tożsamość


Eiren

Czy cyberprzestrzeń jest przestrzenią wyobrażoną? I w jakim sensie? Wydaje mi się, że z cyberprzestrzenią mamy do czynienia nie tylko wtedy, kiedy włączamy komputer. Właściwie każdy z nas porusza się w przestrzeni, która jest w pewnym sensie wyobrażona, nasza własna i niepodobna do przestrzeni innych ludzi. Czyż nie jest tak, że każdy z nas posiada swoją niepowtarzalną wizję domu rodzinnego, miasta, w którym się dorastało, miejsca, z którym jesteśmy związani? Wyławiamy ze – wydawałoby się - obiektywnej rzeczywistości pewne elementy, szczegóły, które są istotne tylko dla nas. Pamięć ludzka nie składa się tylko z faktów, odbieramy przecież także wrażenia, zapamiętujemy emocje, niektórzy – obdarzenia pamięcią sensoryczną – kojarzą zapachy, smaki i kolory sprzed lat, które – niczym magdalenka Prousta – wywołują nich całe ciągi skojarzeń i reminiscencji. Takie wspomnienia nie opierają się na żadnych faktach, są na wskroś subiektywne i niepowtarzalne. Bodźcem je wywołującym może być specyficzny klimat, oświetlenie, najmniejszy drobiazg, który nabrał znaczenia w historii czyjegoś życia. Nie ma dwóch osób, które, uczestnicząc w tym samym wydarzeniu, zapamiętałyby je identycznie. Jest to temat poruszany już wielokrotnie w literaturze i kinie: prawda obiektywna nie istnieje, nie ma czegoś takiego jak jeden, wspólny wszystkim świat doznań i przeżyć. Skoro więc każdy z nas potrafi stworzyć sobie własną wersję rzeczywistości i zdarzeń, to czy nie na tej samej zasadzie istnieje cyberprzestrzeń? Więc może jest ona także przestrzenią psychologiczną, w takim sensie tego słowa, iż została stworzona przez każdego z jej użytkowników indywidualnie i nie ma wiele wspólnego z wyobrażeniami innych osób? Tak, na pewno. Tak samo jak każda inna przestrzeń, czy miejsce, które żyje w naszej wyobraźni, czy wspomnieniach. Przebywamy w świecie on-line nie w sposób fizyczny, lecz mentalny i właśnie tak on istnieje. Cyberprzestrzeń to dla mnie konglomerat wrażeń i sposobów ich odbioru przez poszczególnych użytkowników. Jest to przestrzeń wyobrażona na użytek własny, a jej części składowe, zależą w głównej mierze od osoby, która ją stworzyła. Co więcej, jest to przestrzeń, która za każdym razem tworzy się na nowo. Cyberprzestrzeń jest fenomenologiczna z natury. Pojawia się w momencie interakcji pomiędzy człowiekiem, a komputerem, po jej ustaniu zanika. Niczym w teorii Berkley’a: ginie, gdy zamkniemy nie oczy, a …. komputer. I to jest właśnie jeden z powodów, dla których warto ją badać.

Ale nasza wyobraźnia to nie tylko strefa pamięci i wspomnień. Wyobrażamy sobie także rzeczy abstrakcyjne, które nigdy nie były i może nie staną się naszym udziałem. Zapewne tworząc sobie takie światy posługujemy się rekwizytami, sytuacjami i reakcjami, które znamy. Trudno jest i wymaga to niezwykłego wręcz talentu, stworzyć świat, który byłby zupełnie odmienny, od tego, co już znamy. Udaje się to niektórym pisarzom, malarzom, czy poetom, choć i oni czerpią inspirację z rozmaitych wcześniejszych źródeł. Jest to oczywiste, że człowiek tłumaczy sobie pewne zjawiska poprzez to, co już sobie oswoił, do czego przywykł, na co wie, jak reagować. Wynika to także z faktu, że człowiek jest istotą społeczną, która nie żyje na bezludnej planecie i która dzieli z innymi ludźmi pewne wyobrażenia, przekonania czy wręcz wiedzę. Istnieje bowiem krąg doświadczeń kulturowych wspólny dla uczestników danego społeczeństwa. Wynika on z podzielanego w nim systemu wartości, sądów, wspólnej historii i tradycji. Są to tak zwane wyobrażenia potoczne, nazywane także wyobraźnią masową. To twór dynamiczny, podlegający ciągłym zmianom i rozmaitym wpływom. Współcześnie oddziaływują na niego przede wszystkim masowe media, kreujące zarówno pewną wizję świata, jak i zamieszkujących go ludzi. To w dużej mierze one decydują o tym, kto lub co zaczyna istnieć w kolektywnej świadomości, a co odchodzi do lamusa historii. Dzieląc ze sobą takie wyobrażenia, ludzie należący do jednego społeczeństwa (rozumianego nawet globalnie), mają do dyspozycji określoną ilość elementów, z których na własny użytek budują swoją wizję świata, także tego wyobrażonego. Ilu z nas, myśląc o cyberprzestrzeni ma w pamięci obrazy z książek i filmów (chociażby klasyczny „Tron”)? Interesujący i warty zbadania byłby sposób, w jaki z rozmaitych fragmentów wiedzy, przekonań, obrazów czy nawet stereotypów tworzymy wizję cyberprzestrzeni. W takim ujęciu byłaby ona zarówno przestrzenią indywidualną, jak i społeczną.

Czy cyberprzestrzeń jest także przestrzenią kulturową? Tak, na tyle, na ile każda przestrzeń, w której żyje człowiek, istota nierozerwalnie związana z jakąś kulturą. Nie sposób sobie wyobrazić człowieka w próżni kulturowej, chociażby poprzez prosty fakt używania przez ludzi języka. To on reguluje i ustanawia nasze postrzegania świata, konstytuuje naszą rzeczywistość. Tak naprawdę coś, co nie ma odzwierciedlenia w naszym języku, nie istnieje w naszym świecie. To jak widzimy samych siebie i otaczający nas świat, zależy od języka, jakim się posługujemy i licznych konotacji, które niosą ze sobą określone słowa. To, że człowiek zachodu patrzy na przestrzeń jak na uporządkowane miejsce, gdzie istnieje północ, południe, góra, dół, prawa i lewa strona, zależy od jego postrzegania świata, które zostało nam przekazane od przodków za pomocą języka właśnie. I to za jego pomocą również powstaje w naszych umysłach obraz cyberprzestrzeni. Jednakże to kultura jest tym, to stoi ponad indywidualnymi przekonaniami i wyobrażeniami. Nie jesteśmy w stanie za bardzo wyjść poza jej ramy i stworzyć obraz świata – nawet wirtualnego – który byłby całkowicie różny od tego, co już znamy. Owszem, mogą nim rządzić inne zasady, to, co jest niemożliwe w realnym świecie, tam może być wykonalne i naturalne. Mogą w nim nie istnieć podziały, które znamy z codziennego życia, kategorie, według których porządkujemy sobie własny obraz świata mogą być inne, ale cyberprzestrzeń nie jest zupełnie nowa jakością! Nie jest inną rzeczywistością! Jest tylko, a może aż, przeniesieniem naszego obłaskawionego, swojskiego bycia w sferę całkowicie mentalną, odfizycznioną, ale jednak bardzo mocno zakotwiczoną w tym, co znamy. Czy ktoś z nas potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie jak wygląda piąty czy dziesiąty wymiar, skoro żyjemy w świecie trójwymiarowym? Czy ktoś potrafi wymyślić, co znajduje się poza granicami naszego, ograniczonego przecież i skończonego wszechświata? Czy wreszcie jakikolwiek człowiek potrafi sobie wyobrazić własną śmierć? Tak ludzkie, naturalne i oczywiste wydarzenie jest nie do ogarnięcia przez nasz umysł. Bo jak zmusić go do antycypacji sytuacji, w której przestaje istnieć? I jeżeli nawet wydaje nam się, że jesteśmy w stanie odpowiedzieć na któreś z tych pytań, to tylko się łudzimy, bo tak naprawdę dokonamy jedynie prostego przeniesienia znanych wzorców, schematów myślowych, czy nawet kategorii apriorycznych i rzutowania ich na to, co pozostaje poza zasięgiem naszego poznania.

Cyberprzestrzeń nie jest oczywiście zjawiskiem aż tak bardzo niepojętym dla ludzkiego umysłu. Jesteśmy w stanie zrozumieć, na jakiej zasadzie działają komputery i sieci. To w końcu my, ludzie je stworzyliśmy. Ale jak wiadomo, cyberprzestrzeń to nie tylko proste połączenie kablem paru PC-tów, to coś dynamicznego, co tworzy się od nowa, za każdym zalogowaniem się do sieci i z każdym nowym użytkownikiem. To fascynujące zjawisko, powstające na styku ludzkiej wyobraźni, rozumu i technologii.

unity

Specyficzną formą komunikacji posługuje się środowisko MUD`ów. Tu wykorzystujemy komendy takie jak „szczęście” czy „złość”, po których symbolizujący nas graficzny awatar wykona odpowiedni gest.

