rozrywka


cyberbadacz

Wstęp

Tematyka społeczności internetowych jest bez wątpienia jedną z najpopularniejszych wśród „cyberstudies”. Możliwość tworzenia wspólnot w warunkach znacząco różnych od tradycyjnych stała się dla badaczy łakomym kąskiem. Jako, iż nie jest moim celem teoretyzowanie na ten temat ograniczę się tylko do najważniejszych stwierdzeń. Internet jest narzędziem, które umożliwia skupienie ludzi wokół jakiegoś tematu, problemu, idei czy też czegokolwiek co da się jakoś określić i będzie w stanie przyciągnąć zainteresowanych. Narzędzie to umożliwiać może na różne sposoby komunikację, jak listy dyskusyjne, fora dyskusyjne, tablice ogłoszeń, bazy danych adresów emailowych czy czaty. Rodzaj zastosowanego narzędzia determinuje w jakimś zakresie przyszłe relacje, jaki e wytworzą się pomiędzy internautami skupionymi wokół określonego miejsca w sieci. Dla przykładu można porównać fora dyskusyjne moderowane i niemoderowane. Moderatorzy (admini) mają wpływ na wiele spraw związanych z funkcjonowaniem strony, np. z tym które wypowiedzi nie ukażą się na ekranie monitora uczestników. Stają się centralnymi osobami w tym miejscu sieciowym, dobre relacje z nimi mogą przynosić korzyści szeregowym uczestnikom, admini mogą dokooptowywać spośród nich współpracowników. Złe relacje, wynikłe np. z łamania przyjętych norm, to na ogół kłopoty, włącznie z wykluczeniem ze społeczności. Tak tworzy się struktura – jeden z elementów niezbędnych według socjologii by można mówić o tradycyjnej grupie czy społeczności. Wymieńmy je może wszystkie, by mieć je w pamięci w czasie naszej obserwacji. Podaję za Janem Turowskim: zbiór osób, wartości wspólnogrupowe, więź społeczna w grupie, organizacja wewnętrzna grupy (struktura) oraz komunikacja i łączność w grupie. Wszystkie te elementy należy próbować obserwować grupie, którą zamierza się badać, by móc w konsekwencji stworzyć jej obraz. Terminy wydają się jednoznaczne, nie będę ich więc definiował, powrócą w analizie społeczności graczy giełdowych.

Bankier.pl

Naszą obserwacje należy zacząć od pytania, co sprawia iż w ogóle możemy mówić o zbiorze osób, elemencie konstytutywnym dla każdej społeczności. Bankier.pl, Polski Portal Finansowy jest rozbudowaną, profesjonalną witryną poświęconą zagadnieniom ekonomicznym. Oto jak sam siebie określa Lider wśród internetowych serwisów finansowych:

· 257 tys. zamożnych czytelników miesięcznie, blisko 74 tys. tygodniowo
· 3,727 mln odsłon stron miesięcznie
· Mamy bazę mailingową 45 000 bogatych użytkowników
· Wysoka skuteczność reklam na Bankier.pl
· Jeden z najlepszych profili użytkownika w polskim internecie
· Newsletter Dziennik Bankiera dociera codziennie rano do 18 000 osób
· Wysoka sprzedaż produktów finansowych przez Centrum Finansowe - platforme transakcyjną portalu
· Zarządzamy portalami Bankier.pl i Eurobankier.pl

Przedstawia ciekawe i obszerne dane składające się na profil użytkownika portalu według wieku, płci, wykształcenia, dochodów, wielkości miasta, zawodu oraz sposobów korzystania z Internetu - http://www.bankier.pl/info/uzytkownicy.html . Uproszczony obraz to: mężczyzna, w wieku produkcyjnym, mieszkaniec miasta powyżej 100 tys. mieszkańców, z wyższym wykształceniem, z zarobkami powyżej 3 tys. PLN, posiadający stałe i szybkie łącze internetowe, dyrektor, menedżer, specjalista lub przedsiębiorca, kupuje lub zamierza coś kupić w sieci. Dodajmy jeszcze, iż portal powstał w czerwcu 2000r. a większość udziałów w Bankier.pl.S.A. posiada notowana na giełdzie spółka MCI funkcjonująca na styku marketingu i technologii informatycznych.

Działem portalu, który interesować nas będzie najbardziej jest giełda, poddział działu inwestowanie - http://www.bankier.pl/inwestowanie/gielda/ . Ekran podzielony jest na 3 kolumny. Po lewej stronie odnajdujemy liczne odnośniki do narzędzi inwestycyjnych, adresów biur maklerskich, analiz, notowań oraz podstawowe statystyki aktualnej sesji giełdowej. Prawa strona to wykresy indeksu WIG-20 (20 największych spółek na GPW), kontraktów terminowych na ten indeks (futures), wykres indeksu zagranicznego (DAX lub NASDAQ) oraz wartości podstawowych indeksów krajowych i zagranicznych. Centralną kolumną jest część środkowa, która zorganizowana jest w grupy newsów, kliknięcie których pozwala na zobaczenie całej wiadomości jak i komentarzy do niej oraz umożliwia zamieszczenie własnego komentarza. Nas interesuje grupa newsów: komentarze z rynków finansowych, umieszczona na samej górze. Jednocześnie pojawiają się cztery najświeższe newsy. Podzielone są na kilka rodzajów: dotyczące rynku akcji, rynku futures (kontraktów terminowych) one pojawiają się najczęściej, co kilkadziesiąt minut, oprócz tego są komentarze dotyczące rynku walut, sytuacji na świecie (rano, przed sesją) czy też sygnał systemu (omówimy później). Autorem tych komentarzy jest analityk Paweł Rejczak, którego zdjęcie widnieje obok newsów. Paweł Rejczak w uzasadnionych przypadkach, czasem wywołany przez internautów zabiera głos w komentarzach do wiadomości. Jedyna kategorią newsów w dziale giełda, której każdy nowy post przyciąga od kilku do kilkudziesięciu (a nawet więcej) komentarzy użytkowników jest rynek futures. W innych kategoriach newsów komentarze są sporadyczne i z tego powodu nie mają szans na wytworzenie więzi i w konsekwencji społeczności użytkowników.

