną politykę informacyjną z racji stosunkowo wysokich kosztów obecności w klasycznych mediach. Pojawienie się taniego i powszechnie dostępnego Internetu doprowadziło do znaczącego wzmocnienia pozycji różnego rodzaju grup mniejszościowych, przede wszystkim poprzez umożliwienie efektywnego i taniego przepływu informacji. Efekt ten szczególnie mocno odczuły grupy znajdujące się poza głównym prądem kultury masowej czy ruchów politycznych – przy minimalnych kosztach otrzymały one możliwość swobodnej wymiany poglądów na publicznie dostępnym forum oraz prezentacji tychże. Przykładem działających w ten sposób ruchów mogą być np. skrajnie prawicowe ugrupowania polityczne, do momentu popularyzacji Internetu działające w dużym rozproszeniu, bez koordynacji i dostępu do mediów. Dostęp do tych ostatnich utrudniony był nie tylko z powodu braku środków finansowych, ale także społecznie wątpliwej akceptacji dla tego typu ugrupowań i głoszonych przez nie poglądów. Pojawienie się Internetu umożliwiło ekspansje ugrupowań skrajnych (prawicowofaszyzujących z jednej strony i lewackich z drugiej), realizowaną między innymi dzięki prezentacji spójnej polityki informacyjnej oraz możliwości taniego docierania z własnym przekazem do potencjalnych sympatyków czy nawet członków. To samo zjawisko pojawia się w odniesieniu do innych grup czy subkultur, np. radykalnych mniejszości seksualnych, społeczności badaczy UFO [DAVIS 2002:286-319] czy spiskowej teorii dziejów, etc. [BELL 2001:170-174, DEAN 2000] Generalnie, kanał internetowy stał się dla ruchów znajdujących się poza mainstreamem kultury, obyczajów czy polityki, możliwością szerszego publicznego zaistnienia. Element ten wpływa więc na umacnianie się wolności słowa, radykalnie zwiększając możliwości prezentacji swoich poglądów przez różne grupy społeczne, ze wszelkimi tego konsekwencjami, w postaci między innymi prezentacji poglądów o – eufemistycznie rzecz ujmując – niewielkiej wartości społecznej czy wręcz poglądów społecznie szkodliwych.

Ułatwienie dostępu do kanału medialnego nie może być jednak postrzegane jedynie w perspektywie wykorzystywania Internetu jako kanału pozyskiwania zwolenników dla różnego typu poglądów. W ramy społeczności wirtualnych odnoszących się do świata rzeczywistego doskonale wpisują się społeczności różnego rodzaju diaspor. Szczegółowej analizie poddana została diaspora Trynidadu i Tobago [MILLER, SLATER 2001:87-115].

Jak wskazują badania, znaczącą pozycję wśród różnego typu społeczności internetowych są społeczności grupujące się wokół idei samopomocy [WALLACE 2001:265-269]. Z tego punktu widzenia Internet znacznie wyprzedza rozwiązania funkcjonujące w świecie realnym, bowiem wykazane zostało, że stosunkowo powszechna (a z pewnością znacznie wyższa niż w świecie realnym) jest chęć udzielenie osobie potrzebującej informacji i pomocy [WALLACE 2001:266]. Często nie chodzi tu jednak o klasycznie rozumianą informację, a o psychologiczne działania o charakterze wspierającym. Społeczności o charakterze grup samopomocowych funkcjonują na zasadzie dzielenia się przez uczestników doświadczeniami powiązanymi ze zjawiskiem znajdującym się w centrum zainteresowań grupy. Przeważnie jednak rozwój grupy podąża nie tylko w kierunku pogłębienia jej zakresu tematycznego (przez dołączanie do głównej tematyki grupy, tematów pośrednio wiążących się z polem jej zainteresowań), ale także poszerzanie (przez tworzenie się pomiędzy jej użytkownikami nowych relacji, wychodzących poza standardową wymianę użytecznych informacji) kierujące się w stronę osobistego zaangażowania w relacje międzyludzkie. Jak wskazuje praktyka, w społecznościach rozwiniętych czynnik ten staje się z czasem coraz istotniejszy (a wręcz dominujący) i nowi członkowie szybko migrują w kierunku osobistego angażowania się w różnego rodzaju grupowe relacje międzyludzkie. Społeczności tego typu formują się najczęściej wokół problemów o charakterze osobistym, często funkcjonujących w społeczeństwie jako tematy niechętnie komentowane czy wręcz tabu [WALLACE 2001:267]. Łatwości integracji nowych członków ze starymi sprzyja w takich grupach zapewniane przez Internet poczucie anonimowości, w początkowym okresie dające użytkownikom komfort pozostawania nieznanym. Z czasem jednak kwestie anonimowości odgrywają coraz mniejszą rolę, szczególnie w miarę angażowania się członków w leżące poza głównym nurtem zainteresowań grupy działania. Jako przykłady wspólnot tego typu wskazać można grupy chorych na rzadkie choroby, raka, AIDS, niepłodność czy nieśmiałość. Dla założyciel tych społeczności aktywny udział w ich tworzeniu i późniejszym zarządzaniu postrzegany jest jako swego rodzaju misja i traktowany niezwykle poważnie.

literatura

BELL D., 2001, An Introduction to Cyberculture, London-New York.

DAVIS E., 2002, TechGnoza. Mit, magia + mistycyzm w wieku informacji, Poznań.

DEAN J., Webs of Conspiracy [w:] HERMAN A., SWISS T. (red.), The World Wide Web and Contemporary Cultural Theory, Routledge, New York – London 2000.

RHEINGOLD H., The Virtual Community. Homestading on the Electronic Frontier. revisited edition, The MIT Press, Cambridge – London 2000.

TURKLE S.,1997, Life On the Screen. Identity In the Age of the Internet, New York.

Turin Turambar

W całej obfitej twórczości Tolkiena pojawia się tylko jedna postać o charakterze wyraźnie tragicznym. Jest nią Turin, syn Hurina. Jego dzieje opowiadane są w Narn i Hin Hurin, Opowieści o Dzieciach Hurina – najsmutniejszej pieśni śpiewanej przez elfy w Śródziemiu, nazywanej także Historią Bolesną.

Turin był synem Hurina i Morweny. Jako że matka obawiała się o bezpieczeństwo syna, wysłała go pod opiekę króla elfów Thingola. Thingol przyjął Turina życzliwie i usiłował przekonać jego matkę, aby także przeniosła się do Doriathu mieszkała z synem, tak jednakże odmówiła. Po kilku latach urwały się kontakty Morweny z Thingolem – Turin niepokojąc się o losy matki i siostry postanowił opuścić Doriath, powędrować na pogranicze i dowiedzieć się czegoś o losach najbliższych. Po trzech latach walk i nawiązaniu się wielkiej przyjaźni z Belegiem Kuthalionem Turin powrócił do Menegrothu (stolicy Doriathu). Jako że przybył w zniszczonym przez lata walk ubraniu, stał się obiektem drwin zazdrosnego o jego sławę elfa Saerosa. Doszło do awantury przy uczcie, a później do pojedynku, w wyniku którego Saeros musiał nagi uciekać przez las. W trakcie ucieczki potknął się i upadł na tyle nieszczęśliwie, że zginął. W obawie przez gniewem Thingola, mimo próśb Belega, Turin zdecydował się uciec – jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie, bowiem Thingol wybaczył mu jego czyny. Beleg postanowił więc wyruszyć na poszukiwania Turina.

Po opuszczeniu Doriathu Turin przystał do grupy zbójeckiej i w krótkim czasie dzięki swoim umiejętnościom zdobył tam pozycję wodza. Zbójcy Turina przez przypadek pochwycili Belega. Zobaczywszy przyjaciela, Turin darował mu życie oraz złożył przyrzeczenie, że będzie napadał tylko na sługi Nieprzyjaciela. Belegowi nie udało się jednak przekonać Turina do powrotu do służby Thingola – rozstali się później przekazując sobie informacje gdzie będą mogli się w razie potrzeby znaleźć. Thingol usłyszawszy że Turin żyje bardzo się ucieszył, ponieważ traktował go jak rodzonego syna. W nagrodę z swe trudy Beleg otrzymał prawo wyboru dowolnego przedmiotu. Poprosił o dobry miecz, Thingol zaś dopuścił go do skarbca, gdzie mógł wybrać broń, która odpowiadała mu najbardziej.