Chcąc wyrazić uczucia możemy posłużyć się też Caps Lockiem, który powiększy litery i sprawi, że nasz komunikat będzie bardziej wyrazisty.

Na wrażenie jakie zrobimy na naszych rozmówcach w sieci ma wpływ nie tylko to w jaki sposób się porozumiewamy, czy łatwo zgadzamy się z naszym rozmówcą , czy też korzystając z anonimowości jesteśmy bardziej skłonni do kłótni i sprzeczek. To jak jesteśmy postrzegani w świecie elektronicznym uwarunkowane jest także od tego jaki mamy adres poczty emailowej, czy posiadamy własną stronę www, czy też nie. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z tego jak wiele informacji zawartych jest w naszym adresie internetowym. Końcówki w adresach poczty mogą wskazywać na to kim jesteśmy. Jeśli mamy w końcówce „edu” można wnioskować , że jesteśmy związani ze środowiskiem uniwersyteckim, jeśli „gov” to, że z rządowym, a narzucony przez Stany Zjednoczone system zamieszczania końcówek takich jak „pl”, „de”, „uk” czy „au” wskazuje na kraj, w którym mieszkamy .

Informacje o naszym miejscu zamieszkania są w sieci równie istotne jak te o naszej płci, wieku czy nawet rasie. Podczas naszych podróży po wirtualnym świecie spotykamy różne grupy społeczne. W zdecydowanej większości przypadków sami decydujemy o tym jaką grupę odwiedzimy, jaka nas w danej chwili najbardziej interesuje. Mamy tu do czynienia z tak zwanym efektem pierwszeństwa, czyli naszym wyborem dokonanym pod wpływem chwilowego wrażenia, jakie wywarło na nas jakieś zjawisko bądź jakaś grupa.

Jest to zjawisko podobne do tego, które towarzyszy nam w realnym życiu. Spotykamy się z tymi ludźmi, którzy mają podobne do naszych zainteresowania, którzy są podobni do nas. Również w sieci wybieramy to forum dyskusyjne, na którym debatuje się na tematy interesujące nas najbardziej.

Komunikacja za pośrednictwem Internetu może być utrudniona przez problemy czysto techniczne, gdy na przykład mamy problem z transferem, możemy zostać uznani za ignorantów, gdyż nasze odpowiedzi mogą dochodzić do naszych rozmówców z dużym opóźnieniem.

Nie chcemy, aby zbyt pochopnie nas oceniano, ani w życiu realnym, ani w wirtualnym. O ile jednak w rzeczywistości można nas ocenić na podstawie naszego wyglądu i zachowania, w sieci mamy mniejsze pole do popisu. Dlatego kierujemy wywieranym przez nas wrażeniem. Używamy do tego różnych metod, jedną z nich jest wybór tak zwanego nicka (z ang. nickname czyli pseudonim) czyli naszego sieciowego imienia, z którego korzystamy w danym środowisku. Na podstawie obserwacji kilku kanałów IRC`a Haya Becher-Israeli z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie wykazał, że 45 % użytkowników tej formy komunikacji wybierało sobie pseudonimy, które w jakiś sposób się z nimi wiązały, na przykład , , czy <śpiewak>. Zaledwie 8 % używało swoich imion.

Często możemy „powiedzieć” o sobie więcej. Dobrą sposobnością ku temu są różnego rodzaju grupy dyskusyjne. Podczas naszej pierwszej wizyty w danej grupie mamy możliwość przedstawienia się. Zdecydowanie ułatwia to nam zawarcie bliższych kontaktów i łatwiej jest dzięki temu uniknąć zbyt pochopnego „zaszufladkowania”. Kolejną okazją do autoprezentacji jest założenie własnej strony internetowej, na której możemy zamieścić tyle informacji o sobie samych, na ile mamy tylko ochotę.

Dla wielu osób anonimowość i zmienianie tożsamości to dwie najatrakcyjniejsze cechy Internetu. Jest to rzeczywistość, w której tchórz może udawać bohatera, słaby uczeń – eksperta z każdej dziedziny nauki, bankrut- bogacza. Jeśli mamy na to ochotę, wcielamy się w kilka postaci równocześnie. W każdym z wirtualnych światów możemy grać kogoś innego. Sieć daje nam możliwość nie tylko zakładania różnych masek, ale także tworzenia sobie nowej osobowości, uzyskiwanej dzięki zmianie adresu poczty elektronicznej, zmianie kanału IRC lub wyborze innej grupy dyskusyjnej. Społeczność internetowa jest tak skutecznie odseparowana od rzeczywistego świata, że wielu jej bywalców wierzy w trwałość zawartych tą drogą przyjaźni i znajomości. Wirtualna fikcja wydaje się być trwała ponieważ żadne wydarzenie z rzeczywistości jej nie zakłóca.

Internet daje nam możliwości oszustw, kłamania i upiększania rzeczywistości. Badania psychologiczne dowodzą, że kłamanie to jedno z ulubionych zajęć ludzi, nie można się więc dziwić , że także Internet jest wykorzystywany do tego celu. Natomiast zamiłowanie do wcielania się w różne role mamy już od najmłodszych lat dzieciństwa, dlatego nie powinno nas dziwić także to, że jako dorośli „bawimy się” w bycie kimś innym w sieci. Istotną rolę odgrywa tu sposób w jaki rozumiemy odgrywane przez nas role ze świata wirtualnego i jak rozumiemy reguły panujące w tym środowisku.

Takie zabawy z tożsamością w sieci niosą ze sobą oczywiście wiele zagrożeń. Ponieważ do sieci mają dostęp wszyscy zdarza się tak, że ofiarami takich oszustw padają niewinni ludzie, często dzieci. Zamiana tożsamości często polega na zamianie płci. Można przeczytać wiele relacji dzieci, które padły ofiarą pedofilów podszywających się w sieci pod miłego nastolatka, który chciał się zaprzyjaźnić. Nie powinniśmy jednak dopatrywać się w większości eksperymentatorów zboczeńców i przestępców. Większość z użytkowników sieci raczej eksperymentuje z własną tożsamością, a według psychologów takie eksperymenty są ważnym elementem naszego rozwoju, zwłaszcza w młodości. Jak pisze Patricia Wallace w swojej książce: „Psychologia Internetu” cyt:” Okazja do poeksperymentowania z alternatywnymi tożsamościami, zwłaszcza takimi, z którymi eksperymentowanie w prawdziwym życiu byłoby niemożliwe, jest zbyt atrakcyjna, by można było przejść obok niej obojętnie”.

Wallace sugeruje także, że amatorskie eksperymenty z własną tożsamością, oparte na kłamstwie, nie są konsultowane z fachowcami, którzy mogliby ocenić ewentualne szkody wyrządzone innym użytkownikom sieci. Nawet ci eksperymentatorzy, którzy nie zamierzali nikomu wyrządzić krzywdy mogą z czasem stracić kontrolę nad taką zabawą.

unity

Po kilkunastu latach błyskawicznego rozwoju Internetu okazuje się, że może on pełnić funkcje o jakich zapewne nie mieli pojęcia jego twórcy. Nie jest jedynie siecią pełną informacji, z których skorzystać można za pomocą maszyny jaką jest komputer. Komputer nie jest już luksusem dostępnym wyłącznie dla elit społecznych. Jest normalnym elementem środowiska życiowego wielu ludzi. Zdarza się także, że potrafi zmieniać jakość życia. W niektórych przypadkach sprawia, że staje się ono łatwiejsze i przyjemniejsze, ale może też zamienić to życie w koszmar. Dlatego właśnie, że często Internet tak diametralnie wpływa na nas i na nasze życie stał się od niedawna przedmiotem zainteresowania psychologów, psychiatrów i socjologów.

Niektórzy z nich posuwają się do twierdzeń, że Internet zmienia świat i relacje panujące między ludźmi. Opinie na temat wpływu jaki Internet ma na naszą psychikę są podzielone i można spotkać się z twierdzeniem, że światowa sieć jest siedliskiem zarazy rozprzestrzeniającej się wszem i wobec, jak i z tezą, że ta sama sieć może okazać się zbawieniem dla ludzkości. Do tej pory nie przeprowadzono jednak poważnych badań nad wpływem jaki w rzeczywistości wywiera na człowieku buszowanie po Internecie. Można przeczytać już dużo na temat społeczeństwa informacyjnego, którego istnienie według niektórych naukowców nie jest fikcją. Natomiast literatury na temat psychologii Internetu jest stosunkowo niewiele. Wnioski wysnuwać można na podstawie długich i dokładnych obserwacji zjawisk zachodzących w sieci. Nie jestem oczywiście pierwszą osobą, która zauważyła, że Internet może mieć dobroczynny wpływ, chcę jednak przeanalizować ten problem pod kątem biblioterapii i zadań jakie stoją przed współczesnym bibliotekarstwem.