Giełda i rynek futures – podstawowe informacje

Nagromadziliśmy już wystarczającą ilość pojęć, a w dodatku czekają nas nowe, by poświęcić parę akapitów na wyjaśnienie podstaw funkcjonowania rynku kontraktów terminowych ( w skrócie futures) na Giełdzie Papierów Wartościowych (GPW) w Warszawie. W przeciwnym wypadku język uczestników forum może być dla nas niezrozumiałym bełkotem, jakim był dla autora tego artykułu przez pierwsze tygodnie jego obserwacji. Kontrakty w odróżnieniu od akcji nie są papierami wartościowymi tylko tzw. instrumentami pochodnymi. Z akcjami sprawa jest prosta, kupujemy „papier” i w zależności od tego czy jego kurs rośnie czy spada zarabiamy lub tracimy dokładnie tyle o ile zmienił się kurs minus prowizja dla biura maklerskiego (w przypadku zleceń przez Internet to około 0,5%). W przypadku kontraktów terminowych nie kupujemy „papieru” tylko „zakładamy się” o jego wartość w przyszłości. Zresztą możemy zakładać się nie tylko o wartość danej akcji (w Polsce kontrakty terminowe są dostępne dla akcji kilku największych firm) ale też indeksów i np. najpopularniejszym wśród graczy indeksem na rynku futures jest indeks WIG-20. Gracze „kupują” lub „sprzedają” kontrakt po umownej cenie mnożąc punkty indeksu razy złotówki. Transakcja kupna zwana w slangu długą pozycją - longiem (zajęciem długiej pozycji) to zobowiązanie się do „kupna” indeksu po danej cenie w określonym czasie w przyszłości, zaś sprzedaży zwana krótką pozycją - shortem to zobowiązanie się do „odsprzedania” w określonym czasie indeksu po cenie w jakiej zawarło się transakcje. Innymi słowy posiadacz długiej pozycji zarobi tylko wtedy gdy indeks WIG-20 wzrośnie, zaś krótkiej wtedy gdy spadnie. To pierwsza bardzo ważna cecha kontraktu terminowego, tutaj inaczej niż w przypadku akcji, zarabiać można także na spadkach. Jest to korzystne dla funkcjonowania giełdy gdyż nie parkiet nie „wyludnia się” w czasie bessy. Czas życia kontraktów to 3 kwartały, są więc 4 serie kontraktów, każda oznaczona inną literą, w każdej chwili na rynku są w obrocie 3 serie, ale co zrozumiałe największe obroty (ponad 90%) skupiają się na serii, która rozliczana będzie w tym kwartale. Przywiązanie danej serii do konkretnej daty nie oznacza rzecz jasna, że kontraktu nie można zrealizować wcześniej (zamykanie pozycji czyli zawarcie transakci przeciwstawnej) by cieszyć się zyskami lub ograniczyć straty. Można i bardzo duża część graczy kilkakrotnie zajmuje przeciwstawne pozycje (obraca się) w trakcie jednej sesji. Jest to tzw. daytrading i taki właśnie horyzont czasowy jest najpopularniejszy wśród uczestników społeczności graczy na stronie Bankier.pl. Kontrakty różnią się od akcji jeszcze w jednej istotnej rzeczy, posiadają w sobie tzw. mechanizm dźwigni finansowej. Co to oznacza? Ano tyle, że jeśli wartość kontraktu ustala się przez pomnożenie jego wartości w punktach (przyjmijmy, że jest to 1500 punktów), nie znaczy to, że gracz na jeden kontrakt (sprzedany lub kupiony) wyłożyć musi 15000 PLN. Wpłaca on jedynie pewną część (w przypadku Wig-20 to ok. 6-7%), jest to tzw. depozyt, zaś jego zyski i straty nalicza się wobec pełnej kwoty. Oznacza to tyle, że inwestując w kontrakt nieco ponad 1000PLN jeśli wartość jego wzrośnie o 10% to ci którzy kupili kontrakt zarobią 1500 PLN zaś pechowi sprzedający tyle stracą (nie licząc prowizji), czyli przy ruchu cenowym 10% nasze zarobki lub starty przekraczają 100%. Gra na kontraktach terminowych jest grą o sumie zerowej tzn. każdego dnia dla każdej pozycji otwartej jednemu graczowi jest dopisywana kwota x zaś drugiemu taka sama kwota jest odpisywana od rachunku. Jako, że straty mogą odbywać się tu bardzo szybko biura maklerskie zabezpieczają się żądaniem zwiększania depozytu przez gracza nietrafnie obstawiającego dany kontrakt. Stąd lęk przed dopłacaniem do depozytu trwale towarzyszy uczestnikom forum Bankiera, podobnie zresztą jak świadomość, iż fakt, że ktoś tu może coś wygrać oznacza, iż ktoś musi dokładnie tyle stracić. ¦wiadomość ta ma różne konsekwencje w zachowaniu forumowiczów jak choćby takie, że część świadomie okłamuje pozostałych co do zajętej pozycji lub swoich przewidywań co do rozwoju sytuacji by zwiększyć szansę na trafienie na drugą stronę transakcji, jest to tzw. „naganianie”. O kontraktach terminowych powstają książki, ciężko więc odsłonić ich tajemnice w paru akapitach, mam nadzieję jednak, że ten szkic pozwoli na zrozumienie choć w najogólniejszym zarysie tego co dzieje się na forum.

Rytm dnia na forum

Sesja na rynku kontraktów terminowych rozpoczyna się o godzinie 9, zaś na rynku akcji godzinę później. Obie kończą się o godzinie 16. W trakcie trwania sesji newsy z rynku akcji i futures pojawiają się wielokrotnie, nie rzadziej niż co godzinę, a w sytuacji dużej zmienności rynku częściej. Jak wspominałem żadne inne newsy na tej stronie niż futures, nie są komentowane w ilości, jaka mogłaby prowadzić do nawiązania jakiejkolwiek dłuższej komunikacji, nie mówiąc o wytworzeniu więzi. Dlaczego tak się dzieje? Wynika to ze specyfiki rynku futures, który potrafi przyciągnąć daytraderów – graczy podejmujących decyzję kupna lub sprzedaży kontraktów często kilkakrotnie w ciągu dnia. Wymusza to ciągłe śledzenie ruchów rynku, konieczność ciągłego zadawania sobie pytania o kierunek następnego wybicia i chęć skonfrontowania swoich przemyśleń z przemyśleniami innych osób. Nie bez znaczenia może być również zwykła potrzeba odreagowania emocji, wszak huśtawka nastrojów to na rynku terminowym norma. Tak więc przyjmujemy, iż rdzeniem forum są gracze zajmujący się daytradingiem, to oni powodują, że forum nie zamiera w różnych okresach (zresztą na samej giełdzie podobną funkcję pełnią kontrakty). Fakt, iż na forum „zawsze ktoś jest” przyciąga również inne kategorie graczy, a więc graczy kontraktowych o nieco dłuższym horyzoncie gry oraz graczy na rynku akcji i obserwatorów rynków finansowych pozostających na razie poza parkietem. Dzień inwestora korzystającego z portalu Bankiera zaczyna się około godz. 7 kiedy pojawiają się newsy podsumowujące sytuację na rynku akcji i kontraktów oraz na świecie. O tej porze inwestor zapoznaje się też z zamykającymi się notowaniami na dalekim wschodzie. Pierwsza dyskusja na forum zaczyna się więc zwykle około godz. 7.30 i trwa pod tym newsem do godz. 9, kiedy otwiera się rynek terminowy na GPW. O tej godzinie zaczynają też pracę giełdy w Europie Zachodniej. Następna godzina jest bardzo ważna, po pierwsze inwestorzy zapoznają się z klimatem panującym na zachodnich parkietach, które bardzo często przesądzają o nastrojach w rodzimym „grajdole” jak bywa określana czasem GPW przez forumowiczów. Po drugie zaś godzina ta poprzedza otwarcie na rynku kasowym, a więc również pojawienie się wykresów bazowego indeksu WIG-20 dla najbardziej płynnych kontraktów fw20. Od tej pory dyskusja toczy się wartko przemieszczając się pod kolejne pojawiające się newsy z rynku fw20 do godz. 16, czyli do zamknięcia. Zamknięcie przebiega pod znakiem wpatrywania się w indeksy giełdy nowojorskiej otwierającej się o godz. 15.30. Później, około godziny 17 dodawana jest ostatnia wiadomość z tej kategorii podsumowująca wypadki minionego dnia. Gracze nie powinni jednak tracić czujności, trwają jeszcze notowania w Europie, zaś sesja w USA kończy się dopiero około godz. 22 czasu polskiego. Prawdziwy gracz nie zaśnie spokojnie nie wiedząc jak zakończyły się notowania za oceanem. Dyskusja trwa pod ostatnią wiadomością często do około północny. Podobne w charakterze są dyskusje weekendowe, znacznie bardziej ogólne, często bardziej rozbudowane i próbujące nawiązywać do tego wszystkiego na co brakuje czasu w czasie trwania sesji. Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden typ wiadomości żywo obserwowany przez graczy i często przez nich komentowany – tj. sygnał systemu. Portal Bankier.pl udostępnia graczom wskazania systemu, które podpowiadają graczom jaką aktualnie pozycje należy zająć i określają warunki, które powinny skłonić do odwrócenia pozycji. Gracze widzą też zysk/stratę z aktualnej pozycji oraz efekt działania systemu od początku jego działania. Można przypuszczać, że system ten przyciąga sporą liczbę graczy, zarówno tych jeszcze niepewnie czujących się na parkiecie, jak i starych wyjadaczy chcących skonfrontować swoje poglądy ze wskazaniami systemu. Warto zauważyć, że system daje dobre rezultaty w horyzoncie raczej dłuższym niż jedna sesja (wyłapuje dłuższe trendy, stąd częste tzw. fałszywki w trendach bocznych; co ciekawe ogólna liczba transakcji jest na ogół w większości stratna, za to pozycje zyskowne przeważają w wartościach bezwzględnych, system jest więc w zgodzie z giełdową maksymą: ucinaj straty, pozwalaj rosnąć zyskom – tak było w roku 2003).