Beleg wybrał miecz nazwany Anglachel. Meliana ostrzegała go o wewnętrznej złośliwości tego miecza, jednak Beleg zdecydował się zatrzymać go. Meliana postanowiła obdarować go także i otrzymał on od niej zapas lembasów, bardzo pożywnego chleba używanego podczas długich wędrówek.

Turin, po odprawieniu Belega przeniósł się wraz ze swoją bandą na zachód. Przez przypadek, w trakcie drogi napotkał trójkę krasnoludów i w zamian za darowanie im życia otrzymał od nich jako okup doskonale ukrytą na wzgórzu Amon Rudht jaskinię. Po pewnym czasie Turina odnalazł w nowej siedzibie Beleg, przynosząc mu rodzinną pamiątkę – Smoczy Hełm z Dor-lominu. Mimo nalegań Belega, Turin nie chciał powrócić do króla, lecz tym razem to Beleg pozostał z Turinem. Następny okres to czas wzrostu potęgi Turina, który przyjął przezwisko Gorthola (=Groźny Hełm). Jednak wielka sława jaką odbijały się w świecie czyny Turina dotarła także do Morgotha, który po hełmie poznał z kim ma do czynienia. Nasłał więc w okolice siedziby Turina szpiegów, którzy pochwycili Mima i wydobyli od niego wiadomości umożliwiające im wtargnięcie do jaskini. Napaść była przeprowadzona błyskawicznie – wszyscy obrońcy (z wyjątkiem Turina) zginęli. Mim chcąc się zemścić na Belegu (który okazało się że był jedynie ciężko ranny) usiłował go zabić, jednak nie dał rady i został zmuszony do ucieczki. Po wyleczeniu swoich ran Beleg wyruszył na poszukiwania uprowadzonego Turina.

Od przypadkowo spotkanego wędrowca, którym okazał się być potężny elf, Beleg dowiedział się o marszrucie oddziału, który uprowadził Turina. Podczas jednego z następnych postojów oddziału, wkradł się do środka aby uwolnić Turina. Zadziałała jednak zła wola miecza – rozcinając więzy ostrze ześlizgnęło się ze sznura i raniło Turina. Ten, przebudzony, wyrwany z apatii i zniszczony zareagował odruchowo, wydzierając Belegowi miecz, biorąc go za wroga i zabijając go. Dopiero po chwili, kiedy błyskawica dostarczyła trochę światła Turin zorientował się, czego dokonał. Uwolniony z niewoli orków, wraz z towarzyszącym Belegowi Gwindorem powrócił z nim do Nargothrondu. Oddając królowi i ludowi wiele dobrego stał się w mieście szanowanym obywatelem, a na pograniczu zasłyną jako Mormegil (=Czarny Miecz), jako że po śmierci Belego posługiwał się jego mieczem. Osiągnięta pozycja społeczna, wraz z nieprzeciętną urodą i mądrości sprawiły, że zakochała się w nim dotychczas darząca uczuciem Gwindora, córka Orodretha – Finduilas. Była to jednak miłość bez wzajemności. W trosce o pobratymców oraz ukochaną, Gwindor zdradził jej, kim naprawdę jest Turin, oraz wyznał, że Turina i całą jego rodzinę ściga przekleństwo Melkora. Wiadomość ta szybko rozeszła się po całym Nargothrondzie, Turin zaś dostąpił najwyższych zaszczytów. Za jego sugestią zbudowano w Nargothrondzie wielki, kamienny most.

Potęga Orodretha wspieranego przez Turina zapewniła wielu ościennym krajom pokój. W efekcie matka Turina – Morwena, wraz z córką – Nienor, mogła przenieść się do królestwa Thingola. Niestety nie zastały tam Turina. W tym także czasie do Orodretha dotarła wiadomość od Kirdana, któremu ukazał się Ulmo ostrzegając do niebezpieczeństwu grożącemu Nargohtrondowi. Ulmo radził zniszczyć most, aby zabezpieczyć się przed niespodziewanym atakiem. Wkrótce potem Morgoth wszczął kolejną wojnę, tym razem wysyłając do walki nie tylko oddziały orków, ale także najpotężniejszego ze smoków Glaurounga Urulokiego. W czasie jednej z bitew na pograniczu śmierć poniósł Gwindor. Już umierając ostrzegł on Turina przed ciążącą na nim klątwą oraz wskazał na Findulis, jako na jedyną osobę stojącą między nim, a jego przeznaczeniem. Turin nie zdążył jednak do Nargothrondu na czas – uprzedził go Glaurung wraz z orkami zniszczyli miasto i uprowadzili żywych jeszcze mieszkańców.

Powracający Turin przeprowadził rozmowę ze smokiem, który zwiódł go informując, że matka i córka są niewolnicami Morgotha. Pozostając pod wpływem czarów Glaurunga, Turin nie zareagowała na krzyki porywanej Finduilas. Dopiero uwolniony spod smoczego zaklęcia Turin wyzwał smoka na pojedynek. Glaurung docenił odwagę Turina i pozwolił mu odejść, chociaż na odchodnym doradził mu, aby nie ratował Finduilas, lecz poszukiwał Morweny i Nienor. Po długiej wędrówce dotarł do domu rodzinnego, zastał tam jednak tylko zimny, od dawna nie zamieszkany dom. Odnalazł tam jednak krewnego – Easterlinga Broddę, od niego zaś dowiedział się, że Morwena wraz z Nienor dawno już opuściły dom, udając się do Doriath w poszukiwaniu swego syna i brata, a korzystając z chwili pokoju którą zawdzięczały Mormegilowi. Wieść ta tak rozwścieczyła Turina że w przypływie szału zabił Broddę i uciekł w tereny gdzie poprzednio działał ze swoją bandą zbójców. Zaczął także poszukiwania Finduilas, gdyż przejrzał wreszcie kłamstwa, którymi omotał go Glaurung. Ostatecznie odnalazł on jej mogiłę, gdyż jak się okazało zginęła ona z rąk orków.

Później przystał do grupy Leśnych Ludzi, mimo wątpliwości ich wodza, który wiedział kim jest przybysz i obawiał się o los swego ludu. Przebywając wśród Leśnych Ludzi Turin przybrał sobie nowe imię – Turambar (=Pan Losu), ufny że dzięki temu uda mu się uniknąć swego przeznaczenia.

Po upadku Nargothrondu do Doriathu dotarły wieści o tamtejszych wydarzeniach, wśród nich także ta, że sławnym Mormegilem jest Turin, syn Hurina. Dowiedziawszy się o tym Morwena wpadła w rozpacz i uciekła na poszukiwania syna. Później dołączyła do niej także Nienor, która w przebraniu dołączyła do oddziału królewskiej straży wysłanej na poszukiwania Morweny. Oddział odnalazł Morwenę zmierzającą w kierunku Nargothrondu. Glaurung jednak pozostawał czujny i podczas bezładnej ucieczki przed jego czarami i mocą Morwena i Nienor zagubiły się. Morwena zaginęła, Nienor zaś omamiona w chwilę później potężnymi czarami smoka doznała amnezji. Zaczarowaną, stojącą bez ruchu odnalazł ją tam Mablung. W trakcie drogi powrotnej do Doriathu zostali jednak napadnięci przez orków i podczas zamieszania umknęła, nie doznając żadnych ran. Po tułaczce trafia w końcu na miejsce spoczynku Finduilas, i tam straciła przytomność. Odnalazł ją tam Turin i zabrał do wioski Leśnych Ludzi. Jako że nie sposób było nawiązać z nią kontaktu, aby dowiedzieć się kim jest i skąd pochodzi, dano jej nowe imię – Niniel (=Dziewczyna we Łzach). Turin zakochał się w Niniel, podobnie też Brandir, jednak Niniel wybrała Turina. Z powodów niejasnych przeczuć, Brandir wyznał Niniel kim jest naprawdę Turin, jednak poza niejasnym cieniem jaki rzucił się na jej duszę nic więcej się nie stało. Po trzech latach Turin poślubił Niniel. Wkrótce jednak wybuchła wojna i w obronie plemienia Turin wyruszył na wojnę zabierając swój czarny miecz. Wieści o czarnym mieczu rozeszły się szeroko i Glaurung dowiedział się, gdzie przebywa Turin i wyruszył z Nargothrondu aby napaść na Leśnych Ludzi.