Zajmując się problematyką psychologii Internetu nie sposób nie wspomnieć o tak zwanej sieciowej tożsamości. Wszelkie kontakty, jakie zawieramy za pośrednictwem sieci komputerowej różnią się zdecydowanie od tych, które znamy z codziennego życia. Po pierwsze przez komputer nie widzimy naszego rozmówcy (nie zamierzam wnikać w psychologię uczestników konferencji internetowych umożliwiających często także kontakt wzrokowy, ani też rozpatrywać zapowiadanych nowinek technicznych mających dać taką sposobność szerokim rzeszom użytkowników Internetu). Przez to, że go nie widzimy, nie wiemy jak wygląda, ile ma lat ani też nie możemy być pewni jego płci, nie oceniamy go na podstawie stereotypów, które towarzyszą nam przy spotkaniach „twarzą w twarz”. Możemy polegać jedynie na wypowiedziach naszego rozmówcy, możemy mu zaufać, bądź nie.

Nie oznacza to jednak, że w sieci nie posługujemy się stereotypami. Zwracamy tu jednak uwagę na inne cechy. Specyfika komunikacji werbalnej i niewerbalnej była wielokrotnie tematem prac naukowych, licznych artykułów prasowych czy debat społecznych. Komunikacja za pośrednictwem sieci wnosi do tego zagadnienia nowe aspekty. W Internecie nie można zobaczyć uczuć. Ponieważ nie wiemy jaką minę ma nasz rozmówca, o tym co myśli bądź czuje możemy dowiedzieć się jedynie z jego słów lub coraz popularniejszych emotikonów, czyli „buziek” wyrażających uczucia takie jak na przykład: radość, smutek, złość, zaskoczenie a nawet chęć uderzenia kogoś lub potrzebę wyjścia do ubikacji.

Faktem jest, że w wielu przypadkach nasze zachowanie w świecie rzeczywistym różni się często od tego ze świata wirtualnego. W rzeczywistości kontrolujemy się, jesteśmy ostrożniejsi i ważymy swoje słowa, ponieważ jesteśmy obserwowani i rozpoznawani. Jednak gdy tylko przekroczymy granicę świata wirtualnego nasze zachowania często ulegają zmianie. Stajemy się swobodniejsi i odważniejsi. W tym świecie nikt nas nie widzi, niewielu może nas „namierzyć” (tylko ci zaawansowani w technologii komputerowej). Jesteśmy bardziej, jeśli nie całkowicie anonimowi. Poczucie takiej wolności wyzwala w większości z nas uczucia, których wcześniej u siebie nie znaliśmy.

Stosunki międzyludzkie, jakie możemy zaobserwować w sieci zmieniały się wraz z jej rozwojem. Można nawet stwierdzić, że to co widzimy w sieci dziś jest bardziej ludzkie niż w początkowych etapach komunikacji nawiązywanej za pomocą komputera. Ulepszanie technologii komputerowej, wprowadzanie przyjaźniejszych inetrfejsów wpływa na to w jaki sposób zachowujemy się w tym specyficznym środowisku. Początkowo maszyna sprawiała, że byliśmy chłodni i nieskłonni do uprzejmego zachowania. Dziś częściej mamy okazję posłać komuś „buziaka” albo „bukiet kwiatów”. Wraz z rozwojem sieci i stopniowym powiększaniem się liczby jego użytkowników zaczął powstawać specyficzny dla społeczności wirtualnej język. Ponieważ człowiek lubi przełamywać „lody” używa do tego wszelkich metod. Gdy nie ma możliwości skorzystania z emotikonu, wyraża swoje uczucia za pomocą prostych znaków interpunkcyjnych, które znane są każdemu, kto przebywa nawet krótko w społeczeństwie sieciowym. W ten sposób możemy się uśmiechać :-) , smucić :- ( , czy pokazywać język :-P . Istnieje też cały szereg skrótów używanych przez stałych bywalców grup dyskusyjnych i chat`ów. Są to różnego typu wyrażenia na przykład: brb – be right back (zaraz wracam), u2 – you too (ty też bądź tobie też), btw – by the way (przy okazji) i tak dalej. Wymienić można by długa listę, ponieważ język ten jest dziś już bardzo rozbudowany.

Elementem wyraźnie wiążącym się z Internetem są funkcjonujące w jego ramach społeczności (communities) internetowe. Zjawisko to związane jest jeszcze z początkami Internetu i jego historią jako sieci o planowanym znaczeniu militarnym, a później akademickim. Z tych początkowych lat działalności pozostał jeden zasadniczy element – główne wykorzystanie sieci jako medium komunikacyjnego. Nie przez przypadek swoistym symbolem Internetu jest znak @ - przynależny do adresu e-mail i jednoznacznie wskazujący na wyraźne powiązania z siecią.

Aby zachodziła jednak komunikacja konieczne są do tego dwie strony, zaś wzrost liczby komunikujących się ze sobą jednostek pociąga za sobą wzrost potencjału komunikacyjnego sieci. Początkowe obawy socjologów, co do wzmacniającego wpływu Internetu na postępujący proces alienacji poszczególnych jednostek względem siebie i społeczeństwa, okazały się chybione. Ze swej natury oczywiście, spędzanie czasu w Internecie rozłączne jest np. z aktywnym wypoczynkiem, jednak daleko temu zjawisku do przedstawianych w ciemnych barwach wizji dalszej (w stosunku do obecnej) atomizacji społeczeństwa. Nie potwierdziły się także teorie wiążące popularność sieci z eskapizmem i rzeczywistością zastępczą [BELL 2001:93- 100]. Oczywiście nietrudno znaleźć przypadki potwierdzające pierwsze, katastroficzne oceny filozofów, jednak nie stanowią one statystycznie istotnego elementu, za to regularnie przedstawiane są przez przeciwników Internetu jako sztandarowe przykłady negatywnego wpływu nowej technologii na ogólną kondycję moralną ludzkości.

Potwierdzone jest istnienie sporej liczby przypadków terapeutycznego działania sieci [TURKLE 1997]. Działanie takie pojawia się najczęściej w odniesieniu do osób chorobliwie nieśmiałych czy postrzegających swoją osobę głównie przez nieatrakcyjny (przynajmniej ich zdaniem) czynniki fizyczny. Pozornie anonimowa fałszywa tożsamość, którą mogą oni przybrać na potrzeby komunikacji z innymi ludźmi, realizowana za pośrednictwem Internetu stanowi rodzaj zasłony, pozwalającej odkryć swoje prawdziwe wnętrze, bez obawy o narażenie się na śmieszność czy odrzucenie. Tekstowy charakter zasadniczej części przekazu umożliwia prezentację osobowości uczestników procesu komunikacji, pozbawiając ich jednocześnie niedogodności konieczności spotkania twarzą w twarz z interlokutorem. Potwierdzone klinicznie są przypadki wyleczenia pacjentów z chorobliwej nieśmiałości właśnie na drodze ich zaangażowania się w życie wirtualnych wspólnot.

Czym są więc wirtualne wspólnoty? Trudno o jednoznaczną definicję tego zjawiska. Wydaje się, że można definiować je jako grupy ludzi, dla których istotnym elementem procesu samorealizacji jest wymiana poglądów i komunikacja wewnątrz określonej tematycznie (zadaniowo) problematyki, realizowana za pośrednictwem sieci Internet. Istotnym elementem sieciowych społeczności jest spójny (w ogólnych zarysach) system wartości podzielany przez członków grupy oraz zobowiązanie do przestrzegania swoistych reguł prawnych tworzących ramy ładu społecznego wewnątrz grupy. Mimo iż społeczności doczekały się sporej liczby publikacji i teoretycznie znane są zasady ich tworzenia, kwestią sporną pozostaje odpowiedź na pytanie o możliwość intencjonalnego tworzenia wspólnot, np. na potrzeby realizacji polityki przedsiębiorstwa w jakimś zakresie [RHEINGOLD 2000]. Oczywiście możliwe jest tworzenie takich struktur w oparciu o szeroko zakrojone akcje promocyjne i alokację na ten cel znacznych ilości środków, jednak powstające w ten sposób wspólnoty pozbawione są najważniejszego, przynależnego klasycznym strukturom tego typu atrybutu – spontaniczności powstawania i rozwoju.