Podstawowa charakterystyka użytkowników forum i prowadzonych dyskusji

Wszystkie moje obserwacje przeprowadzałem od wiosny 2003 roku do początków roku 2004 tj. w okresie nieoczekiwanej poprawy nastrojów wśród inwestorów i odreagowania długotrwałego marazmu i spadków na GPW. Są one raczej przymiarką i wprawką niż rzetelnie i rygorystycznie przeprowadzonymi badaniami. Obserwacje te prowadzone były w czasie zaledwie wycinka istnienia forum, w sytuacji gdy żyło ono już przez długi czas swoim życiem. Interpretacja widocznych w tym czasie zmian w życiu forum siłą rzeczy musi być więc niepełna i narażona na błędy.

Dostęp do przeglądania i komentowania wiadomości ma każdy internauta, który trafi na stronę Bankier.pl. Może to uczynić, wybierając jedną z dwóch rodzajów tożsamości: jako zalogowany użytkownik (wcześniej musi się bezpłatnie i w prosty sposób - bez konieczności ujawniania danych osobowych – zalogować) otrzymując przy niepowtarzalnym nicku pomarańczową sygnaturkę. Taką samą sygnaturkę ma użytkownik niezalogowany, z tym, że jej kolor jest szary. Podział na szarych i pomarańczowych jest jednym z bardziej doniosłych na forum i zostanie omówiony osobno. Powiedzmy tylko tyle, że łatwość dodania nowej wiadomości skłania wielu graczy do pisania komentarzy pod różnymi nickami, zwłaszcza tymi szarymi, podszywania się pod znane postaci forum i wywoływania tym samym zamieszania. Nicki nie zawsze są nazwami własnymi, często powstają sytuacyjnie, np. gracz, któremu ostatnio się szczęściło może wystąpić jako zarobiony, ktoś komentujący wypowiedź użytkownika x może się nazwać do x itd.

Najważniejszym problemem na forum, jest znalezienie odpowiedzi na podstawowe pytanie: jaka pozycja (długa czy krótka) w danej sytuacji rokuje większe nadzieje na zarobek. Gracze więc starają się wynajdywać argumenty za jedną lub drugą opcją, motywują innych do zajęcia określonej pozycji, ostrzegają przed radami innych graczy, zarzucając im brak wiedzy lub złą wolę (pamiętajmy, że to gra o sumie zerowej, bym ja mógł wygrać, muszę nie tylko zająć odpowiednią pozycję ale i zawrzeć transakcję z kimś przewidującym przeciwny rozwój wypadków). Tak więc dyskusja tutaj to nieustanne spory pomiędzy bykami (symbolizującymi hossę – a więc graczami przewidującymi wzrosty) a niedźwiedziami (symbolizującymi bessę). Pewna część graczy pozostaje w opozycji do obu zdeklarowanych grup podkreślając, iż z trendem się nie walczy (kopanie się z koniem) i zarabiać należy na każdej dającej zarobić zmianie kierunku notowań.

Historia rozwoju sieci, zwłaszcza ta widziana z perspektywy sieciowych społeczności to historia merytokracji i jej mitologizacji. Szacunek i poważanie na pierwszych forach dyskusyjnych, gdzie rozmawiały osoby zajmujące się tworzeniem sieci i nowymi technologiami zdobywali ci mogący pochwalić się w danej dziedzinie największymi kompetencjami. O podobnym sposobie zdobywania szacunku i zaufania ze strony pozostałych użytkowników można mówić także w odniesieniu do forum Bankiera. Liczne dyskusje, wymiany poglądów i spory wyłoniły rozpoznawalną grupę graczy mogących pochwalić się nieprzeciętną wiedzą w zakresie inwestowania i rynków finansowych, talentami oratorskimi czy choćby poczuciem humoru. Wyraz tego odnaleźć można było w licznych prośbach kierowanych do niektórych „autorytetów” o przysłanie swoich analiz czy też o rozmowę na gg.

Forum nie jest, a w zasadzie nie było – ale o tym później, moderowane. Stąd część graczy pisze z największą swobodą. Sporo jest wulgaryzmów i gwałtownych napaści na współużytkowników. Razem z wiadomościami pełnymi fachowych sformułowań i wypowiedziami nawiązującymi do skomplikowanych teorii tworzy to niepowtarzalny klimat bardzo często podkreślany przez użytkowników jako jedyny w swoim rodzaju.

Szaraki vs pomarańczowi

Obraz forum tworzyć będę poprzez opis konkretnych, najczęściej pojawiających się problemów i konfliktów. Zacznijmy od zasygnalizowanej już kwestii kolorowych tożsamości. Jest ona dostrzegana przez większość użytkowników, choć jak się wydaje w pierwszej połowie 2003 roku problem ten był uświadamiany w większym stopniu przez graczy „pomarańczowych”. To oni podkreślali, że trud „zarejestrowania się” opłaci się dzięki utrudnieniu (choć nie uniemożliwieniu) praktyk wypowiadania się pod wieloma nickami. Problem chaosu i owych niesfornych użytkowników nasilił się mniej więcej w okresie wakacyjnym. Można to wiązać z faktem pojawienia się w mediach tradycyjnych informacji o nowej hossie na giełdzie, która przywiodła na forum sporą liczbę graczy nie zaznajomionych z obowiązującymi tam standardami. Z czasem, świadomość i poczucie własnej tożsamości zaczęło pojawiać się u szaraków. Zaczęli oni wyszydzać mentorski ton graczy pomarańczowych, prowokacyjnie umieszczać posty nie związane z tematyką giełdową czy po prostu obrażać pomarańczowych adwersarzy. Posty takie natychmiast uznane zostały za „zaśmiecanie” forum przez zarejestrowanych użytkowników. Szczególnie wytrwały w „zaśmiecaniu” okazał się jeden (najprawdopodobniej, choć później dołączyli zapewne naśladowcy) z użytkowników, który pod kilkoma nickami (psychiatra, leśniczy, małpa_osioł) zamieszczał długie wypowiedzi poruszające np. kwestie budowy żeńskich narządów płciowych, poszukiwania punktu G u partnerki, podstaw jogi i medytacji oraz wielu innych. Wywołało to oburzenie wielu graczy, także szarych i nawoływanie do jakiejś zmiany. Niemała grupa jednak, stanęła w kontrze do „mentorów”, oskarżając ich o dążenie do cenzury i politycznej poprawności. Sytuacja osiągnęła swoje apogeum pod koniec 2003 r. Wtedy to spora część najbardziej rozpoznawanych graczy pomarańczowych postanowiła opuścić forum. Sytuacja stała się groteskowa. Przez jakiś czas, na forum 80% tekstów stała się malowniczym acz nie związanym z giełdą bełkotem. Dyskusja bez najbardziej doświadczonych użytkowników o rozpoznawalnych „osobowościach” straciła zdaniem wielu rozmach i jak podkreślała część graczy, przydatność. Wielu użytkowników, którzy dotychczas jedynie czytali komentarze na forum, czerpiąc z nich praktyczne wskazówki od bardziej doświadczonych traderów, postanowiła się ujawnić i dać wyraz swojemu przywiązaniu do dawnego stanu forum. Pojawiły się głosy, iż pomarańczowi gracze poszli po najmniejszej linii oporu opuszczając sieciowe miejsce, o którego charakterze kiedyś decydowali. Zaczęto dyskutować wokół kwestii na ile „miejsce” takie jak forum, można lub trzeba traktować jako dobro wspólne, o które należy dbać. Niektórzy nazwali to zdradą, mając na uwadze, iż ta kategoria graczy poradzi sobie z zaistniałą sytuacją tworząc gdzieś indziej miejsce do wymiany poglądów (najbardziej rozpoznawani gracze znali swoje adresy emailowe oraz numery komunikatorów, kontaktując się również poza forum), tym razem skrzętnie zabezpieczając je przed wtargnięciem nieproszonych gości. Uderzyło to w jeden z najpowszechniejszych mitów entuzjastów Internetu, a więc równości w dostępie do informacji i opozycji do realnego świata z jego podziałami i elitami. Ci którzy byli przeciwni udzielaniu się na forum nieustannie „zaśmiecanym” argumentowali, że jak widzi się w parku agresywnych żuli, to po prostu chodzi się z psem gdzie indziej. Ich adwersarze z kolei dowodzili, że ustępując takim zachowaniom okazuje się słabość i brak odpowiedzialności za przestrzeń publiczną, którą rozciągali również na przestrzeń wirtualną. Sytuacja znalazła bezprecedensowe w historii forum rozwiązanie. Wielokrotne nawoływanie w stronę administratorów Bankiera oraz Pawła Rejczaka odniosło skutek. Ten ostatni przyznał, iż sytuacja dojrzała do jakichś działań administracyjnych i po raz pierwszy użytkownicy zetknęli się z usuwaniem „złych” komentarzy (np. zostawały tylko nagłówki z nickami ocenzurowanych). Prawie od razu pojawiło się uczucie kaca i świadomość, iż wolność wypowiedzi, a zwłaszcza jej ograniczanie to kwestia niezwykle ważna nie tylko w świecie realnym. Rozpoczęły się dyskusje i groźby niektórych graczy, że tym razem to oni opuszczą forum, gdyż wycinanie komentarzy odbywa się wobec pewnego przemyślanego klucza, niekoniecznie zaś zgodnie z szlachetnymi intencjami piewców cenzury.