Smok ulokował się na skraju puszczy w której mieszkał Lud Turina. Turin wraz z dwoma współplemieńcami wyruszył do walki ze smokiem. Jednak stęskniona za nim Niniel poszła jego tropem. Za nią z kolei ruszył kochający ją Brandir. Zanim Turin dotarł w bezpośrednie sąsiedztwo smoka, jeden z jego towarzyszy na skutek grozy bijącej od gada wycofał się, drugi zaś podczas wspinaczki skalną ścianą strącony wielkim głazem spadł w nurty rzeki. Turin sam dotarł pod cielsko smoka i wbił miecz w jego nie chronione podbrzusze. Smok doznał śmiertelnych torsji i siał wokół siebie ogromne zniszczenie. Jednak w jego trzewiach tkwił miecz, po który postanowił wrócić Turin. Wyciągając go, Turin przeklął Glaurunga, jednak kilka kropel smoczej krwi chlapnęło na jego rękę zatruwając go. Turin stracił przytomność i leżał tam, aż znalazła go Niniel. Opatrzyła mu rękę, lecz wtedy po raz ostatni przed śmiercią przebudził się Glaurung i powiedział jej, że ma przed sobą swojego brata. W tym momencie rozwiało się smocze kłamstwo i Nienor zrozumiała kim jest – w rozpaczy rzuciła się w burzliwy nurt pobliskiej rzeki.

Znajdujący się w pobliżu Brandir przyniósł ludowi wieści o śmierci smoka, Turina i Niniel, a także opowiedział o pokrewieństwie tych dwojga. Wkrótce ze snu zbudził się Turin i powrócił do wioski. Jednak ludzie traktowali go jako ducha, gdyż wierzyli słowom Brandira. Doszło do kłótni między nim a Turinem i w końcu Brandir wyjawił mu to, czego się dowiedział. Turin wpadł w szał, zabił Brandira i uciekł z wioski. Niedaleko spotkał jednak Mabluga, który wiedząc o pojawieniu się smoka nadciągał z pomocą. Turin opowiedział mu o śmierci gada, od Mablunga dowiedział się zaś, że Morwena zaginęła, a Nienor za sprawą smoczych czarów straciła pamięć i mowę i uciekła. Wtedy Turin poznał że dokonało się przeznaczenie.

Uciekł do przyjaciela, dobiegł do miejsca gdzie leżał zabity smok, wydobył miecz i zapytał go czy zgodzi się zadać mu śmierć. Miecz odpowiedział, że aby pomścić niewinnie rozlaną krew Belega oraz Brandira chętnie zada śmierć Turinowi. Wbił więc miecz rękojeścią w ziemię i rzucił się na ostrze. Kiedy na miejsce przybył Mablung zobaczył ścierwo smoka i ciało Turina przebite mieczem. Ciało smoka spalono, Turinowi zaś usypano kurhan.

Niedawno miałam okazję przeczytać dwie klasyczne pozycje dotyczące metodologii budowy stron www: Architekturę informacji w serwisach internetowych Louisa Rosenfelda i Petera Morville’a oraz Designing Web Usability : The Practice of Simplicity Jakoba Nielsena. W tym tekście postaram się przyblżyć Wam pozycję pierwszą, wkróte zaś będziecie mogli znaleźć tutaj także moje spostrzeżenia co do pozycji Nielsena.

Od razu chcę zaznaczyć: nie były to kolejnej książki o html’u a tekst ten nie będzie kolejną pochwałą świata z perspektywy webmastera.

Z mojej dotychczasowej praktyki wiem, jak małą wagę przywiązuje się do funkcjonalnego opracowania serwisów internetowych. Stosunkowo nawet światli ludzie tracą głowę, kiedy zobaczą estetyczny (ich zdaniem) projekt i za wszelką cenę starają się znaleźć uzsadnienie dla jego implementacji. Chyba każdy, kto brał udział w zespołowych pracach na serwisami www zna to uczucie.

Dzięki wydawnictwu Helion mamy możliwość zapoznać się z jedną z klasycznych pozycji traktujących o zasadach budowy serwisów internetowych z punktu widzenia funkcjonalności. Architektura informacji w serwisach internetowych (bo o niej tutaj mowa) jest pozycją traktującą właśnie o regułach tworzenia dużych, ale sprawnie funkcjonujących serwisów.

Książka napisana jest przez praktyków, którzy współtworzyli (między innymi) słynny interfejs amazon.com, a więc ludzi, którzy o funkcjonalności wiedzą wszytko (lub prawie wszystko). Największą zaletą tej książki jest całościowe odejście od postrzegania serwisu www głównie jako projektu graficznego, do którego “upycha” się elementy nawigacyjne, dodatkowe informacje, etc. Widać, że nie jest to problem typowo polski;) a kiepsko zorganizowane serwisy można znaleźć wszędzie. Dla mnie książka ta była o tyle pożyteczną, że uświadomiła mi istnienie dyscypliny o nazwie “architektura informacji”. Jak okazuje się, najbliżej klasycznej architektury informacji są… studenci bibliotekoznawstwa, dziedzina ta ma bowiem więcej wspólnego z katalogowaniem dużych ilości informacji niż z klasycznym webmasteringiem.

Podział ten jest zresztą przez autorów konsekwentnie podkreślany w całym tekście. Szczególny nacik kładziony jest na organizację poprawnie działających systemów wyszukiwawczych i słownikowych. Analizując przedstawione studia przypadków nie sposób nie zastanowić się jak daleko jeszcze brakuje nam do prawdziwie nastawionego na użytkownika/klienta internetu amerykańskiego. Mimo podkreślanej przez autorów potrzeby prowadzenia ciągłej akcji edukacyjnej (wśród kierownictwa wyższego szczebla) na temat potrzeby inwestowania i rozwijania czegoś o nazwie “architektura informacji” jestem przkonana, że świadomość tejże kadry w krajach o wysoko rozwiniętej kulturze internetowej jest zdecydowanie wyższa niż w Polsce. Miejmy nadzieję, że ta książka pozwoli to zmienić.

Czym jest owa architektura informacji? Posłużę się cytatem, mając świadomość jak prosto jest (nawet poprzez zastosowanie zwykłem mowy zależnej) przeinaczyć definicję:

architektura informacji – rz.

  1. Połączenie sposobu organizacji informacji, nadawania nazw rozpoznawczych (etykietowanie elemlentów informacyjnych) i schematów przeszukiwania w systemie informacyjnym.
  2. Strukturalne projektowanie przestrzeni informacyjnej, służące ułatwieniu kompletowania informacji i udostępnianiu jej użytkownikom.
  3. Sztuka oraz nauka nadawania struktur i klasyfikowania serwisów (stron) internetowych i intranetowych, mające na celu ułatwienie ludziom znajdowanie informacji i jej wykorzystywanie.
  4. Nowa dyscyplina poznawcza i praktyczna zajmująca się dostarczaniem zasad projektowania i tworzenia konstrukcji w krajobrazie wirtualnym.

Definicja jak widać jest dość szeroka i obejmuje kilka różnych punktów widzenia, dominują jednak katalogowanie i etykiety.

Czym ta książka nie jest? Nie jest z pewnością kolejnym przewodnikiem z cyklu jak-w-godzinę-stworzyć-świetny-serwis-nie-znając-żadnego-jezyka, etc. Nie jest to więc książka dla większości webmasterów, którym wyda się nudna – omawianie teoretycznych podstaw projektowania serwisów, katalogowania wiadomości, sposobów tworzenia słowników, itp. nie jest (nie oszukujmy się) tematem na lekturę lekką, łatwą i przyjemną.