Historyczne dziedzictwo wspólnot związane jest ze specyfiką kulturowej struktury Internetu. Niskie koszty wejścia umożliwiają wykorzystywanie sieci przez działające w świecie realnym wspólnoty czy grupy społeczne. Szczególnie wyraźnie widoczne jest to w przypadku społeczności i grup o znacznym rozproszeniu terytorialnym, którym trudno było prowadzić spójną politykę informacyjną z racji stosunkowo wysokich kosztów obecności w klasycznych mediach. Pojawienie się taniego i powszechnie dostępnego Internetu doprowadziło do znaczącego wzmocnienia pozycji różnego rodzaju grup mniejszościowych, przede wszystkim poprzez umożliwienie efektywnego i taniego przepływu informacji. Efekt ten szczególnie mocno odczuły grupy znajdujące się poza głównym prądem kultury masowej czy ruchów politycznych – przy minimalnych kosztach otrzymały one możliwość swobodnej wymiany poglądów na publicznie dostępnym forum oraz prezentacji tychże. Przykładem działających w ten sposób ruchów mogą być np. skrajnie prawicowe ugrupowania polityczne, do momentu popularyzacji Internetu działające w dużym rozproszeniu, bez koordynacji i dostępu do mediów. Dostęp do tych ostatnich utrudniony był nie tylko z powodu braku środków finansowych, ale także społecznie wątpliwej akceptacji dla tego typu ugrupowań i głoszonych przez nie poglądów. Pojawienie się Internetu umożliwiło ekspansje ugrupowań skrajnych (prawicowofaszyzujących z jednej strony i lewackich z drugiej), realizowaną między innymi dzięki prezentacji spójnej polityki informacyjnej oraz możliwości taniego docierania z własnym przekazem do potencjalnych sympatyków czy nawet członków. To samo zjawisko pojawia się w odniesieniu do innych grup czy subkultur, np. radykalnych mniejszości seksualnych, społeczności badaczy UFO [DAVIS 2002:286-319] czy spiskowej teorii dziejów, etc. [BELL 2001:170-174, DEAN 2000] Generalnie, kanał internetowy stał się dla ruchów znajdujących się poza mainstreamem kultury, obyczajów czy polityki, możliwością szerszego publicznego zaistnienia. Element ten wpływa więc na umacnianie się wolności słowa, radykalnie zwiększając możliwości prezentacji swoich poglądów przez różne grupy społeczne, ze wszelkimi tego konsekwencjami, w postaci między innymi prezentacji poglądów o – eufemistycznie rzecz ujmując – niewielkiej wartości społecznej czy wręcz poglądów społecznie szkodliwych.

Ułatwienie dostępu do kanału medialnego nie może być jednak postrzegane jedynie w perspektywie wykorzystywania Internetu jako kanału pozyskiwania zwolenników dla różnego typu poglądów. W ramy społeczności wirtualnych odnoszących się do świata rzeczywistego doskonale wpisują się społeczności różnego rodzaju diaspor. Szczegółowej analizie poddana została diaspora Trynidadu i Tobago [MILLER, SLATER 2001:87-115].

Jak wskazują badania, znaczącą pozycję wśród różnego typu społeczności internetowych są społeczności grupujące się wokół idei samopomocy [WALLACE 2001:265-269]. Z tego punktu widzenia Internet znacznie wyprzedza rozwiązania funkcjonujące w świecie realnym, bowiem wykazane zostało, że stosunkowo powszechna (a z pewnością znacznie wyższa niż w świecie realnym) jest chęć udzielenie osobie potrzebującej informacji i pomocy [WALLACE 2001:266]. Często nie chodzi tu jednak o klasycznie rozumianą informację, a o psychologiczne działania o charakterze wspierającym. Społeczności o charakterze grup samopomocowych funkcjonują na zasadzie dzielenia się przez uczestników doświadczeniami powiązanymi ze zjawiskiem znajdującym się w centrum zainteresowań grupy. Przeważnie jednak rozwój grupy podąża nie tylko w kierunku pogłębienia jej zakresu tematycznego (przez dołączanie do głównej tematyki grupy, tematów pośrednio wiążących się z polem jej zainteresowań), ale także poszerzanie (przez tworzenie się pomiędzy jej użytkownikami nowych relacji, wychodzących poza standardową wymianę użytecznych informacji) kierujące się w stronę osobistego zaangażowania w relacje międzyludzkie. Jak wskazuje praktyka, w społecznościach rozwiniętych czynnik ten staje się z czasem coraz istotniejszy (a wręcz dominujący) i nowi członkowie szybko migrują w kierunku osobistego angażowania się w różnego rodzaju grupowe relacje międzyludzkie. Społeczności tego typu formują się najczęściej wokół problemów o charakterze osobistym, często funkcjonujących w społeczeństwie jako tematy niechętnie komentowane czy wręcz tabu [WALLACE 2001:267]. Łatwości integracji nowych członków ze starymi sprzyja w takich grupach zapewniane przez Internet poczucie anonimowości, w początkowym okresie dające użytkownikom komfort pozostawania nieznanym. Z czasem jednak kwestie anonimowości odgrywają coraz mniejszą rolę, szczególnie w miarę angażowania się członków w leżące poza głównym nurtem zainteresowań grupy działania. Jako przykłady wspólnot tego typu wskazać można grupy chorych na rzadkie choroby, raka, AIDS, niepłodność czy nieśmiałość. Dla założyciel tych społeczności aktywny udział w ich tworzeniu i późniejszym zarządzaniu postrzegany jest jako swego rodzaju misja i traktowany niezwykle poważnie.

literatura

BELL D., 2001, An Introduction to Cyberculture, London-New York.

DAVIS E., 2002, TechGnoza. Mit, magia + mistycyzm w wieku informacji, Poznań.

DEAN J., Webs of Conspiracy [w:] HERMAN A., SWISS T. (red.), The World Wide Web and Contemporary Cultural Theory, Routledge, New York – London 2000.

RHEINGOLD H., The Virtual Community. Homestading on the Electronic Frontier. revisited edition, The MIT Press, Cambridge – London 2000.

TURKLE S.,1997, Life On the Screen. Identity In the Age of the Internet, New York.

Architect: Hello, Neo.

Neo: Who are you?

Architect: I am the Architect. I created the Matrix. I’ve been waiting for you. You have many questions, and though the process has altered your consciousness, you remain irrevocably human. Ergo some of my answers you will understand, and some of them you will not. Concordantly, while your first question may be the most pertinent, you may or may not realize it is also the most irrelevant.

Neo: Why am I here?

Architect: Your life is the sum of a remainder of an unbalanced equation inherent to the programming of the Matrix. You are the eventuality of an anomaly, which, despite my sincerest efforts, I have been unable to eliminate from what is otherwise a harmony of mathematical precision. While it remains a burden assiduously avoided, it is not unexpected, and thus not beyond a measure of control. Which has led you, inexorably… here.

Neo: You haven’t answered my question.

Architect: Quite right. Interesting. That was quicker than the others.

TV Neos: Others? How many others? What others? Answer my question!

Architect: The Matrix is older than you know. I prefer counting from the emergence of one integral anomaly to the emergence of the next, in which case this is the 6th version.

TV Neos: 5 `One’s before me? 4 3 2 What are you talking about?

Neo: There are only two possible explanations, either no one told me, or no one knows.

Architect: Precisely. As you are undoubtedly gathering, the anomaly is systemic - creating fluctuations in even the most simplistic equations.

TV Neos: You can’t control me! I’m gonna smash you to bits! I’ll fuckin’ kill you!

Neo: Choice. The problem is choice.

Architect: The first Matrix I designed was quite naturally perfect, it was a work of art - flawless, sublime. A triumph equalled only by its monumental failure. The inevitability of its doom is apparent to me now as a consequence of the imperfection inherent in every human being. Thus, I redesigned it based on your history to more accurately reflect the varying grotesqueries of your nature. However, I was again frustrated by failure. I have since come to understand that the answer eluded me because it required a lesser mind, or perhaps a mind less bound by the parameters of perfection. Thus the answer was stumbled upon by another - an intuitive program, initially created to investigate certain aspects of the human psyche. If I am the father of the matrix, she would undoubtedly be its mother.

Neo: The Oracle.

Architect: Please. As I was saying, she stumbled upon a solution whereby nearly 99% of all test subjects accepted the program, as long as they were given a choice, even if they were only aware of the choice at a near unconscious level. While this answer functioned, it was obviously fundamentally flawed, thus creating the otherwise contradictory systemic anomaly, that if left unchecked might threaten the system itself. Ergo those that refused the program, while a minority, if unchecked, would constitute an escalating probablility of disaster.