Szczerość vs gra

Jak już podkreślałem gracze, mają pełną świadomość, iż uczestniczą w grze o sumie zerowej. Czyli, że wygrać mogą tylko wtedy gdy ktoś popełni błąd i zajmie pozycję inną niż zdecydują inwestorzy na rynku kasowym. Narzuca się prosty wniosek, iż można zwiększyć prawdopodobieństwo trafienia na gracza o przeciwstawnym wyobrażeniu co do rozwoju wypadków poprzez umieszczanie komentarzy ukrywających swoje prawdziwe spostrzeżenia. Można tu mówić zarówno o indywidualnej strategii jak i „naganianiu” dla jakiegoś dużego gracza, np. biura maklerskiego bo i takie podejrzenie pojawiają się wśród forumowiczów. Ze świadomości, iż zarabia się na cudzych błędach i stratach płynie powszechna zwłaszcza wśród pomarańczowych graczy postawa szacunku dla rywala, który ma stać się dlań „dawcą kapitału”. Równie powszechna jest jednak postawa wojownika na terenie wroga, który może polegać tylko na sobie a zaufanie komukolwiek obcemu może skończyć się tylko źle na dłuższą metę. I więcej, zwiększyć szanse na przetrwanie może tylko umiejętność wyprowadzania w pole rywali. Jak nietrudno zauważyć pierwsza postawa, podkreślająca symbiozę dawców i biorców kapitału a także nieuniknioną ciągła zmianę ról ma w sobie coś więziotwórczego i prowadzić może do przekształcania forum w jakąś formę wspólnoty. Postawa numer 2 skutkować będzie raczej powstaniem „miejsca styczności” i pełnej pułapek komunikacji, może rodzaju gry, w której najlepiej przeciwnika wyeliminować. Na jego miejsce przyjdzie jeszcze mniej doświadczony, z którym to samo uczynić będzie łatwiej. Można przypuszczać, iż ze względu na swój charakter dylemat gra vs szczerość pozostaje w dużej mierze ukryty i niezwerbalizowany. To raczej przyjmowane milcząco strategie niż wypisane credo na sztandarach. Argumenty za szczerością są różne. Argument praktyczny mówi np., że nie wszystkie nieszczere wypowiedzi sprawdzają się jako „wyprowadzenie w pole” dlatego, że wbrew intencjom autora okazują się po prostu … prawdziwe. Podobnie szczere wypowiedzi mogą wbrew intencjom autora okazać się pułapką, dla tych którzy im zawierzyli. Argument nieco inny mówi z kolei, iż praktyczne znaczenie „podpuszczania” przez forumowiczów jest niewielkie, tak jak niewielki jest wpływ ich kapitału na kształtowanie się notowań w porównaniu do największych graczy na GPW. Argumentowi temu towarzyszy, przekonanie, iż w takiej sytuacji „mali” gracze powinni się raczej wspierać niż wzajemnie oszukiwać i wyniszczać. Wspieranie to miałoby polegać na „oświecającej” dyskusji, udzielaniu sobie informacji na temat obsługi w różnych biurach maklerskich, wymianie programów służących do analizy technicznej wykresów.

Szwagry czyli spiskowa teoria dziejów

Pojęcie „szwagry” znane jest chyba każdemu, kto poważnie próbował zainteresować się giełdą. Ma ono swój poważny odpowiednik, badany przez specjalistów, akademików i bywa że prokuratorów, w terminie insiding – czyli zjawiska handlu wykorzystującego poufne informacje. Problem szwagrów czy w ogólności manipulowania warszawską giełdą jest jednym z częściej poruszanych na forum. Zdaniem większości uczestników GPW wyróżnia się in minus od giełd światowych i powinna być określana bananową giełdą. Podkreślają oni tutaj płytkość naszej giełdy (niewielkie w sumie obroty zwłaszcza dla dysponujących większym kapitałem spekulantów z kraju i zagranicy – choćby słynnych ostatnio Wysp Dziewiczych), jej wąskość (koncentracja większości obrotu na kilku największych spółkach – tzw. blue chipach), czy też jakość instrumentów kontroli na giełdzie jak i samego prawa w Polsce. Często pojawia się motyw chęci zrezygnowania z inwestowania na GPW i zajęcie się czymś poważniejszym, zwłaszcza przy okazji pojawiających się co jakiś czas wydarzeniach, o których szepcze się że były ukartowaną manipulacją. Część uczestników podkreśla jednak to samo co mówi często zarząd giełdy, bezradnie rozkładając ręce – sytuacje oskarżane o „zmanipulowanie” lub wykorzystanie poufnych informacji nie łamią, zwłaszcza sztywnie odczytywanej, litery prawa i regulaminu GPW, a jeśli nawet je łamią to udowodnienie tego jest niezwykle skomplikowane a czasami wręcz niemożliwe. To tylko problem skali, mówi część forumowiczów, po prostu duzi i/lub dobrze poinformowani gracze mają większe możliwości w wyborze najlepsze strategii zarabiania. Wielu podkreśla, że gdyby tylko mogła robiła by to samo.

Graczy dzieli również stosunek do tzw. arbitrażu. Arbitraż to rodzaj gry dostępny dla graczy dysponujących dużą gotówką, zakładający jednoczesne zaangażowanie na rynku kasowym jak i terminowym, ale na przeciwstawnych kierunkach. Dokonuje się np. tzw koszykowych zakupów akcji (kupuje się jednocześnie koszyk akcji o proporcjach każdego papieru takich jakie są przy obliczaniu całego indeksu – pozwala to sztucznie wyciągnąć indeks WIG-20 zwłaszcza przy małych obrotach) a następnie zajmuje się pewną ilość krótkich pozycji na rynku terminowym. Dokonana w odpowiednim momencie koszykowa sprzedaż akcji prowadzi w konsekwencji do obniżenia wartości kontraktów i tym samym daje łatwy i bezpieczny kilkuprocentowy zarobek. Sprawnie przeprowadzony arbitraż może dać 2-3% zwrotu z zainwestowanego kapitału w kilka – kilkadziesiąt minut. Forum Bankiera dzięki komentarzom Pawła Rejczaka jest jednym z nielicznych źródeł, które bardzo wnikliwie przygląda się praktykom arbitrażu. Jako, że drobni inwestorzy nie mogą wpływać na to zjawisko a z kolei jego niedocenianie może prowadzić do wzięcia ruchu spekulacyjnego za wybicie o dłuższym horyzoncie, muszą się więc nauczyć rozpoznawać je pośród chaosu notowań na parkiecie. I znowu: dla części graczy arbitraż to kolejna twarz szwagra i dowód na bananowość parkietu w Warszawie, inni podkreślają, że arbitraż spełnia także pozytywne role (np. zabezpiecza duże transakcje przed nagłą zmianą kursu), i że po prostu trzeba nauczyć się z nim żyć.

O jakiej społeczności możemy tutaj mówić?