Książkę poleciałbym przede wszystkim tym, którzy serwisy projektują zawodowo, lub często zmuszeni są do krytycznej oceny takich serwisów. Z pewnością czas na lekturę nie będzie stracony dla pracowników działów komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej dużych firm. Czas zainwestowany w lekturę zwróci się im wielokrotnie.

Sama mam nadzieję, że lektura tej książki ułatwi mi przeprojektowanie cyberkultury tak, aby stała się serwisem faktycznie przyjaznym użytkownikowi. Ale to jest temat na zupełnie inny artykuł…

Kalevala, Przeznaczenie i Tolkien

Problem Losu i Przeznaczenia jest w twórczości J.R.R. Tolkiena obecny, jednak nie stanowi on najważniejszego tła czy kontekstu filozoficznego na tle którego rozgrywają się pozostałe wydarzenia.

Jak podaje się we wszystkich biografiach Tolkiena, dziełem które w sposób najsilniejszy wpłynęło na całą jego późniejszą twórczość jest fińska Kalevala. Tolkien wielkrotnie podkreślał swoją sympatię dla języka fińskiego – nauczył się go jako jednego z pierwszych i stał się on później wzorcem dla powstającego właśnie języka sindariańskiego. W niniejszym artykule postaram się wskazać na jedną z analogii między Silmarillionem a Kalevalą, w szczególności chodzić będzie o znalezienie analogii między postaciami i dziejami Turina Turambara (Silmarillion) a Kullervo (Kalevala). Wydaje się, że dzieje postaci Turina stanowią odwzorowanie postaci Kullervo, zaś jego dzieje są transpozycją dziejów tego ostatniego.

Kalevala jest fińską epopeją narodową i stanowi największe dziedzictwo literatury fińskiej. Nie jest to dzieło jednorodne, jako że na całość którą nazywaną Kalevalą składają się różne opowieści, zebrane razem, opracowane i wydane na początku XIX wieku przez Eliasa Lonnorta. Było to największe dzieło jego życia – praktycznie przez cały czas gromadził on materiał etnograficzny, odwiedzał najdalsze zakątki kraju, spotykał się z ludowymi pieśniarzami i spisywał ich relacje. Zgromadzony materiał po gruntownej analizie i odnalezieniu kilku wątków przewodnich skomponował w większą całość. Głównymi bohaterami Kalevali są (między innymi) pieśniarz i mag Väinämoinen, znakomity kowal Ilmarinen, wojownik i kochanek Lemmikäinen oraz tragiczny Kullervo.

Kullervo

Kullervo jest jedną z głównych postaci Kalevali. Jego postać pojawia się po raz pierwszy w runie XXXI zaś jego historia kończy się na runie XXXVI.

Kullervo jest synem Kalervo – na skutek niesnasek między nim a jego bratem Untamo, dochodzi do wojny między ich rodzinami i ostatecznie pokonania Kalervo. Jego ludzie zostają zabici, majątek rozgrabiony, a brzemienna żona trafia do niewoli Untamo. Kullervo rodzi się już w niewoli – matka nazywa go Hałaśnikiem, Untumo zaś – wojownikiem [XXXI, 80-83].

Już od pierwszych dni życia Kullervo okazuje się być dzieckiem nadzwyczaj silnym, jako że już trzeciego dnia życia wyswobadza się z kołyski w której jest ułożony [XXXI, 90-96]. Nieco później, bo w wieku kilku miesięcy postanawia pomścić krzywdę swoich rodziców i zemścić się na Untamo [XXXI, 106-113]. O jego zamiarze dowiaduje się jednak Untamo i uprzedzając możliwe działania Kullervo decyduje się na jego zgładzenie. Nie jest jasne dlaczego nie robi tego bezpośrednio, tylko usiłuje pozbyć się dziecka różnymi innymi metodami. Najpierw Kullervo zamykany jest w beczce i spuszczany na morze, jednak po jakimś czasie okazuje się, że zdołał się wyswobodzić i siedząc na dryfującej beczce łowi ryby [XXXI, 122-141]. Kolejną próbą zgładzenia Kullervo jest próba spalenia go żywcem. Także z tej opresji Kullervo wychodzi obronną ręką – po trzech dniach palenia się ogromnego stosu, Kullervo zostaje znaleziony w środku z pogrzebaczem, którym podsyca cały czas ogień [XXXI, 145-170]. Trzecią próbą pozbycia się niewygodnego dziecka jest powieszenie go. Jednak także ta próba kończy się fiaskiem – po trzech dobach zwisania, ku zdumieniu wszystkich mieszkańców Kullervo zostaje odnaleziony żywy, zaś całe drzewo pokryte jest wyrytymi przezeń posiadanym kozikiem obrazkami i wzorkami [XXXI, 175-192]. Po tych trzech próbach, Untamo postanawia zrezygnować z kolejnych i wychować Kullervo na swego sługę.

Jednakże Kullervo źle wywiązuje się z powierzanych mu zadań – okalecza a później uśmierca dziecko, którym miał się opiekować [XXXI, 216-228], niszczy las który miał wykarczować [XXXI, 260-294], buduje płot z potężnych drzew, jednakże bez bramy [XXXI, 309-340] ostatecznie zaś zamiast wymłócić zboże tłucze je na proch [XXXI, 345-354]. Po tych wszystkich niepowodzeniach Untamo decyduje się w końcu sprzedać Kullervo znanemu kowalowi Ilmarinenowi.

Pierwszą pracą jaką do wykonania otrzymuje Kullervo jest opieka nad stadami trzody Ilmarinena. Wysłany zostaje aby wypasać bydło. Na skutek jednak żony Ilmarinena, która zapieka dla niego chleb z kamieniem w środku, Kullervo traci odziedziczony po ojcu nóż i mści się rozpraszając stado, część zaczarowując w niedźwiedzie i razem ze zwierzętami napadając na macochę [XXXIII, 210-295]. Ostatecznie dochodzi do wezwania przez obie strony boga Ukko, który zsyła jednak śmierć żonie Ilmarinena [XXXIII, 264-290]. Po śmierci gospodyni, Kullervo ucieka z domu Ilmarinena i błąka się po lasach, rozważając swój tragiczny los [XXXIV, 45-94].

Kullervo postanawia napaść na dom zabójców swej rodziny, jednak w lesie ukazuje mu się Starka – Władczyni Lasu, która informuje go, że jego rodzice żyją i mają się dobrze [XXXIV, 125-136]. Wskazuje mu także drogę do ich siedziby [XXXIV, 140-162]. Kullervo ostatecznie wraca do domu rodzinnego, odnajduje rodziców, jednak od nich dowiaduje się że nadal nie ma śladu życia od ich córki a swojej siostry [XXXIV, 200-246].

Pech nie przestaje prześladować Kullervo także po powrocie do domu rodzinnego. Źle wykonuje wszystkie zlecane mu prace: wiosłowanie [XXXV, 17-33], łowienie ryb [XXXV, 42-58], zapłatę daniny. W drodze powrotnej z tej ostatniej, trzykrotnie napotyka samotnie podróżujące kobiety. Zaprasza je do sań, jednak one kolejno odmawiają – ostatnią z nich Kullervo porywa i siłą wciąga do sań [XXXV, 140-154]. Zostaje ona później uwiedziona [XXXV, 180-188] i dopiero wtedy okazuje się, że jest to jego siostra [XXXV, 211-256]. Na wieść o tym, że została uwiedziona przez własnego brata rzuca się w wir pobliskiego wodospadu [XXXV, 259-266]. Po śmierci siostry Kullervo rozpacza nad swoim losem [XXXV, 271-286] i powraca do rodziców aby opowiedzieć im o zaszłym zdarzeniu – postanawia także popełnić samobójstwo od czego stara się odciągnąć go matka [XXXV, 323-358].