Neo: This is about Zion.

Architect: You are here because Zion is about to be destroyed - its every living inhabitant terminated, its entire existence eradicated.

Neo: Bullshit.

TV Neos: Bullshit!

Architect: Denial is the most predictable of all human responses, but rest assured, this will be the sixth time we have destroyed it, and we have become exceedingly efficient at it.

Architect: The function of the One is now to return to the Source, allowing a temporary dissemination of the code you carry, reinserting the prime program. After which, you will be required to select from the Matrix 23 individuals - 16 female, 7 male - to rebuild Zion. Failure to comply with this process will result in a cataclysmic system crash, killing everyone connected to the Matrix, which, coupled with the extermination of Zion, will ultimately result in the extinction of the entire human race.

Neo: You won’t let it happen. You can’t. You need human beings to survive.

Architect: There are levels of survival we are prepared to accept. However, the relevant issue is whether or not you are ready to accept the responsibility of the death of every human being on this world. It is interesting, reading your reactions. Your 5 predecessors were, by design, based on a similar predication - a contingent affirmation that was meant to create a profound attachment to the rest of your species, facilitating the function of the One. While the others experienced this in a very general way, your experience is far more specific - vis a vis love.

Neo: Trinity.

Architect: Apropos, she entered the Matrix to save your life, at the cost of her own.

Neo: No.

Architect: Which brings us at last to the moment of truth, wherein the fundamental flaw is ultimately expressed, and the anomaly revealed as both beginning and end. There are two doors. The door to your right leads to the Source, and the salvation of Zion. The door to your left leads back to the Matrix, to her and to the end of your species. As you adequately put, the problem is choice. But we already know what you are going to do, don’t we? Already, I can see the chain reaction - the chemical precursors that signal the onset of an emotion, designed specifically to overwhelm logic and reason - an emotion that is already blinding you from the simple and obvious truth. She is going to die, and there is nothing you can do to stop it.

Architect: Hope. It is the quintessential human delusion, simultaneously the source of your greatest strength and your greatest weakness.

Neo: If I were you, I would hope that we don’t meet again.

Architect: We won’t.

yoze

Anglia to nie jest deszcz i mgła. Czy może jakimś kaprysem losu zostałem obdarowany spiekotą zda się wyciętą z rozgrzanego powietrza tropików. Nie jestem pewien czy faktycznie dżdżyste klimaty Walii, które zostawiłem za sobą nie bez żalu, przenoszą się podmuchem wiatru nad Oxford.

W piecu południowego, zenitalnego słońca dokonuje się szał zwiedzania. Wielka fabryka, czynna dla gości od rana do późnego wieczora a dla mieszkańców przez całą dobę, zagarnia w siebie nowe stosy ludzi, kolejki czekających na bilet, tysiące i miliony przedmiotów. Słowo przedmiot – jego ikona – przestaje mieć sens. Bo jak nazwę człowieka, który mówi przez całe życie ten sam tekst jak słuchawka telefonu, przed siebie, byle tylko zwrócony w stronę gości. Jak patrzeć na sprzedawcę folderów i pamiątek, jak nie na drukarkę wypluwającą przedmioty niecodzienne tylko dlatego, że są tu i teraz. Jak nazwać turystę jeżeli nie bardziej lub mniej [zależy od czasu, planu podróży] przypadkowego widza tego cyrku podpartego gotyckimi kolumnami, przyporami, słupami mielącego bez smaku tą odrobinę usłyszanej przed chwilą [lub wydrukowanej] historii.

Wszechobecny kurz tworzy patynę czasu, starości – takiej jak z obrazka: siwa głowa, pełna [zapewne] mądrości, żywe pomniki przyrody. Masowa turystyka zadaje kłam wszelkim pragnieniom zobaczenia, poznania, przeżycia. Nie przeżywasz, bowiem jeżeli walczysz o miejsce jak najlepsze do zrobienia zdjęcia. Nie widzisz tego, co chciałeś widzieć, jeżeli spoglądasz z perspektywy kolejnego numeru biletu w kolejce. Nie umiesz zapamiętać się w pięknie gdyż jest ono sztuczne – podlega estetyzacji, obróbce fabrycznej.

To sztuczność skorupy kościoła bez ducha powinna być obiektem zwiedzania a nie pozostałość jego śladów. Budynki puste, wypatroszone czerepy, pozbawione zawartości kamienne bryły. Zwyczajny [jakże relatywne słowo, jeżeli wpleść je w kontekst czasu i miejsca] college nie fascynuje nikogo, jeżeli jest dostępny w ponad trzydziestu rodzajach. Nikogo nie obchodzi tak naprawdę historia miejsca, które jest tylko po to by potwierdzić nazwę. Oxford jest ikoną tego, co chcemy zobaczyć i co zobaczyliśmy. Czas teraźniejszy nie istnieje – rozmywa się niepostrzeżenie na dziesiątki banalnych – właściwych każdej atrakcji turystycznej: niezależnie od rangi i miejsca – czynności. Nie istnieje coś takiego jak zwyczajność w świecie sfabrykowanym do ostatniego kamienia. Nie ma zwyczajnych ludzi tylko przewodnicy, ochroniarze, sprzedawcy. Teraźniejszość pełna jest mechaniki tubylców połączonej z majestatyczną obojętnością budowli spoglądających łagodną ironią przez wskazówki zegarów. Dla widza-turysty teraźniejszość jest nieuchwytna a wszelkie rozpaczliwe jego działania - najczęściej przez nabywanie pamiątek – to chwilowe przypływy ślepej nadziei, aby kiedyś postarać się wrócić. Absurd: symulacja zwiedzania reaktywuje wraz z czasem symulację atmosfery.

Świętokradztwo dokonuje się na sztuce, historii, ale nie na ludziach. Na nich czyni się zwykły handel, który został znakomicie oswojony zarówno przez oferentów jak i potencjalnych kupców. Nie ma nikogo, kto skręciłby bicz i wyrzucił z przybytku zda się nauki kupców, handlarzy i… wiernych tej świątyni turystycznej ekstazy.

Tłum płynie leniwie – jedząc i popijając – czynności dokonują się samoistnie. Indywidualny kontakt z miejscem jest równy zeru. A przecież tylko wtedy dotykasz przeszłości, jeżeli twoje palce czytają ślad rylca kamiennych, grobowych tablic. Tylko wtedy możesz przenieść się w świat już dawno martwy, gdy wejdziesz do jednego z kościołów grobowców – nie tylko ludzi tam pochowanych, ale i czasu, który z definicji nie zmartwychwstaje. W tym momencie śmiałek, który chce tego dokonać jest bezsilny gdyż nie ma chwili, kiedy nie przeszkadza mu obcy język, kiedy nie błyśnie flesz, kiedy nie rozlegnie się krzyk dziecka szukającego rodziców. Wydaje się jakby na zasadzie – przewrotnej w swej istocie – umowy społecznej wszyscy pilnowali się nawzajem. Totalitarna turystyka – wszyscy się pilnują, każdy zna swoje miejsce, nikt nie rozumie sensu za to każdy chce żeby dzień się skończył.

Nie ma wrażeń – są ich substytuty – nie ma czystego podziwu, zachwytu nad nie tyle samym tworem, co życiem [w kontekście sztuki dzieło jest życiem i życie jest dziełem]. Wyobrażenia wizualizują się na krótkie momenty żyjące zgodnie z wartością migawki aparatu fotograficznego. Każda turystyka [może wyłączając przyrodę] jest formułowaniem wrażeń, zbieraniem bodźców, przenoszeniem ich na światłoczułą kliszę. To ona tak naprawdę jest wartością – pamiątką z podróży, towarem przewożonym bez cła i kontroli przez La Manche i dalej do domu. Na maszynę zrzucana jest odpowiedzialność za wspomnienia. Nie umiemy pamiętać. Raz przez samą banalność kontekstu, w jakim widzimy dziesiątki pomników historii – zlane w jedno, maksymalnie estetyczne, dokładnie takie, jakich oczekiwaliśmy, przez co są bez tajemnicy, niepociągające, niewzbudzające chęci zagłębienia się przez nie w kraj, w którym jestem – z drugiej strony sam nie wiem, czego poszukuję, czego chcę się dowiedzieć, co znaleźć. Na jakie pytania nie znam odpowiedzi, co mnie tu przywiodło? Czy chęć odpoczynku – spokoju będącego tu najcenniejszym dobrem? Ludzi, których można spotkać nie ma – jest rzeka tłumu. Fasady ulicznych sklepów, kamienic stają się pudełkiem, w którym chowam wszystkie klatki zdjęć, jakie nieustannie odświeża mój umysł. Doświadczam paradoksu gdzie liniowy schemat turystyki wygrywa z odwiecznym – naturalnie ludzkim – odruchem poznania. Zasypiam z otwartymi oczami. Hipnoza ludźmi w kadrze własnych oczu.