Osobiście nie mam żadnych oporów, żeby uznać uczestników forum na stronach serwisu Bankier.pl za jakiś rodzaj społeczności. Ma ona oczywiście wiele cech pewnego modelu idealnego, który wytworzył się w naszych umysłach pod nazwą społeczność wirtualna. Jest więc ulotna, płynna, o nietrwałej i ciężkiej do określenia strukturze, czyli dysponuje tymi wszystkimi cechami, które pozwalają nam zaklasyfikować społeczności wirtualne do kategorii mniej poważnych społeczności. Różni się jednak znacząco od społeczności najczęściej obserwowanych przez badaczy tj. czatów towarzyskich czy też forum poświęconych hobby, popularnej gwieździe kultury masowej czy jakiejś dyscyplinie sportu. Tamte społeczności tworzą się dzięki aktywności osób, która jest ostro i wyraźnie oddzielona od ich normalnego rytmu dnia. Innymi słowy po uporaniu się z obowiązkami związanymi z pracą, szkołą, życiem rodzinnym, mogą oddawać się rozwijaniu swoich zainteresowań czy po prostu zabawie. Na forum Bankiera zaś najaktywniejszą i decydującą o obliczu tego miejsca sieciowego, grupę użytkowników, stanowią osoby zajmujące się inwestowaniem bardzo poważnie – często jest ona ich podstawowym źródłem utrzymania i to jej podporządkowują rytm swojego dnia. Czy można cos więcej powiedzieć o tych osobach? Myślę, że pewne informacje przekazuje przywoływany już profil użytkownika serwisu, który w moich obserwacjach znalazł potwierdzenie we fragmentach wypowiedzi niektórych forumowiczów o sobie. Zajęcie, któremu podporządkowują swoje życie z pewnością ostro odróżnia ich od reszty społeczeństwa. Ciągle jeszcze taki tryb życia i zarabiania musi chyba wywoływać zdziwienie, również w ich najbliższym otoczeniu. Powstaje więc świadomość własnej odrębności, która w kontakcie z osobami, które obrały podobną ścieżkę życiową, może prowadzić do powstania poczucia wspólnoty i wytworzenia się wartości wspólnogrupowych. Jeden z uczestników forum napisał kiedyś, iż dokonując transakcji, które w ciągu paru minut wzbogacają/zubażają go o kwotę równą płacy minimalnej (policzmy: mając 4 kontrakty, których wartość w ciągu kwadransa zmieniła się o 20 punkty zarabiamy lub tracimy 800 PLN), nie zapomina o tych wszystkich, którzy taką sumę zdobywają w pocie czoła przez cały miesiąc remontując choćby drogę pod jego oknem.

Warto również pamiętać, że duża część graczy z forum jest na Giełdzie od wielu lat, często od jej początków i dla nich społeczność inwestorów nie jest niczym nowym jako taka. Zmieniła tylko swą formę na cyfrową, przeniosła się z POK-ów (punktów obsługi klienta w biurach maklerskich) przed ekrany monitora. Pewne elementy charakterystyczne dla tej barwnej społeczności jaką opisywały nam gazety w latach 90-tych i jaka w czasach Internetu powoli zanika, dadzą się odnaleźć na forum Bankiera.

Jeśli chodzi o wartości wspólnogrupowe to widoczny był tutaj proces ich negocjowania i ścierania się przeciwstawnych propozycji. Opisałem to na przykładzie konfliktu szaraków i pomarańczowych. Negocjowanie wartości jest czymś charakterystycznym dla społeczności wirtualnych. Jest też konieczne bo spójność i trwałość społeczności zależy od rzeczy tak nieuchwytnych jak zaufanie i umiejętność zapewnienia satysfakcjonującej wszystkich komunikacji. Właśnie obserwowany spór o wartości stał się przyczyną secesji na forum. Wiemy z teorii wirtualnych społeczności, że zmieniają się one żywiołowo, ciągle rodzą się nowe i ciągle zamierają stare, ich uczestnicy nie są wiązani sztywnymi regułami i przerzucają swoje sympatie z serwera na serwer. Bankier.pl wyróżnia się jednak od innych sieciowych miejsc tym iż odejście naturalnych liderów decydujących o obliczu forum nie jest jednocześnie dla tego forum wyrokiem śmierci. Można przypuszczać, iż fakt że analityk Paweł Rejczak w dalszym ciągu zamieszczać będzie swoje komentarze zatrzyma sporą część graczy, przyciągnie nowych i z czasem wytworzy się na forum nowy dynamiczny porządek. Ważniejszym bowiem pojęciem od wartości wspólnogrupowych może okazać się pojecie interesu jaki mają korzystający z Internetu inwestorzy w istnieniu sieciowego miejsca gdzie można wymieniać informacje, zdobywać doświadczenia i wspólnie przeżywać kolejne dni na parkiecie (może kompensacja braku biurowych pogaduszek przy kawie?).

Epilog

Pora na zakończenie tej luźnej obserwacji jednej z setek tysięcy wirtualnych społeczności jakie istnieją w cyberprzestrzenii. Mam nadzieję, że czytelnik wybaczy mi jej przyczynkarskość i brak akademickiej systematyczności. Temat został zapoczątkowany i być może kiedyś znajdzie swój dalszy ciąg. Słówko epilog dotyczy historii konfliktu na forum jaki miał miejsce na przełomie 2003/2004r. Otóż grupka pomarańczowych zdecydowała się opuścić forum i stworzyć pokój rozmów na polchatcie (serwis udostępniający możliwość tworzenia własnych chatów). Nie była to specjalna tajemnica, także dla wrogów tej grupy, którzy szybko postarali się na różne sposoby utrudnić życie uciekinierom. Cała sytuacja potwierdza, iż więzi zawiązane na wirtualnym forum okazały się dość silne. W każdym razie na tyle by podjąć wysiłek ocalenia wspólnoty w innym już miejscu sieciowym. Co ciekawe zdecydowano się na inną formułę komunikacji. Z pewnością zmieni to charakter relacji panujących między uczestnikami. Ale to już historia na inny artykuł. Inną historia są też dalsze dzieje społeczności inwestorskiej na stronach serwisu Bankier.pl.

Piszę uparcie społeczność, ale miejmy ciągle w pamięci, iż uczestnictwo w niej jak i ona sama ma charakter gry. Podobnie jak kontrakty terminowe, będące przedmiotem forum. Gry o sumie zerowej. Bym ja wygrał, ty musisz przegrać. Czy nie takie właśnie jest społeczeństwo późnego kapitalizmu?

Kilka miesiecy temu przechodzilem powazny kryzys zwiazany z koniecznoscia podjecia decyzji - chcialem zakupic na amazonie ksiazke o Matrixie, i nawet wybralem dwa tytuly, ale na oba nie bylo mnie stac. Wybralem wiec ‘The Matrix and Philosophy. Welcome to the Desert of the Real (Popular Culture and Philosophy, V. 3)‘ pod redakcja Williama Irwina. Pozycja ta wygrala wewnetrzna rywalizacje z ‘Taking the Red Pill. Science, Philosophy and Religion in the Matrix’ - zbiorem pod redakcja Glenn’a Yeffeth’a. Jak to zwykle bywa, zalowalem swego wyboru wychodzac z zalozenia ze najlepsza alternatywa jest zawsze ta zaniechana.

Z wielka radoscia wypatrzylem na stronie Heliona zapowiedz polskiego wydania ‘Czerwonej pigulki’, tym bardziej ze cena jest nawet jak na polskie warunki przystepna. Z nadzieja pobieglem do ksiegarni, zakupilem, zasiadlem do lektury i… srodze sie zawiodlem. W tej chwili, tuz przed ukonczeniem ostatniego eseju sytuacja wyglada juz znacznie lepiej - nie uwazam ze ksiazka jest kiepska, co po lekturze pierwszego rozdzialu samo cisnelo mi sie na usta.

Ksiazka skomponowana jest w ten sposob, ze esej zdecydowane najslabszy jest esejem ja otwierajacym. Do tego w kilkuzdaniowym jego opisie czytamy miedzy innymi: Jeżeli mamy czas tylko na jeden esej o Matriksie, powinniśmy przeczytać ten. Tutaj moj apel do potencjalnych czytelnikow - nie sluchajcie tego. Jesli mozecie przeczytac tylko jeden esej o Matriksie, omincie ten szerokim lukiem. Powod? Doprawdy nie wiem co chcial osiagnac autor tego tekstu. Czytajac go, doskonale rozumialem ludzi usmiechajacych sie pod nosem na wiesc ze zajmuje sie antropologia kultury i antropologia religii. Tekst Schuchardta jest modelowym przykladem, jak z ciekawego tematu zrobic pseudonaukowy belkot. Schuchardt czesto odwoluje sie do rzeczy, co do ktorych ma wiedze - ujmujac rzecz eufemistycznie - niepelna. Nie bede podawal w tej chwili przykladow - niech kazdy szuka ich sam, ale krew sie we mnie burzy kiedy jako model postaci herosa kulturowego przyjmuje sie Chrystusa, zupelnie zapominajac o szamanizmie, jako pierwszej i najwazniejszej ideologii/systemie wierzen wprowadzajacym elementy inicjacyjne obecne we wszystkich prawie religiach (do tego elementy ten wskazuje sie w filmie niewlasciwie…). Rozpoczecie lektury od tekstu Schuchardta ma jedna zasadnicza zalete - kazdy nastepny tekst bedzie lepszy.