Wydarzenia związane z siostrą postanawia Kullervo odkupić na wojnie. Jednak odchodząc z domu, pyta członków najbliższej rodziny czy będą żałować jego ewentualnej śmierć. Ojciec, siostra i brat zaprzeczają i jedynie matka mówi, że będzie żałować jego śmierci [XXXVI, 135-154]. Już na wojnie docierają do Kullervo wiadomości o śmierci ojca, brata i siostry, jednak nie wzbudzają one w nim litości ani żadnych innych odczuć. Dopiero wieść o śmierci matki porusza jego serce [XXXVI, 213-234] – wtedy też ponownie poprzysięga zemstę nad Untamo. Tym razem dzięki wspaniałości swego oręża pokonuje lud wroga [XXXVI, 243-250]. Po tym zwycięstwie wraca do domu, gdzie dociera do niego świadomość, że cała rodzina nie żyje. Zjawia się przed nim duch matki, który radzi mu aby zabrał swojego psa i wybrał się do matecznika [XXXVI, 287-296]. Po drodze jednak Kullervo przechodzi przez miejsce gdzie uwiódł swoją siostrę, co wzbudza w nim ponownie wyrzuty sumienia [XXXVI, 304-318]. Pyta swój miecz, czy ten będzie w stanie odebrać mu życie [XXXVI, 320-324], a gdy ten po namyśle wyraża zgodę [XXXVI, 326-334], Kullervo wbija go rękojeścią w grunt i popełnia samobójstwo rzucając się na ostrze [XXXVI, 335-346].

Kilka miesiecy temu przechodzilem powazny kryzys zwiazany z koniecznoscia podjecia decyzji – chcialem zakupic na amazonie ksiazke o Matrixie, i nawet wybralem dwa tytuly, ale na oba nie bylo mnie stac. Wybralem wiec ‘The Matrix and Philosophy. Welcome to the Desert of the Real (Popular Culture and Philosophy, V. 3)‘ pod redakcja Williama Irwina. Pozycja ta wygrala wewnetrzna rywalizacje z ‘Taking the Red Pill. Science, Philosophy and Religion in the Matrix’ – zbiorem pod redakcja Glenn’a Yeffeth’a. Jak to zwykle bywa, zalowalem swego wyboru wychodzac z zalozenia ze najlepsza alternatywa jest zawsze ta zaniechana.

Z wielka radoscia wypatrzylem na stronie Heliona zapowiedz polskiego wydania ‘Czerwonej pigulki’, tym bardziej ze cena jest nawet jak na polskie warunki przystepna. Z nadzieja pobieglem do ksiegarni, zakupilem, zasiadlem do lektury i… srodze sie zawiodlem. W tej chwili, tuz przed ukonczeniem ostatniego eseju sytuacja wyglada juz znacznie lepiej – nie uwazam ze ksiazka jest kiepska, co po lekturze pierwszego rozdzialu samo cisnelo mi sie na usta.

Ksiazka skomponowana jest w ten sposob, ze esej zdecydowane najslabszy jest esejem ja otwierajacym. Do tego w kilkuzdaniowym jego opisie czytamy miedzy innymi: Jeżeli mamy czas tylko na jeden esej o Matriksie, powinniśmy przeczytać ten. Tutaj moj apel do potencjalnych czytelnikow – nie sluchajcie tego. Jesli mozecie przeczytac tylko jeden esej o Matriksie, omincie ten szerokim lukiem. Powod? Doprawdy nie wiem co chcial osiagnac autor tego tekstu. Czytajac go, doskonale rozumialem ludzi usmiechajacych sie pod nosem na wiesc ze zajmuje sie antropologia kultury i antropologia religii. Tekst Schuchardta jest modelowym przykladem, jak z ciekawego tematu zrobic pseudonaukowy belkot. Schuchardt czesto odwoluje sie do rzeczy, co do ktorych ma wiedze – ujmujac rzecz eufemistycznie – niepelna. Nie bede podawal w tej chwili przykladow – niech kazdy szuka ich sam, ale krew sie we mnie burzy kiedy jako model postaci herosa kulturowego przyjmuje sie Chrystusa, zupelnie zapominajac o szamanizmie, jako pierwszej i najwazniejszej ideologii/systemie wierzen wprowadzajacym elementy inicjacyjne obecne we wszystkich prawie religiach (do tego elementy ten wskazuje sie w filmie niewlasciwie…). Rozpoczecie lektury od tekstu Schuchardta ma jedna zasadnicza zalete – kazdy nastepny tekst bedzie lepszy.

Zbior nie jest monolityczny. Faktycznie, zawarte w nim teksty dotycza roznych aspektow czegos co nazywamy Matriksem i pisane sa przez ludzi zajmujacych sie roznymi dziedzinami nauki (i nie tylko). Mamy wiec kilka bardzo dobrych krytycznych tekstów dotyczacych literatury SF (Hanson, Zynda, Sawyer, Gunn), polemikę między milosnikiem i przeciwnikiem Baudrillard’a (Felluga, Gordon) oraz kilka perelek.

  • Spiecia w Marixie i jak go naprawic – technologicznie blyskotliwy esej o ‘rzeczywistych’ aspektach Matrixa. Na czym polega ta rzeczywistosc? Na przyklad na budowaniu logicznych modeli korzystania z telefonow w Marixie (czemu mozna sie z Matrixa wydostac przez linie stacjonarna, a nie przez komorke?)… Prawdziwy majstersztyk, a do tego calosc podana bez technologicznej nowomowy, wiec prawie kazdy kto chociaz troche zna nomenklature internetowa bez problemu tekst zrozumie.
  • Polaczenie czlowieka z maszyna – czy czeka nas Matrix napisany przez Raya Kurzweila, amerykanskiego wynalazce, autora m.in.The Age of Spiritual Machines: When Computers Exceed Human Intelligence (juz plynie amazonka do redakcji – recenzja zapewne wkrotce), stojacy na bliskim mi podejsciu technofilskim i postludzkim (posthuman) w swym optymizmie co do rozwoju technologii,
  • Dlaczego przyszlosc nas nie potrzebuje? – mocno pesymistyczna polemika Billa Joy’a (szefa dzialu B+R Sun Microsystems) z pogladami Kurzweila
  • Buddyzm, mitologia i Matrix – IMHO najlepszy w tomie tekst na temat filozofii/religii, napisany przez Jamesa L. Forda.

W ksiazce razi troche tlumaczenie (niestety). Nie ma tego wiele, ale pojawiaja sie ‘kfiatki’ w stylu ’sieci neuronalne’ (jak rozumiem chodzi tutaj o neural networks, ale glowy uciac nie dam, bo nie mialem w reku oryginalu), zdarza sie takze, ze te same fragmenty scriptu tlumaczone sa nieco inaczej. Rozumiem ze sa to wypadki przy pracy, szkoda tylko, ze takie wydawnictwo jak Helion puscilo ksiazke bez gruntownej korekty (mamy np. raz pisane Kanzas a innym razem Kansas, etc.)

Generalnie jednak ksiazke bardzo polecam. Po pierwsze, dlatego ze jest po prostu dobra (mimo kilku odstajacych w dol tekstow), a po drugie dlatego, ze chcialbym aby stala sie rynkowym hitem i inne wydawnictwa zauwazyly ze na ksiazkach z pogranicza teorii kultury, religii, technologii i cyberkultury mozna godziwie zarobic, bo jest jeszcze cala masa pozycji warta wydania.

Nie jest dobrze. Do premiery najnowszego Bonda jeszcze co najmniej dwa lata, wcześniejsze 20 obejrzane dość dokładnie no i pojawia się pytanie, które postawił już jakiś czas temu znany humanista i laureat Pokojowej Nagrody Nobla – W.I.Lenin – szto dziełat’? Poza zaglądaniem na www.jamesbond.com faktycznie w świecie realnym nie ma czego szukać. Na szczęście jest jednak nowy, lepszy świat. Przez zupełny przypadek – wirutualny.

Pod koniec 2002 roku ukazała się gra No One Lives Forever 2 (NOLF2). Gra teoretycznie przynależąca do segmentu FPS (First Person Shooter) zdobyła uznanie nie tylko miłośników tego gatunku, na stabilnym bowiem rynku gier, po raz kolejny odkryta została nisza. Gwoli ścisłości zaznaczyć należy, że większą rewolucję stanowiła pierwsza część NOLF’a, uznawana powszechnie za znacznie lepszą, jednak nie mogę definitywnie się w tej sprawie wypowiedzieć bo JESZCZE nie miałem okazji się nią pobawić.