Siedzę na kamiennej ławie w centrum miasta, jem tostowy chleb pozbawiony smaku. Nie interesują mnie budowle, zabytki, pamiątki, ludzie. Czuję się zmęczony tym, co za mną i kilometrami cierpliwie czekającymi na swoją kolej.

yoze

Gdy pierwszy raz podążałem autostradą na spotkanie świata znanego mi z pocztówek czy map, kipiało we mnie pragnienie ujrzenia na własne oczy tablic z ich nazwami. Dotychczas mając ich obrazy jedynie w umyśle, uważałem ich prawdziwość za swego rodzaju bajkę bez tytułu. Jako dziecko mediów wierzyłem w ich obrazy skatalogowane w świadomości, ostrożnie zdjęte z map, pieczołowicie owinięte w wakacyjne marzenia – spoczywające w umyśle – czekające na odpowiedni moment.

Zurych, Berlin, Lille, Paryż, Londyn, Oxford… Rząd liter tworzących obraz jakiego nikt nie widział, szereg znaków istniejących tylko dlatego, że są razem w układzie nadającym im sens dla jednych banalny [zwyczajny], dla drugich nadzwyczajny żeby nie powiedzieć magiczny. Zwiedzanie z autostrady jest niemożliwe, nic nie widać, jedynie droga i zwiastun miasta mijanego nieopodal, napis urasta do rangi symbolu w którym zawiera się szereg skojarzeń, prawdziwych lub nie, którego wizualizacja – stanie się miasta jako obraz – nie jest potrzebne – wystarczy wariacja liter oraz ich aura.

„Nie muszę być w Norymberdze, żeby przez nią przejeżdżać” – turystyka drogowa jeżeli w ogóle można mówić o takim zjawisku nie robi zdjęć, nie kupuje pamiątek, nie chce pocztówek i nie wysyła pozdrowień ale wszystko wie, słyszy i widzi – choć prawdopodobnie jedynie tworzy Baudrillardowskie simlacrum turysty, miast i zabytków. Miastem drogi jest stacja benzynowa, najpotrzebniejsza z potrzebnych staje się toaleta, a osiedlem jest nie tyle feeria wież, gmachów i masztów – i tak niewidocznych – ale warkocz rozjazdów, znaków drogowych, tablic i cyfr.

„Nie muszę widzieć miasta, żeby mówić że w nim byłem” – autostrada jest jak żyła krwi – idealna, efektowna ludzką technologią, głośna i zawsze pełna pojazdów. Jeżeli przejeżdżać przez jeden kraj, tylko autostradą, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszyscy w tym kraju jeżdżą samochodami i jedyne sklepy to wyłącznie te przy autostradach z częściami, oponami, ubraniami lub autosalony. Wyobraźnia dziecka mediów postrzega autostradę jako krwiobieg, sznur samochodów jak cząsteczki krwi, strugę asfaltu jak osocze. Każde mijane miasto i sznur naczyń które doprowadza do głównej drogowej aorty są jak kolejne serce – pompa z niesłychaną siłą pchająca naprzód chmurę pojazdów i spalin. Nadająca prędkość – nadzieję – emitując na blaszanych, monstrualnie wielkich znakach odległość do kolejnej drogowej śluzy.

Podziw dla budowniczych takiej drogi mija szybko. Epoka mediów cyfrowych, gdzie nie istnieje już prawda, fałsz, piękno lub brzydota tylko ich symulacje, uczy w stopniu niemal doskonałym likwidowania dysonansów globalności z lokalnością, czystości z brudem, powietrza z gazem spalinowym, sytości z głodem. Wystarczy do tego chwila, moment wzruszenia jest jednocześnie jego wspomnieniem. Dziecko mediów nie chce miasta i jego muzeów, kart wstępu, kamienic, skorup kościołów, symulacji starych obyczajów. Jeżeli dla dziecka mediów świat jest jak portal internetowy to wystarczy link, odsyłacz hipertekstowy względnie banner billboardu, aby pojąć całość, wyczuć atmosferę a właściwie jej kondensat nie tyle spostrzeżony co skopiowany, zrzucony na twardy dysk.

Autostrada to turystyczny download. Ahumanistyczny, bezcielesny. Samochody jadą, zda się, same – krajobraz jak tętnica wykładana asfaltem swoją monotonią kojarzy się z kalejdoskopem, pętlą animacji czy wstęgą Mobiusa. Umysł drzemie rozwadniając jedno tylko pytanie: czy tak naprawdę jedziemy. Nie istnieje gdzieś, nie ma kierunków świata. Jedyny kierunek to prosta naprzód – innego nie ma, jest niemożliwy, nie istnieje. Co za wspaniałe spełnienie snów cyberczłowieka: absolutny – niemal nihilistyczny – spokój szumów, oddzielonych szybami świstów, znajomy zapach spalin [miasta] pomiędzy polami – bezpieczeństwo zwiedzania, które gwarantuje przebywanie w samochodzie bez konieczności jego opuszczania.

Zakręt jest wydarzeniem samym w sobie pustym. Pustość zakrętu lub każdego rodzaju urozmaicenia – potęgują zawsze proste kierunkowskazy, zmęczenie, monotonia krajobrazu. Zakręt to zbiór bez elementów tak jak elementy całej autostrady nie mają zbioru. Jedynie po pewnym czasie jak przyjęło określać się powrót do domu, te elementy stapiają się w całość nazywaną wspomnieniem, pamiątką – to tylko dane zapisane na ludzkim dysku. Ruchomy numer komputera [ IP ] zmieniam na stały. Pozostaje kilka plików graficznych, zdjęć, tekstów w edytorze i znajoma potoczność, która nie ucierpiała wskutek dziwnych trafów na drodze. Autostrada jest tak bardzo uporządkowanym światem – bezkolizyjne skrzyżowania, zjazdy, rozjazdy, doskonała nawierzchnia, oświetlenie. Wypadek drogowy jest niemal wykluczony, nie istnieje śmierć, droga jest prosta a kryterium transgresji celu w cel, początku w koniec to tylko i tylko prędkość.

Człowiek jest widzem. Niezależnie od miejsca – ruchome wielkie kino – ciągły serial a właściwie jeden odcinek powtarzany nieskończoną ilość razy. Kiedy wysiadam na stacji benzynowej czy przy restauracji jestem zaskoczony obecnością innych ludzi. Współtowarzysze podróży której nie ma – więc ich również nie ma. A jednak przyglądają mi się ciekawie, mrużąc oczy jakby wyszli z kina, rozprostowując nogi jakby cały czas było im niewygodnie, pośpiesznie szukając monet na toaletę.

Zanim znowu pojadą klikają na link kierunku wylotowego.

Berlin <10>, Frankfurt <3>, Dortmund [1]

viii.ad2003
Marcin Y

 

yoze

Przypominam sobie jeden z wykładów z Estetyki gdzie o lotnisku słuchałem z pewnym zdziwieniem laika. Obojętnie przyswajane fakty zmaterializowały się szybciej niż mogłem przypuszczać. Lotnisko gdzie tysiące ludzi przewija się codziennie, gdzie ląduje kilkadziesiąt jeżeli nie kilkaset samolotów na godzinę, gdzie wchodzi się by zmienić nieraz wszystko: język, kulturę, pieniądze, wartości i świat.

Dla wyznawców postmodernistycznej dekadencji port lotniczy będzie tą transgresyjną bramą umożliwiającą nieskończoną ilość razy, zmianę powłoki, ciała nazywanego tylko wtedy materią jeżeli służy jako podkład do kolejnego – potocznego lub nie – malunku. Zmęczenie nie gra roli, czas nie gra roli, pieniądze również a tym bardziej odległość. Swoisty holocaust, skojarzenie z komorą gazową lub krematorium gdzie człowiek – jeszcze materialny – znikał, rozpływał się na atomy czy garść prochu.

Skojarzeń jakie nasuwają się w czasie pobytu [długiego] na lotnisku nie sposób opisać kompletnie. Wyłapać można jedynie garście z potopu wrażeń, fenomenów, zdziwień nad możliwościami człowieka. Zachwyt czysto inżynieryjny jakiego doznaje widz w pierwszych chwilach zamienia się, w miarę upływu czasu, w zniechęcenie elementu wielkiej maszyny, posłusznego trybu o mózgu pogrążonym w letargu, kierujący się najprostszymi potrzebami i zwracający uwagę na najpotrzebniejsze, żeby nie powiedzieć, najbardziej instynktowne zależności: bliskość toalety, gęstość tłumu, świeżość powietrza.