Zbior nie jest monolityczny. Faktycznie, zawarte w nim teksty dotycza roznych aspektow czegos co nazywamy Matriksem i pisane sa przez ludzi zajmujacych sie roznymi dziedzinami nauki (i nie tylko). Mamy wiec kilka bardzo dobrych krytycznych tekstów dotyczacych literatury SF (Hanson, Zynda, Sawyer, Gunn), polemikę między milosnikiem i przeciwnikiem Baudrillard’a (Felluga, Gordon) oraz kilka perelek.

  • Spiecia w Marixie i jak go naprawic - technologicznie blyskotliwy esej o ‘rzeczywistych’ aspektach Matrixa. Na czym polega ta rzeczywistosc? Na przyklad na budowaniu logicznych modeli korzystania z telefonow w Marixie (czemu mozna sie z Matrixa wydostac przez linie stacjonarna, a nie przez komorke?)… Prawdziwy majstersztyk, a do tego calosc podana bez technologicznej nowomowy, wiec prawie kazdy kto chociaz troche zna nomenklature internetowa bez problemu tekst zrozumie.
  • Polaczenie czlowieka z maszyna - czy czeka nas Matrix napisany przez Raya Kurzweila, amerykanskiego wynalazce, autora m.in.The Age of Spiritual Machines: When Computers Exceed Human Intelligence (juz plynie amazonka do redakcji - recenzja zapewne wkrotce), stojacy na bliskim mi podejsciu technofilskim i postludzkim (posthuman) w swym optymizmie co do rozwoju technologii,
  • Dlaczego przyszlosc nas nie potrzebuje? - mocno pesymistyczna polemika Billa Joy’a (szefa dzialu B+R Sun Microsystems) z pogladami Kurzweila
  • Buddyzm, mitologia i Matrix - IMHO najlepszy w tomie tekst na temat filozofii/religii, napisany przez Jamesa L. Forda.

W ksiazce razi troche tlumaczenie (niestety). Nie ma tego wiele, ale pojawiaja sie ‘kfiatki’ w stylu ’sieci neuronalne’ (jak rozumiem chodzi tutaj o neural networks, ale glowy uciac nie dam, bo nie mialem w reku oryginalu), zdarza sie takze, ze te same fragmenty scriptu tlumaczone sa nieco inaczej. Rozumiem ze sa to wypadki przy pracy, szkoda tylko, ze takie wydawnictwo jak Helion puscilo ksiazke bez gruntownej korekty (mamy np. raz pisane Kanzas a innym razem Kansas, etc.)

Generalnie jednak ksiazke bardzo polecam. Po pierwsze, dlatego ze jest po prostu dobra (mimo kilku odstajacych w dol tekstow), a po drugie dlatego, ze chcialbym aby stala sie rynkowym hitem i inne wydawnictwa zauwazyly ze na ksiazkach z pogranicza teorii kultury, religii, technologii i cyberkultury mozna godziwie zarobic, bo jest jeszcze cala masa pozycji warta wydania.

Nie jest dobrze. Do premiery najnowszego Bonda jeszcze co najmniej dwa lata, wcześniejsze 20 obejrzane dość dokładnie no i pojawia się pytanie, które postawił już jakiś czas temu znany humanista i laureat Pokojowej Nagrody Nobla – W.I.Lenin – szto dziełat’? Poza zaglądaniem na www.jamesbond.com faktycznie w świecie realnym nie ma czego szukać. Na szczęście jest jednak nowy, lepszy świat. Przez zupełny przypadek – wirutualny.

Pod koniec 2002 roku ukazała się gra No One Lives Forever 2 (NOLF2). Gra teoretycznie przynależąca do segmentu FPS (First Person Shooter) zdobyła uznanie nie tylko miłośników tego gatunku, na stabilnym bowiem rynku gier, po raz kolejny odkryta została nisza. Gwoli ścisłości zaznaczyć należy, że większą rewolucję stanowiła pierwsza część NOLF’a, uznawana powszechnie za znacznie lepszą, jednak nie mogę definitywnie się w tej sprawie wypowiedzieć bo JESZCZE nie miałem okazji się nią pobawić.

Kilka słów o fabule. W NOLF’ach wcielamy się w postać Cate Archet – pięknej (i zabójczej) agentki angielskiego wywiadu (całkowicie nieistotny jest tutaj fakt, że BARDZO istotnym elementem przyjemności z zabawy tą grą jest wcielanie się w postać pięknej kobiety. Freud byłby zapewne innego zdania, ale cóż – nie ma go wśród nas, a nieobecni racji nie mają). Całość gry mocno osadzona jest w rzeczywistości szpiegowskiej wojny mocarstw znanej z lat 60-tych. Od razu zaznaczę, że przez „mocne osadzenie” rozumiem osadzenie w świecie niezupełnie rzeczywistym, a raczej tym filmowym (z Różowej Pantery, Dr. Strangelove’a, Goldfingera czy Thunderball’a), wszak na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu ;-) Istnieje więc zła organizacja (H.A.R.M.) wraz z szefem – Głównym Negatywnym Charakterem (Director) oraz dobrzy agenci, na czele z Kate Archet mający za zadanie przeszkodzić H.A.R.M’owi w realizacji swoich planów. Jak jednak przeszkodzić, jeśli nie wie się w czym? W tym miejscu dochodzimy do sedna pozytywnych recenzji jakie zebrały obie części NOLF’a: jest to gra szpiegowska. Akcja rozwija się w taki sposób, że często cel naszych działań jest dla nas niejasny, czasami zostajemy w niektóre przedsięwzięcia wciągnięci wbrew naszej woli, a już chlebem powszechnim są dla nas przekradanie się, podsłuchiwanie, kradzieże czy dywersja. Gra zbalansowana jest idealnie – nie odczuwa się brak jakiegokolwiek elementu. Co ważne, rozgrywka wymusza na graczu częste zmiany strategii, zupełnie inaczej zachowują się bowiem znudzeni rosyjscy żołnierze na Syberii, inaczej zdeterminowany oddział ninja, jeszcze inaczej zaś grupa zawodowych zabójców (podróżująca jak trupa mimów).

Skoro mowa o bondowskich klimatach pamiętać trzeba o gadżetach, stanowiących ich nieodłączną część. Pod tym względem gra rozwiązana jest idealnie. Jako kobieta mamy więc maleńką damską torebkę (która możemy rozłożyć i korzystać z niej jako ręcznej wyrzutni rakiet), dezodorant (z palnikiem do cięcia metalu), słodko miaukającego kotka (inna sprawa że wybuchającego…), zestaw do pielęgnacji paznokci (tyle że z wytrychem) czy jak przystało na atrakcyjną kobietę – szminkę (ta akurat jest z aparatem fotograficznym). Jest jeszcze kilka innych, ale część chciaż niech pozostanie tajemnicą. Jak widać, programiści tworzący grę obdarzeni byli wyjątkowym poczuciem humoru…

Ano właśnie, zupełnie płynnie przeszliśmy do elementu stanowiącego o największej atrakcji tej gry – jedynemu i niepowatrzalnemu poczuciu humoru. Cała gra jest jednym wielkim pastiszem specyficznej branży specyficznej epoki. Efekt te osiągnięty został przez bardzo umiejętne stopniowanie napięcia, przy jednoczesnym wprowadzeniu elementów humoru sytuacyjnego i słownego. Dochodzi więc do komicznych sytuacji np. gdy zastajemy Główny Negatywny Charatker podczas telefonicznej rozmowy z matką obsabaczającą go za nie wysłanie kartki do jakiegoś wujka. Urok tej gry polega na tym, że większość tych tekstów jest „zaszyta” i dociera się do nich niespodziewanie – nie wystarczy po prostu gdzieś przejść, trzeba dodatkowo stanąć i posłuchać. Jeśli zbyt szybko wystrzela się przeciwników to także nici z podsłuchiwania konwersacji. Gra podzielona jest na 15 rozdziałów i w każdym dominuje nieco inny rodzaj humoru oraz obowiązuje inna tematyka rozmów/znajdowanych listów. Moje ulubione to cykl listów dziewczyny do rosyjskiego żołnierza (w których wspomina ona jak bardzo go kocha oraz że nie żywi urazy za ostatnie pijaństwo i pobicie, tym bardziej że lekarz powiedział że szwów nie będzie widać… oczywiście w każdym wspomina jak chętnie przymierzy jeansowe amerykańskie spodnie, które obiecał jej ten żołnierz ;-) oraz rozmowy szeregowych pracowników organizacji H.A.R.M. na temat optymalizacji planów na przyszłość, strategii marketingowej, nowej definicji misji organizacji czy podejścia proklienckiego – całość oczywiście typową korporacyjną nowomową (to jest bomba!!!).