Kilka słów o fabule. W NOLF’ach wcielamy się w postać Cate Archet – pięknej (i zabójczej) agentki angielskiego wywiadu (całkowicie nieistotny jest tutaj fakt, że BARDZO istotnym elementem przyjemności z zabawy tą grą jest wcielanie się w postać pięknej kobiety. Freud byłby zapewne innego zdania, ale cóż – nie ma go wśród nas, a nieobecni racji nie mają). Całość gry mocno osadzona jest w rzeczywistości szpiegowskiej wojny mocarstw znanej z lat 60-tych. Od razu zaznaczę, że przez „mocne osadzenie” rozumiem osadzenie w świecie niezupełnie rzeczywistym, a raczej tym filmowym (z Różowej Pantery, Dr. Strangelove’a, Goldfingera czy Thunderball’a), wszak na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu ;-) Istnieje więc zła organizacja (H.A.R.M.) wraz z szefem – Głównym Negatywnym Charakterem (Director) oraz dobrzy agenci, na czele z Kate Archet mający za zadanie przeszkodzić H.A.R.M’owi w realizacji swoich planów. Jak jednak przeszkodzić, jeśli nie wie się w czym? W tym miejscu dochodzimy do sedna pozytywnych recenzji jakie zebrały obie części NOLF’a: jest to gra szpiegowska. Akcja rozwija się w taki sposób, że często cel naszych działań jest dla nas niejasny, czasami zostajemy w niektóre przedsięwzięcia wciągnięci wbrew naszej woli, a już chlebem powszechnim są dla nas przekradanie się, podsłuchiwanie, kradzieże czy dywersja. Gra zbalansowana jest idealnie – nie odczuwa się brak jakiegokolwiek elementu. Co ważne, rozgrywka wymusza na graczu częste zmiany strategii, zupełnie inaczej zachowują się bowiem znudzeni rosyjscy żołnierze na Syberii, inaczej zdeterminowany oddział ninja, jeszcze inaczej zaś grupa zawodowych zabójców (podróżująca jak trupa mimów).

Skoro mowa o bondowskich klimatach pamiętać trzeba o gadżetach, stanowiących ich nieodłączną część. Pod tym względem gra rozwiązana jest idealnie. Jako kobieta mamy więc maleńką damską torebkę (która możemy rozłożyć i korzystać z niej jako ręcznej wyrzutni rakiet), dezodorant (z palnikiem do cięcia metalu), słodko miaukającego kotka (inna sprawa że wybuchającego…), zestaw do pielęgnacji paznokci (tyle że z wytrychem) czy jak przystało na atrakcyjną kobietę – szminkę (ta akurat jest z aparatem fotograficznym). Jest jeszcze kilka innych, ale część chciaż niech pozostanie tajemnicą. Jak widać, programiści tworzący grę obdarzeni byli wyjątkowym poczuciem humoru…

Ano właśnie, zupełnie płynnie przeszliśmy do elementu stanowiącego o największej atrakcji tej gry – jedynemu i niepowatrzalnemu poczuciu humoru. Cała gra jest jednym wielkim pastiszem specyficznej branży specyficznej epoki. Efekt te osiągnięty został przez bardzo umiejętne stopniowanie napięcia, przy jednoczesnym wprowadzeniu elementów humoru sytuacyjnego i słownego. Dochodzi więc do komicznych sytuacji np. gdy zastajemy Główny Negatywny Charatker podczas telefonicznej rozmowy z matką obsabaczającą go za nie wysłanie kartki do jakiegoś wujka. Urok tej gry polega na tym, że większość tych tekstów jest „zaszyta” i dociera się do nich niespodziewanie – nie wystarczy po prostu gdzieś przejść, trzeba dodatkowo stanąć i posłuchać. Jeśli zbyt szybko wystrzela się przeciwników to także nici z podsłuchiwania konwersacji. Gra podzielona jest na 15 rozdziałów i w każdym dominuje nieco inny rodzaj humoru oraz obowiązuje inna tematyka rozmów/znajdowanych listów. Moje ulubione to cykl listów dziewczyny do rosyjskiego żołnierza (w których wspomina ona jak bardzo go kocha oraz że nie żywi urazy za ostatnie pijaństwo i pobicie, tym bardziej że lekarz powiedział że szwów nie będzie widać… oczywiście w każdym wspomina jak chętnie przymierzy jeansowe amerykańskie spodnie, które obiecał jej ten żołnierz;-) oraz rozmowy szeregowych pracowników organizacji H.A.R.M. na temat optymalizacji planów na przyszłość, strategii marketingowej, nowej definicji misji organizacji czy podejścia proklienckiego – całość oczywiście typową korporacyjną nowomową (to jest bomba!!!).

Do tego wszystkiego dodać należy bajeczną grafikę opartą o świetny engine graficzny i kapitalną ścieżkę dźwiękową (także utrzymaną w klimacie lat 60-tych). Lokalizacje opracowane są z dokładnością przyprawiającą wręcz o zawrót głowy. Podczas naszych misji możemy odwiedzić Japonię, Rosję, USA, Indie czy Antarktydę. Dodatkowych smaczków dodaje zróżnicowanie języka w poszczególnych miejscach. Niby wszyscy mówią po angielsku, ale jest to hindu-english, japanese-english albo (mój ulubiony) russian-english.

Wszystkie te elemety sprawiły, że gra uznana została przez najbardziej presitżowe magazyny poświęcone grom komputerowym za grę roku 2002. Jeszcze w tym roku ma ukazać się prequel do NOLF2, a sequel NOLF, czyli coś pomiędzy tymi tytułami. Gra będzie nosić tytuł Contract J.A.C.K. (J.A.C.K. to skrót od Just Another Contract Killer) i mimo że nadal rozgrywać się w latach 60-tych, to bardziej zbliżać się do klimatu Pulp Fiction niż Bondów. Zła wieść jest taka, że nie będziemy grać tam Kate :-( a jakimś zwykłym samcem-mordercą. Ale cóż… nikt nie żyje wiecznie…

Architect: Hello, Neo.

Neo: Who are you?

Architect: I am the Architect. I created the Matrix. I’ve been waiting for you. You have many questions, and though the process has altered your consciousness, you remain irrevocably human. Ergo some of my answers you will understand, and some of them you will not. Concordantly, while your first question may be the most pertinent, you may or may not realize it is also the most irrelevant.

Neo: Why am I here?

Architect: Your life is the sum of a remainder of an unbalanced equation inherent to the programming of the Matrix. You are the eventuality of an anomaly, which, despite my sincerest efforts, I have been unable to eliminate from what is otherwise a harmony of mathematical precision. While it remains a burden assiduously avoided, it is not unexpected, and thus not beyond a measure of control. Which has led you, inexorably… here.

Neo: You haven’t answered my question.

Architect: Quite right. Interesting. That was quicker than the others.

TV Neos: Others? How many others? What others? Answer my question!

Architect: The Matrix is older than you know. I prefer counting from the emergence of one integral anomaly to the emergence of the next, in which case this is the 6th version.

TV Neos: 5 `One’s before me? 4 3 2 What are you talking about?

Neo: There are only two possible explanations, either no one told me, or no one knows.

Architect: Precisely. As you are undoubtedly gathering, the anomaly is systemic – creating fluctuations in even the most simplistic equations.

TV Neos: You can’t control me! I’m gonna smash you to bits! I’ll fuckin’ kill you!

Neo: Choice. The problem is choice.

Architect: The first Matrix I designed was quite naturally perfect, it was a work of art – flawless, sublime. A triumph equalled only by its monumental failure. The inevitability of its doom is apparent to me now as a consequence of the imperfection inherent in every human being. Thus, I redesigned it based on your history to more accurately reflect the varying grotesqueries of your nature. However, I was again frustrated by failure. I have since come to understand that the answer eluded me because it required a lesser mind, or perhaps a mind less bound by the parameters of perfection. Thus the answer was stumbled upon by another – an intuitive program, initially created to investigate certain aspects of the human psyche. If I am the father of the matrix, she would undoubtedly be its mother.