Kontrast skojarzeń zawieszony w czasie oczekiwania będący jednak pozbawiony pewności co do jego końca: kiedy, dlaczego, inaczej? to pytania których odpowiedzi nie istnieją, których zniknięcie jest szybsze niż znikanie ludzi, ich ciał.

Jeżeli spojrzeć na tablicę odlotów, która jest jak indeks ważniejszych miast świata jeżeli nie wszystkich, to można zamknąć ogrom planety, jej globalizm do jednej dłoni zamykającej w pewnym momencie oczy zmęczone sztucznym światłem.

Poziomy, terminale, platformy i tarasy przecinają się we wszystkich kierunkach, trudno jest znaleźć orientację, lewo staje się prawym, przód tyłem, własna urbanistyka lotniska sprawia, że pasażer przemyka przez nie bezwiednie kierowany nieomylnie kolorami strzałek. Zatraca się granicę pomiędzy ziemią a podziemiem czy piętrami używając ruchomych schodów, wind, pchając wózki z bagażami.

Nienawykły do bombardowania globalizmem człowiek jest skazany na czekanie. Ma dla siebie jedynie krzesło – zbyt małe by było wygodne ale dość miękkie by siedziało się dobrze – oraz wskazówki zegara odmierzające czas, głuche na wszystko, podległe działaniu mechanizmu i baterii napędowej. Szum głosów, języków, głośników, komunikatów, kroków zlewają się w jeden wielki motoryczny łoskot. Nie ma już pojedynczych kontekstów ludzi, kultur, ras i języków. Jest tylko jeden naczelny paradygmat: podróż.

Lotnisko to miasto bez mieszkańców, mieszkańcy bez miasta, splot żył z gazem, prądem i wodą tak naprawdę są dla nikogo. Ogrom obrazów, ich kaskada albo lepiej lawina spadająca na przyszłego pasażera. Nie ma tu podziałów klasowych, nie ma najmniejszych różnic gdyż wszyscy są pasażerami. Każdy jest równy, jego podłużny bilet lotniczy daje mu takie same prawa do kontroli, czekania, płacenia, odlotu. Wszelkie różnice znikają po wejściu do terminalu a wracają z powrotem po wejściu na pokład samolotu kiedy musi następować moment ulgi.

Świadomość, że to tylko dziewięć albo aż dziewięć godzin nastraja jeżeli nie pesymistycznie to rezygnacyjnie. Powoli przestaję czuć się własnym „Ja”. Zaczynam przypominać automat odstawiony w kąt przez jakąś litościwą rękę, skazany na wieczny bezruch gdy wszystko dookoła mnie płynie. Wielkość lotniska jest wartością niemal absolutną, niemal nic innego nie może konkurować z wielkością. To w tej kategorii opisu zamyka się wszystko, wszystko też określa się ilością: loty, czas oczekiwania, ceny, ludzi, powierzchnię nośną, liczbę miejsc.

Jedyne co konkuruje z wielkością to usługowość. Sklep z kremami, ręcznikami, kosmetykami wcale nie pierwszej [podróżnej] potrzeby to wydaje się kaprys. Ale jest. Tak samo jak puby czy restauracje umieszczone zgodnie z instynktem człowieka miasta pod ziemią, niedaleko stacji S-Bahn, zachowujące wszelkie rygory miejsc odpoczynku. Usługi: wymiana walut, bank, supermarket, restauracje, McDonald, kosze na śmieci, toalety, przechowalnie bagażu, parkingi i inne są wspólnie z wielkością ostatnią albo pierwszą pocztówką podróżnego jaką otrzymuje od żegnanego bądź witanego kraju gdzie przybywa lub wraca.

Jeżeli czekasz na lotnisku to znaczy, że zgadzasz się na pranie mózgu z wszelkich nadziei, pamiątek, obrazów, przygód. Wszystko w czasie czekania w miejscu gdzie przecież nie można się nawet zatrzymać odgradza się od Ciebie barierą, owija dookoła postumentu z twojego ciała taśmę z napisem „Achtung! Caution!” i zda się, że chce przymocować otwór na wrzucanie monet z okrągłym nominałem.

Kiedy jesteś na lotnisku masz wrażenie że za chwilę zza rogu wyłoni się twój znajomy, ktoś kto nie ma prawa tu być a jednak jest, oczy błądzą leniwie, starasz się spać ale kalejdoskop obrazów i dźwięków absolutnie na to nie pozwala.

Przyglądając się podróżnym, widzom masowego, postmodernistycznego, poppodróżowania zauważyć łatwo że najwięcej problemu jest z nogami. Nogi na górze, na dole, pod sobą, przed, zgięte, rozsunięte, skurczone – ich pozycja [wygodna] to utrapienie czekania, przekleństwo tych którzy na nie skazują stwierdzając przy okienku „sorry, its full”. Splot wszelkich ludzkich namiętności, życzeń i marzeń zbiega się w jednym węźle ludzkich nóg. I tak dobrze, że jest klimatyzacja – trudno sobie wyobrazić co by było bez niej. Zresztą to tylko europejskie przyzwyczajenie, stara porządna – wydaje się – Europa pozostaje za nami, za szklanymi drzwiami, przed miastem portu lotniczego.

Zmęczenie. Zmęczenie wszystkim. Oczy leniwie opadają niżej, powoli cały ten tłum malowany wszystkimi kolorami przestaje ciekawić, podobnie tablica z odlotami, podobnie sklepy i pasaże. Wszystko zdaje się być jedną stopioną w ciężar powietrza, chwilą. Wbity koniecznością czekania człowiek nieruchomieje, zgina się, zasypia…

Raj dla kolekcjonera ozdób, czapek, ubrań, biżuterii, posegregowanych śmieci, dźwięków, slajdów, skóry…

Marcin Y Gałęcki
viii.ad2003

Speaker

Leontios oglądający trupy czyli o pornografii i brutalności stron www

“Ja raz słyszałem coś i ja w to wierzę. Że mianowicie Leontios, syn Aglajona, szedł raz z Pireusu na górę pod zewnętrzną stroną muru północnego i zobaczył trupy leżące koło domu kata. Więc równocześnie i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak długo walczył z sobą i zasłaniał się, aż go żądza przemogła i wytrzeszczywszy oczy przybiegł do tych trupów, i powiada: ”. (Państwo IV, XIV).

Zawsze byli ludzie lubiący obsceniczne, pornograficzne i okrutne obrazy i wydarzenia. W każdym z nas jest taki Leontios, może niekoniecznie spragniony bardzo skrajnych wrażeń, ale na pewno ciekawy rzeczy, na które z jakichś powodów nie powinien patrzeć, informacji które do, których nie ma prawa etc. Sieć jest więc – podobnie jak inne media – potencjalnym miejscem do oglądania brudów.

Chyba każdy użytkownik sieci zdaje sobie sprawę, że internet ma – podobnie jak inne środki przekazu - opinię medium deprawującego. Skandalizujące, szczegółowe opisy wybranych witryn ukazujące się w prasie oraz moralizatorskie felietony telewizyjne i radiowe ukazują sieć jako państwo pornografii i wszystkiego, co szokujące.

Jak można ocenić rzeczywisty wpływ tych treści na internautów? Kwestia ta przypomina węzeł gordyjski. Z jednej strony pedagodzy, duszpasterze i rodzice chcący chronić dzieci i młodzież przed szkodliwymi wpływami, a z drugiej – obrońcy wolności słowa. Od lat trwają spory odnośnie do interpretacji wyników badań dotyczących długo- i krótkotrwałego wpływu treści pornograficznych i brutalnych na ludzkie zachowania.

Czego może nas nauczyć Platon? Byśmy spojrzeli na tę kwestię w aspekcie osoby, która ulega pokusie oglądania takich obrazów. Leontios, syn Aglajona, najpierw walczy ze swoją ciekawością, a następnie poddaje się i zaczyna napawać widokiem pod domem kata. Łamie dwa tabu na raz: ogląda coś czego nie powinien (na obcym terenie, przynależnym do określonej osoby) i równocześnie coś, co jest bezpośrednio związane ze śmiercią (tabu zwłok obcych, przypadkowych ludzi). Platon pokazuje, że uleganie żądzy do niczego dobrego nie prowadzi. Leontios nie staje się przez to ani bogatszy wewnętrznie, ani bardziej sprawiedliwy, ani lepszy. Człowiek poddający się chęci oglądania i poznawania treści łamiących tabu, jest bogatszy tylko o doświadczenie złamania tabu.