Do tego wszystkiego dodać należy bajeczną grafikę opartą o świetny engine graficzny i kapitalną ścieżkę dźwiękową (także utrzymaną w klimacie lat 60-tych). Lokalizacje opracowane są z dokładnością przyprawiającą wręcz o zawrót głowy. Podczas naszych misji możemy odwiedzić Japonię, Rosję, USA, Indie czy Antarktydę. Dodatkowych smaczków dodaje zróżnicowanie języka w poszczególnych miejscach. Niby wszyscy mówią po angielsku, ale jest to hindu-english, japanese-english albo (mój ulubiony) russian-english.

Wszystkie te elemety sprawiły, że gra uznana została przez najbardziej presitżowe magazyny poświęcone grom komputerowym za grę roku 2002. Jeszcze w tym roku ma ukazać się prequel do NOLF2, a sequel NOLF, czyli coś pomiędzy tymi tytułami. Gra będzie nosić tytuł Contract J.A.C.K. (J.A.C.K. to skrót od Just Another Contract Killer) i mimo że nadal rozgrywać się w latach 60-tych, to bardziej zbliżać się do klimatu Pulp Fiction niż Bondów. Zła wieść jest taka, że nie będziemy grać tam Kate :-( a jakimś zwykłym samcem-mordercą. Ale cóż… nikt nie żyje wiecznie…

Architect: Hello, Neo.

Neo: Who are you?

Architect: I am the Architect. I created the Matrix. I’ve been waiting for you. You have many questions, and though the process has altered your consciousness, you remain irrevocably human. Ergo some of my answers you will understand, and some of them you will not. Concordantly, while your first question may be the most pertinent, you may or may not realize it is also the most irrelevant.

Neo: Why am I here?

Architect: Your life is the sum of a remainder of an unbalanced equation inherent to the programming of the Matrix. You are the eventuality of an anomaly, which, despite my sincerest efforts, I have been unable to eliminate from what is otherwise a harmony of mathematical precision. While it remains a burden assiduously avoided, it is not unexpected, and thus not beyond a measure of control. Which has led you, inexorably… here.

Neo: You haven’t answered my question.

Architect: Quite right. Interesting. That was quicker than the others.

TV Neos: Others? How many others? What others? Answer my question!

Architect: The Matrix is older than you know. I prefer counting from the emergence of one integral anomaly to the emergence of the next, in which case this is the 6th version.

TV Neos: 5 `One’s before me? 4 3 2 What are you talking about?

Neo: There are only two possible explanations, either no one told me, or no one knows.

Architect: Precisely. As you are undoubtedly gathering, the anomaly is systemic - creating fluctuations in even the most simplistic equations.

TV Neos: You can’t control me! I’m gonna smash you to bits! I’ll fuckin’ kill you!

Neo: Choice. The problem is choice.

Architect: The first Matrix I designed was quite naturally perfect, it was a work of art - flawless, sublime. A triumph equalled only by its monumental failure. The inevitability of its doom is apparent to me now as a consequence of the imperfection inherent in every human being. Thus, I redesigned it based on your history to more accurately reflect the varying grotesqueries of your nature. However, I was again frustrated by failure. I have since come to understand that the answer eluded me because it required a lesser mind, or perhaps a mind less bound by the parameters of perfection. Thus the answer was stumbled upon by another - an intuitive program, initially created to investigate certain aspects of the human psyche. If I am the father of the matrix, she would undoubtedly be its mother.

Neo: The Oracle.

Architect: Please. As I was saying, she stumbled upon a solution whereby nearly 99% of all test subjects accepted the program, as long as they were given a choice, even if they were only aware of the choice at a near unconscious level. While this answer functioned, it was obviously fundamentally flawed, thus creating the otherwise contradictory systemic anomaly, that if left unchecked might threaten the system itself. Ergo those that refused the program, while a minority, if unchecked, would constitute an escalating probablility of disaster.

Neo: This is about Zion.

Architect: You are here because Zion is about to be destroyed - its every living inhabitant terminated, its entire existence eradicated.

Neo: Bullshit.

TV Neos: Bullshit!

Architect: Denial is the most predictable of all human responses, but rest assured, this will be the sixth time we have destroyed it, and we have become exceedingly efficient at it.

Architect: The function of the One is now to return to the Source, allowing a temporary dissemination of the code you carry, reinserting the prime program. After which, you will be required to select from the Matrix 23 individuals - 16 female, 7 male - to rebuild Zion. Failure to comply with this process will result in a cataclysmic system crash, killing everyone connected to the Matrix, which, coupled with the extermination of Zion, will ultimately result in the extinction of the entire human race.

Neo: You won’t let it happen. You can’t. You need human beings to survive.

Architect: There are levels of survival we are prepared to accept. However, the relevant issue is whether or not you are ready to accept the responsibility of the death of every human being on this world. It is interesting, reading your reactions. Your 5 predecessors were, by design, based on a similar predication - a contingent affirmation that was meant to create a profound attachment to the rest of your species, facilitating the function of the One. While the others experienced this in a very general way, your experience is far more specific - vis a vis love.

Neo: Trinity.

Architect: Apropos, she entered the Matrix to save your life, at the cost of her own.

Neo: No.

Architect: Which brings us at last to the moment of truth, wherein the fundamental flaw is ultimately expressed, and the anomaly revealed as both beginning and end. There are two doors. The door to your right leads to the Source, and the salvation of Zion. The door to your left leads back to the Matrix, to her and to the end of your species. As you adequately put, the problem is choice. But we already know what you are going to do, don’t we? Already, I can see the chain reaction - the chemical precursors that signal the onset of an emotion, designed specifically to overwhelm logic and reason - an emotion that is already blinding you from the simple and obvious truth. She is going to die, and there is nothing you can do to stop it.

Architect: Hope. It is the quintessential human delusion, simultaneously the source of your greatest strength and your greatest weakness.

Neo: If I were you, I would hope that we don’t meet again.

Architect: We won’t.

Wydanie gry było dużym przedsięwzięciem marketingowym. Informacje o planach stworzenia gry pojawiły się dobrych kilka lat temu i co jakiś czas były podsycane przez prezentacje krótkich filmików obrazujących sposób działania silnika odpowiedzialnego za grę, screeny oraz informacje o funkcjonalnościach. Dużym atutem gry miała być zgodność jej mechaniki (czyli algorytmów określających powodzenie danej akcji, sposób walki, prowadzenia rozmów etc.) z trzecią edycją Dungeons & Dragons (DnD3e) – najstarszym, najpopularniejszym (i najlepszym!) na świecie systemem fabularnym. Prawdziwym hitem miała być jednak możliwość doświadczania „prawdziwego” RPG, dzięki stworzeniu specyficznego systemu gry on-line z instytucją Mistrza Gry oraz koniecznością faktycznej gry drużynowej.

Gra wprowadza gracza w klimat świata Zapomnianych Krain (Forgotten Realms), a konkretnie w jego północne obszary. Aby nie psuć zabawy osobom które będą chciały sięgnąć po grę, nie będę nawet w ogólnych zarysach streszczał fabuły. Dość powiedzieć, że jest stosunkowo nieliniowa, czyli zadania mogą być realizowane na różne sposoby. Nie jest jednak tak, że gra daje zupełną dowolność (niestety!) – niektóre questy trzeba zrealizować i trzeba to zrobić w określony sposób.