Neo: The Oracle.

Architect: Please. As I was saying, she stumbled upon a solution whereby nearly 99% of all test subjects accepted the program, as long as they were given a choice, even if they were only aware of the choice at a near unconscious level. While this answer functioned, it was obviously fundamentally flawed, thus creating the otherwise contradictory systemic anomaly, that if left unchecked might threaten the system itself. Ergo those that refused the program, while a minority, if unchecked, would constitute an escalating probablility of disaster.

Neo: This is about Zion.

Architect: You are here because Zion is about to be destroyed – its every living inhabitant terminated, its entire existence eradicated.

Neo: Bullshit.

TV Neos: Bullshit!

Architect: Denial is the most predictable of all human responses, but rest assured, this will be the sixth time we have destroyed it, and we have become exceedingly efficient at it.

Architect: The function of the One is now to return to the Source, allowing a temporary dissemination of the code you carry, reinserting the prime program. After which, you will be required to select from the Matrix 23 individuals – 16 female, 7 male – to rebuild Zion. Failure to comply with this process will result in a cataclysmic system crash, killing everyone connected to the Matrix, which, coupled with the extermination of Zion, will ultimately result in the extinction of the entire human race.

Neo: You won’t let it happen. You can’t. You need human beings to survive.

Architect: There are levels of survival we are prepared to accept. However, the relevant issue is whether or not you are ready to accept the responsibility of the death of every human being on this world. It is interesting, reading your reactions. Your 5 predecessors were, by design, based on a similar predication – a contingent affirmation that was meant to create a profound attachment to the rest of your species, facilitating the function of the One. While the others experienced this in a very general way, your experience is far more specific – vis a vis love.

Neo: Trinity.

Architect: Apropos, she entered the Matrix to save your life, at the cost of her own.

Neo: No.

Architect: Which brings us at last to the moment of truth, wherein the fundamental flaw is ultimately expressed, and the anomaly revealed as both beginning and end. There are two doors. The door to your right leads to the Source, and the salvation of Zion. The door to your left leads back to the Matrix, to her and to the end of your species. As you adequately put, the problem is choice. But we already know what you are going to do, don’t we? Already, I can see the chain reaction – the chemical precursors that signal the onset of an emotion, designed specifically to overwhelm logic and reason – an emotion that is already blinding you from the simple and obvious truth. She is going to die, and there is nothing you can do to stop it.

Architect: Hope. It is the quintessential human delusion, simultaneously the source of your greatest strength and your greatest weakness.

Neo: If I were you, I would hope that we don’t meet again.

Architect: We won’t.

yoze

Anglia to nie jest deszcz i mgła. Czy może jakimś kaprysem losu zostałem obdarowany spiekotą zda się wyciętą z rozgrzanego powietrza tropików. Nie jestem pewien czy faktycznie dżdżyste klimaty Walii, które zostawiłem za sobą nie bez żalu, przenoszą się podmuchem wiatru nad Oxford.

W piecu południowego, zenitalnego słońca dokonuje się szał zwiedzania. Wielka fabryka, czynna dla gości od rana do późnego wieczora a dla mieszkańców przez całą dobę, zagarnia w siebie nowe stosy ludzi, kolejki czekających na bilet, tysiące i miliony przedmiotów. Słowo przedmiot – jego ikona – przestaje mieć sens. Bo jak nazwę człowieka, który mówi przez całe życie ten sam tekst jak słuchawka telefonu, przed siebie, byle tylko zwrócony w stronę gości. Jak patrzeć na sprzedawcę folderów i pamiątek, jak nie na drukarkę wypluwającą przedmioty niecodzienne tylko dlatego, że są tu i teraz. Jak nazwać turystę jeżeli nie bardziej lub mniej [zależy od czasu, planu podróży] przypadkowego widza tego cyrku podpartego gotyckimi kolumnami, przyporami, słupami mielącego bez smaku tą odrobinę usłyszanej przed chwilą [lub wydrukowanej] historii.

Wszechobecny kurz tworzy patynę czasu, starości – takiej jak z obrazka: siwa głowa, pełna [zapewne] mądrości, żywe pomniki przyrody. Masowa turystyka zadaje kłam wszelkim pragnieniom zobaczenia, poznania, przeżycia. Nie przeżywasz, bowiem jeżeli walczysz o miejsce jak najlepsze do zrobienia zdjęcia. Nie widzisz tego, co chciałeś widzieć, jeżeli spoglądasz z perspektywy kolejnego numeru biletu w kolejce. Nie umiesz zapamiętać się w pięknie gdyż jest ono sztuczne – podlega estetyzacji, obróbce fabrycznej.

To sztuczność skorupy kościoła bez ducha powinna być obiektem zwiedzania a nie pozostałość jego śladów. Budynki puste, wypatroszone czerepy, pozbawione zawartości kamienne bryły. Zwyczajny [jakże relatywne słowo, jeżeli wpleść je w kontekst czasu i miejsca] college nie fascynuje nikogo, jeżeli jest dostępny w ponad trzydziestu rodzajach. Nikogo nie obchodzi tak naprawdę historia miejsca, które jest tylko po to by potwierdzić nazwę. Oxford jest ikoną tego, co chcemy zobaczyć i co zobaczyliśmy. Czas teraźniejszy nie istnieje – rozmywa się niepostrzeżenie na dziesiątki banalnych – właściwych każdej atrakcji turystycznej: niezależnie od rangi i miejsca – czynności. Nie istnieje coś takiego jak zwyczajność w świecie sfabrykowanym do ostatniego kamienia. Nie ma zwyczajnych ludzi tylko przewodnicy, ochroniarze, sprzedawcy. Teraźniejszość pełna jest mechaniki tubylców połączonej z majestatyczną obojętnością budowli spoglądających łagodną ironią przez wskazówki zegarów. Dla widza-turysty teraźniejszość jest nieuchwytna a wszelkie rozpaczliwe jego działania – najczęściej przez nabywanie pamiątek – to chwilowe przypływy ślepej nadziei, aby kiedyś postarać się wrócić. Absurd: symulacja zwiedzania reaktywuje wraz z czasem symulację atmosfery.

Świętokradztwo dokonuje się na sztuce, historii, ale nie na ludziach. Na nich czyni się zwykły handel, który został znakomicie oswojony zarówno przez oferentów jak i potencjalnych kupców. Nie ma nikogo, kto skręciłby bicz i wyrzucił z przybytku zda się nauki kupców, handlarzy i… wiernych tej świątyni turystycznej ekstazy.

Tłum płynie leniwie – jedząc i popijając – czynności dokonują się samoistnie. Indywidualny kontakt z miejscem jest równy zeru. A przecież tylko wtedy dotykasz przeszłości, jeżeli twoje palce czytają ślad rylca kamiennych, grobowych tablic. Tylko wtedy możesz przenieść się w świat już dawno martwy, gdy wejdziesz do jednego z kościołów grobowców – nie tylko ludzi tam pochowanych, ale i czasu, który z definicji nie zmartwychwstaje. W tym momencie śmiałek, który chce tego dokonać jest bezsilny gdyż nie ma chwili, kiedy nie przeszkadza mu obcy język, kiedy nie błyśnie flesz, kiedy nie rozlegnie się krzyk dziecka szukającego rodziców. Wydaje się jakby na zasadzie – przewrotnej w swej istocie – umowy społecznej wszyscy pilnowali się nawzajem. Totalitarna turystyka – wszyscy się pilnują, każdy zna swoje miejsce, nikt nie rozumie sensu za to każdy chce żeby dzień się skończył.