Leontios w końcu przeklina chęci, którym uległ. Studiowanie materiałów obscenicznych i horrorów, jest okazją do nabrania gorszego mniemania o samym sobie. Platon, poprzez przykład syna Aglajona pokazuje bezsens takich wyborów, takiego używania wolności.

Cienie w jaskini czyli rzecz o złudzeniach

“Przedstaw sobie obrazowo – jako następujący stan rzeczy – naszą naturę ze względu na kulturę umysłową i jej brak.
Zobacz: oto ludzie są niby w podziemnym pomieszczeniu na kształt jaskini. Do groty prowadzi od góry wejście zwrócone ku światłu, szerokie na całą szerokość jaskini. W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; przykute mają nogi i szyje tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko przed siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów. Z góry i z daleka pada na nich światło ognia, który się pali za ich plecami, a pomiędzy ogniem i ludźmi przykutymi biegnie górą ścieżka, wzdłuż której widzisz murek zbudowany równolegle do niej, podobnie jak u kuglarzy przed publicznością stoi przepierzenie, nad którym oni pokazują swoje sztuczki.
- Widzę – powiada.
- Więc zobacz, jak wzdłuż tego murku ludzie noszą różnorodne wytwory, które sterczą ponad murek; i posągi, i inne zwierzęta z kamienia i z drzewa, i wykonane rozmaicie i, oczywiście, jedni z tych, co je noszą, wydają głosy, a drudzy milczą.
- Dziwny obraz opisujesz i kajdaniarzy osobliwych.
- Podobnych do nas – powiedziałem. – Bo przede wszystkim czy myślisz, że tacy ludzie mogliby z siebie samych i z siebie nawzajem widzieć cokolwiek innego, oprócz cieni, które ogień rzuca na przeciwległą ścianę jaskini?” (Państwo VII,I)

Jak internauci patrzą na innych ludzi, z którymi komunikują się w sieci? Na ile czysto tekstowa natura tej formy komunikowania wpływa na odbiór ich cech – realnych bądź przypisywanych? Czy i na ile są świadomi, że natura sieci kształtuje sposób postrzegania innych osób? Cyberprzestrzeń to w pewnym wymiarze królestwo cieni. Emocje w sieci są także cieniami. Nie chodzi tu o ich słabość, ale o to, że nie oddają w pełni realnego sposobu bycia, osobowości uczestników procesu komunikacji.

Aspekt cienia buduje też swoista intymność cechująca CMC. Komunikowanie za pomocą tekstu, które jest ciągle jeszcze w sieci sposobem dominującym, sprawia, że związki między ludźmi nabierają specyficznego, bliskiego charakteru. Fakt, że poznawanie innych ludzi i nawiązywanie znajomości przebiega w zdeterminowanych technologią sposób, nie oznacza, że związki te nie mogą stać się bardzo silne i przenieść z rzeczywistości wirtualnej do realu. Dopóki nie zostanie przekroczona bariery technicznej, jaką stanowią ograniczenia w przepustowości, póki nie będzie możliwości szerszego stosowania obrazu w komunikowaniu (nie wspominam już o ewentualnych “wspomagaczach” innych zmysłów), aby wyjść z jaskini i lepiej poznać drugiego uczestnika komunikacji, trzeba będzie spotkać się z nim FTF w zwykłym świecie.

Internauci raczej rzadko zastanawiają się nad wrażeniem jakie robią w sieci. Brutalna wypowiedź na czacie czy ostry w treści e-mail budują ich wizerunek. Z większością uczestników komunikowania elektronicznego nigdy się nie spotkają w tzw. realu. Ich wizerunek sieciowy będzie jedynym wizerunkiem jaki inni internauci będą znać.

Czy internetowi grozi, że będzie tym samym co oglądanie cieni w jaskini? Znów – nie chodzi o przyłączanie się do chóru krytyków, ale o pokazanie, że Platon ma w zanadrzu jeszcze jedną mądrą radę. To czy użytkownicy sieci będą patrzeć na świat jak ludzie z jaskini opisanej w Państwie jest kwestią ich wyboru. Rzecz w postawie internautów, a nie w samej cyberkulturze. Powinni być świadomi tego, że są narażeni na to, że World Wide Web stanie się ich jaskinią.

BTW – jak nie zgodzić się z opinią Whiteheada, że cała nowożytna filozofia to tylko przypisy do Platona…?

Czy użytkownicy sieci – komercyjni i prywatni - umieją mądrze korzystać z absolutnej wolności publikacji, która cechuje internet i jest czymś nieporównywalnym z możliwościami jakie dają inne media?

Nie jest moim zamiarem przyłączanie się do chóru krytyków internetu, twierdzących, że nie jest on niczym więcej jak tylko gigantyczną składnicy wszelkiego typu tekstów, jednorodną mieszanką witryn mądrych i głupich. Nie zgadzam się z porównaniami sieci World Wide Web do gigantycznego śmietnika. Jeżeli bowiem nazwiemy ją tak, to równie dobrze możemy zacząć odnosić to określenie do kultury w ogóle. To medium jest przecież jej odzwierciedleniem, treści które są zawarte w internecie to treści obecne w kulturze. Jeśli jest ona pełna byle jakich mitów, to byłoby dziwne gdyby nie były one obecne na stronach www.

Mimo iż przedmiotem niniejszych przypisów nie jest analizowanie treści dzieła Platona, pragnę zastrzec, iż uwagi o tym, że nie należy pozwalać by byle kto i byle jakie mity układał, nie należy traktować jako pochwały cenzury. Powyższy cytat, został użyty w celu uświadomienia, ważności faktu swobody publikacji w sieci www. Tym, co stanowi realny problem sieci jest ogromna ilość zła, prezentowana w witrynach. Mierne czy nudne witryny prywatne nie stanowią zagrożenia. Tym, co sprawia, że cyberkultura jest trudnym do przyjęcia i zaakceptowania elementem dyskursu kulturowego jest ogromna ilość bardzo ciężkiej pornografii, zwłaszcza dziecięcej, obecna na stronach internetowych. Ten wkład w cyberkulturę nie jest bynajmniej dziełem pojedynczych osób. Do wyjątków należą sytuacje, w których mało znani ludzie są w stanie stworzyć witryny o znaczącej popularności. Duże serwisy prezentujące to, co najbardziej plugawe i pełne nienawiści są dziełem firm i organizacji. Strony wulgarne i obsceniczne nie są ani najbardziej liczne ani najpopularniejsze, zło nie jest elementem dominującym w sieci, ale podobnie jak w życiu – jest bardziej widoczne.

Obecność tych treści wymaga więc zastanowienia. Oto bowiem na swoistym meta-poziomie, jeśli rozpatrujemy obecność pewnych treści w kulturze w ogóle, okazuje się, że internet jako medium, bardzo służy promocji treści szkodliwych i niszczących dla ludzi, dla kultury. Oczywiście jako nośnik dla pornografii itp. mogą służyć i służą również inne media. Internet jednak jako środek masowego przekazu cechuje niespotykana dynamika i rozległość wpływów. Możemy mówić o kulturze telewizji i jej mitach, jednak cyberkultura nie tylko bez porównania bardziej angażuje użytkowników medium, z którym jest związana, lecz także ogromnie wpływa na pozostałe środki przekazu. Internet sprawił, że konwergencja mediów staje się faktem. Nie jest to jednak konwergencja na zasadzie równorzędności. Zawartość treściowa cyberkultury przenika do innych mediów, do kultury jako całości, podczas gdy w drugą stronę przepływ idei nie jest tak prosty.

Czy cyberkultura wnosi do współczesnego dyskursu kulturowego jakieś wartości, które sprawiają, że winna być traktowana w sposób szczególny? Wydaje się, że szansa uczestnictwa w dialogu kulturowym przeciętnych użytkowników sieci jest wielkim, choć rzadko docenianym dobrem. Ważną ideą obecną w Państwie Platona jest sprawiedliwość. Słowo to przewija się przez wszystkie księgi i pojawia niemal na każdej karcie dzieła. Możliwość bycia nie tylko odbiorcą, ale również nadawcą-autorem jest oddaniem uczestnikom komunikowania sprawiedliwości. To prawo głosu jest jedynie minimalnie obecne w innych mediach. Tak więc dobrem jest, że każdy może mity układać. Strony prywatne są wielką szansą na wzbogacenie kultury.

Odwołanie do kwestii dobrych i złych mitów nie jest zatem wezwaniem do cenzury, ale do przeciwstawiania się złu w jego różnych postaciach. Mamy prawo chcieć, by uczestnicy dyskursu cyberkulturowego, nie wykorzystywali wolności słowa do czynienia zła. Mamy prawo pragnąć, by nasz wirtualny świat był lepszy.

To nie jest naiwność.

To jest mądrość.

Next Page »