Nie ma wrażeń – są ich substytuty – nie ma czystego podziwu, zachwytu nad nie tyle samym tworem, co życiem [w kontekście sztuki dzieło jest życiem i życie jest dziełem]. Wyobrażenia wizualizują się na krótkie momenty żyjące zgodnie z wartością migawki aparatu fotograficznego. Każda turystyka [może wyłączając przyrodę] jest formułowaniem wrażeń, zbieraniem bodźców, przenoszeniem ich na światłoczułą kliszę. To ona tak naprawdę jest wartością – pamiątką z podróży, towarem przewożonym bez cła i kontroli przez La Manche i dalej do domu. Na maszynę zrzucana jest odpowiedzialność za wspomnienia. Nie umiemy pamiętać. Raz przez samą banalność kontekstu, w jakim widzimy dziesiątki pomników historii – zlane w jedno, maksymalnie estetyczne, dokładnie takie, jakich oczekiwaliśmy, przez co są bez tajemnicy, niepociągające, niewzbudzające chęci zagłębienia się przez nie w kraj, w którym jestem – z drugiej strony sam nie wiem, czego poszukuję, czego chcę się dowiedzieć, co znaleźć. Na jakie pytania nie znam odpowiedzi, co mnie tu przywiodło? Czy chęć odpoczynku – spokoju będącego tu najcenniejszym dobrem? Ludzi, których można spotkać nie ma – jest rzeka tłumu. Fasady ulicznych sklepów, kamienic stają się pudełkiem, w którym chowam wszystkie klatki zdjęć, jakie nieustannie odświeża mój umysł. Doświadczam paradoksu gdzie liniowy schemat turystyki wygrywa z odwiecznym – naturalnie ludzkim – odruchem poznania. Zasypiam z otwartymi oczami. Hipnoza ludźmi w kadrze własnych oczu.

Siedzę na kamiennej ławie w centrum miasta, jem tostowy chleb pozbawiony smaku. Nie interesują mnie budowle, zabytki, pamiątki, ludzie. Czuję się zmęczony tym, co za mną i kilometrami cierpliwie czekającymi na swoją kolej.

yoze

Essen, Zagłębie Ruhry. Wszystko jest snem. Nie ważne czy dobrym, złym, ciężkim czy spokojnym. Miasto w mieście, aglomeracja domów, gdzie nazwy miast – mające własne historyczne odpowiedniki, uświęcone przez tradycję – są jedynie stygmatami dawnego, tradycyjnego porządku, który odszedł i nie wróci nigdy. Odrzucenie prawdziwej historii, tradycji, wszelkiego rodzaju wartości na rzecz popkultury przedmiotu, materializmu, konsumpcji, dzikiego pochłaniania, pożerania – stapiania się z dobrem produkowanym masowo „pod klucz” przestaje być nowinką, słyszalnym komunikatem, dającym się ominąć szerokim łukiem egzotycznym zwiastunem przyszłości. Jest to codzienność, banalna tak bardzo, że aż śmieszna. Zasmucające, gdy patrzeć na szeregi ludzi niczym automaty w rytualnych powinnościach szukających następnych promocji, symboli, ideogramów, świateł: czerwonego lub zielonego.

Przedmiotem sprzedaży czyni się absolutnie wszystko w tej stolicy produkcji, stolicy przemysłu. Rzeczywistość jest ułożona z tych samych modułów, tak samo odlanych i walcowanych, tak samo narodzonych w oparach dymów fabrycznych. Nie wie gdzie i kiedy wydaje pierwszy dźwięk, nie wie przez czyje usta, bo wszystko dzieje się naraz, każde doświadczenie jakiegokolwiek kupna czy sprzedaży jest społeczne, jednostka rozmywa się tuż po wyjściu z domu, tuż po obudzeniu się, tuż po urodzeniu…

Całkowita anihilacja człowieka w płyn tłumu, miejskie osocze dokonuje się w Centrum. Wbite pomiędzy kamienice i gmachy centrum handlowe jest jak serce: pompuje nowe siły w ludzki krwioobieg, jak płuca dające ożywczy izotoniczny tlen. Rzeka głów, wszystko wiruje – fontanna obrazów, pocztówek, kalejdoskop wrażeń dotyka i porywa każdego, kto nie podporządkowuje się masie. Kto szuka własnej ścieżki tam gdzie nie ma miejsca na pojedynczy ślad, gdzie zawsze idzie się za kimś i przed kimś, nie ma prawa istnieć.

Wszelkie poszukiwanie – tożsamości, sensu albo, chociaż własnego miejsca w przestrzeni przekrytej sztucznym niebem dachu – sprowadza się do oglądania witryn, wchodzenia w interakcję. Odczuwam tylko wzrokiem, słuchem i powonieniem pozostałe zmysły oddając we władzę masy, która mnie prowadzi byle tylko naprzód. Sklep nie ma drzwi – nigdzie ich nie widać – zda się, że nigdy nie jest zamknięty. Zaczynam mieć wrażenie, że nie istnieje czas. Nie istnieje też człowiek w swojej najprostszej definicji fizycznej osobowości obdarzonej rozumem. Za to istnieje przedmiot człowieka komponowany z innymi: kosmetykami, tekstyliami, żywnością czy sprzętem video. Tylko wtedy istnieję, gdy łączę się na zasadzie swobodnego wyboru, kierowania się ceną, promocją i okazją. Łączę się z przedmiotem, towarem, produktem na zasadzie dopasowania do niego. Nie ma mojego gustu tylko moda. Świat estetyzuje, otoczenie szuka dla mnie wejścia w sieć – wszelkie nadzieje, pragnienia, doznania sprowadzone są do interakcji z towarem, przedmiotem podlegającym wytworzeniu i sprzedaży – ewentualnie przecenie.

Inny człowiek. Pojęcia wyniesione z mojego potocznego życia stają się nieaktualnym – zastawionym w komis – antykiem. Perspektywa stopienia się z tłumem ludzi nawiedzającym centrum wydaje się odpychająca. Nadziei, na jakąkolwiek inność będącą alternatywą widzianej rzeczywistości, nie ma, podczas gdy paradoksalnie można mieć wszystko. Mnogość interaktywnych sposobów zaspokojenia własnych żądz sprawia, że nie tyle nie ma rzeczywistości, co nie ma najmniejszej choćby szansy, aby ją odnaleźć. Rzeczywistość przestaje być czymś praktycznym, dającym się dotknąć. To świat zamierzchły, nieznany, którego substytut udaje się osiągnąć przez transakcję handlową, symulację, produkcję.

Nie jest nowością stwierdzenie, że jednostka zostaje skazana na zagładę w ponowoczesnym mieście. Indywidualność jest przywilejem gwiazd, ludzi mediów, wybranych w sposób niejawny, fałszywy i sztuczny. Zresztą nawet taka pozostaje ułudą, sfabrykowaną na potrzeby mody, trendu, fali maską. Człowiek istnieje tylko i tylko wtedy, gdy jest jednocześnie elementem masy. Nie bierze się pod uwagę jego oczekiwań, potrzeb, pragnień, jeżeli nie jest umieszczony w kontekście oczekiwań, potrzeb i pragnień całej grupy. Pozbawiony możliwości decyzji – jakiejkolwiek – poddaje się symulacji potęgi, bo tym są dzisiejsze Niemcy. Baudrillard określił reklamę jako kanonizację rzeczywistości. Tutejsi ludzie utopieni w kontekście pochodu przez centrum, przeglądania sklepów, witryn, portali, pozbawieni są swojego początku i końca. Istnieją dopóki są widoczni. Medialność przenosi się niewidzialnym procesem, z ekranu, monitora, emitera na jednostkę widza.

Istnieję tylko wtedy, kiedy mnie widać, wydaje się mówić każda z mijanych twarzy. Ludzkie cierpienie niweluje się do aktu pomocy charytatywnej, śmierć staje się nieuchronnością gry komputerowej – pozbawia się ją realizmu. Informacja staje się sensacją, jej poszukiwanie wyznacza krawędź sensów. Egzystencja przyjmująca kicz za przestrzeń własnej autonomii [najczęściej kupionej] nie chce prawdy tylko modę. Ta ostatnia obejmuje wszystkie aspekty ludzkiego życia: materialne i duchowe. Wymiana sumień dokonuje się wraz z nowym numerem opiniotwórczych biuletynów.

Bolą oczy od nieustannego nadążania za wszystkim, co dzieje się wokoło.

Chcę się przewrócić na drugi bok.

viii.ad2003
Marcin Y Gałęcki

« Poprzednia stronaNastępna strona »