Interesująca jest ich różnorodność, bo NWN nie jest kolejną grą spod rozsławinego przez Diablo znaku hack’n’slash (czytaj: wyrzynanka). Część questów wymaga oczywiście sięgnięcia po miecz, ale elementy walki mimo że dominujące ilościowo, nie przytłaczają. Daleko NWN do klasyków w postaci Planescape:Torment czy Fallout’a, które w minimalnym stopniu bazowały na elementach walki, główny nacisk kładąc na rozwój fabuły przez stawianie bohaterowi coraz to nowych pytań. Według zapewnień producentów (oraz głosów społeczności graczy), faktycznie najsilniejszym elementem gry jest moduł pozwalający na zabawę z innymi graczami w wykreowanych dowolnie światach.

Gra posiada rewelacyjną oprawę graficzną. Obraz pokazywany jest bardzo dynamicznie, zaś gracz posiada możliwość operowania kamerą w szerokim zakresie – bardzo płynne są efekty typu zoom, obrót, czy podążanie kamery za postacią. O doskonałości graficznej świadczy nie tylko dynamiczny sposób prezentacji obrazu, ale także jego jakość. Świat w którym rozgrywa się akcja NWN opracowany jest w najdrobniejszych szczegółach – możemy nawet kontemplować wzory na dywanach i tapisariach czy doskonałe pęknięcia murów. Absolutnie rewelacyjnie wyglądają powierzchnie wodne – prawie nie różnią się do rzeczywistych. Pełnego odlotu można doznać jednak dopiero kiedy w nad Zapomnianymi Krainami zajdzie słońce, a my z plecaka wyciągniemy pochodnię. Spacer wśród drzew, po podziemiach czy pomiędzy budynkami wiaże się z możliwością obserwacji wspaniałej gry cieni, są one bowiem generowane w czasie rzeczywistym. Kiedy pojawia się kilka źródeł światła, mamy kilka cieni i to o zróżnicowanym stopniu nasycenia! Na dodatek każdy z nich wygląda na faktyczny cień i zmienia swoje położenie – rodzi to niesamowite efekty, kiedy np. na ścianach mamy kilka pochodni a my biegniemy z własną…

Bardzo sugestywnie przedstawiona jest walka. Bohaterowie fechtują się pięknie (balanse ciałem, parady, zbijanie ciosów etc.), przy parowaniu lecą iskry aż miło, a i efekty dźwiękowe są świetne. Bardzo atrakcyjne wizualnie są czary. Dla osób bardziej wrażliwych przewidziana jest opcja bezkrwawej walki, zaś miłośnicy heroic-fantasy będą zachwyceni chlapiącą krwią ;)

Interesująca jest oprawa muzyczna gry. Mimo że obecna cały czas, nie jest nachalna i nie pojawia się odruch jej wyłączenia/ściszenia. Ciekawe są także sample postaci biorących udział w grze. Ponieważ nasza drużyna może składać się tylko z dwóch osób w grze nie pojawiają się interakcje między nimi, a wielka szkoda. Każdy kto grał w Baldur’s Gate kojarzy chyba moment, kiedy drużyna dzielnie maszeruje i nagle jedna z naszych postaci dzieli się swoją refleksją: „Widziałem kiedyś smoka na króliczych nóżkach… Zaręczam, że to prawda” (mogłem się pomylić trochę w cytacie, ale grałem w to 5 lat temu ;)

Grając w NWN możemy stworzyć naszą postać w dowolnej oferowanej przez DnD klasie, możemy więc być magiem, czarodziejem, wojownikiem, łotrem (złodziejem) etc. Dowolność jest naprawdę duża. Dzień przed napisaniem tego tekstu ukazał się dodatek do gry, zatytułowany Neverwinter Nights: Shadows of Underntide, wprowadzający dodatkowe możliwości: nowe czary, nowe klasy (tzw. klasy prestiżowe), nowe przedmioty.

Reasumując trzeba stwierdzić, że gra jest bardzo udana i szczerze ją wam polecam. Szczerze żałuję że nie zrobiłem tego przed sezone urlopowym, bo część z Was zamiast tracić czas na wyjazdy mogłaby spędzić urlop tak jak należy – walcząc ze Złem w Zapomnianych Krainach ;)

Eiren

Jak zauważył S. Czarnowski, bohater uosabia podstawową wartość społeczną, jest wyrazicielem idei, wokół której zbiorowość organizuje swoje życie, do której dąży. “Społeczność bez bohatera pozbawiona jest najistotniejszego wymiaru, ponieważ stanowi on zazwyczaj duszę wspólnoty.” Z twierdzenia takiego można wysunąć wniosek o swoistym zapotrzebowaniu społeczeństwa na określony typ bohatera i spontanicznej kreacji znanej postaci według określonego wzorca, schematu. W wypadku księżnej Walii był to proces, który można by określić mianem samorzutnej “kanonizacji”. Ludzie chcieli widzieć w niej świętą i nieistotne były fakty z jej życia - stanowiły one bowiem podatny grunt dla działalności mitotwórczej. To na ich podstawie powstał kult, który ma wszelkie znamiona kultu świętych, aczkolwiek, włączony w obręb kultury masowej, poddany został skomercjalizowaniu. Oto bowiem w sklepach Wielkiej Brytanii pojawiły się specyficzne “relikwie”, czyli wszelkiego rodzaju pamiątkowe przedmioty powiązane z księżną lub ozdobione jej wizerunkiem: koszulki, kasety z jej ulubioną muzyką, lalki prezentujące jej stroje, całe serwisy z podobizną Diany, łyżeczki, naklejki i wiele, wiele innych.

Jak pisze G. van der Leeuw: “Zarówno kult relikwii, jak i angloamerykańskie uganianie się za pamiątkami, mają tę samą przyczynę. W jednym i w drugim wypadku chodzi o kontakt z mocą czegoś niezwykłego, osobliwego. Ten osobliwy przedmiot musi pochodzić od kogoś, kto jednak pozostaje niejako na drugim planie, a może to być zarówno katolicki święty, jak i Napoleon, czy też gwiazda filmowa.”

W tym współczesnym kulcie nie brak także pielgrzymek do grobu “świętej Di”. Należy przy tym zauważyć, iż stopień komercjalizacji osiągnął w tym wypadku swoje apogeum. Rezydencja Althorp została przystosowana przez jej właścicieli do potrzeb licznych odwiedzających: na miejscu urządzono kawiarnię, sklep z pamiątkami, wystawę, parkingi, a nawet miejsce do pikniku (picnic area), które to atrakcje dostępne są oczywiście za niemałą sumę 9,50 Ł (tyle samo, ile kosztuje zniżkowy bilet do londyńskiego Tower). Co prawda grób Diany można zobaczyć tylko z daleka, z brzegu jeziora, na którym znajduje się wyspa, ale liczba odwiedzających wcale się przez to nie zmniejsza. Zgodnie z informacjami zamieszczonymi w Internecie, cały dochód z biletów przeznaczony jest na Princess Diana Memorial Fund.

Cele charytatywne przyświecają również producentom płyt i kaset ze słynnym przebojem Eltona Johna “Candle in the Wind”. Jest to, jak wiadomo, nowa wersja skomponowanego wcześniej utworu, napisanego z okazji śmierci innej bohaterki masowej wyobraźni - M. Monroe. Piosenka została odpowiednio przystosowana do potrzeb chwili, zaś fakt iż stała się elementem oficjalnych, religijnych uroczystości pogrzebowych nobilituje ją niemal do rangi swoistej “Pieśni o Dianie”, pop-elegii o quasi-świętej.

Kolejnym elementem współtworzącym kult Diany jest jej swoista “hagiografia”. Łatwo zaobserwować, iż od momentu, gdy mieszkańcy nie tylko Wysp Brytyjskich, ale także całej globalnej wioski wyrazili swój smutek, zmienił się medialny wizerunek księżnej. Prasa w odpowiedzi na okazane przez społeczeństwo uczucia, stworzyła - a może należałoby powiedzieć odtworzyła istniejący już wcześniej - produkt zgodny ze społecznym zapotrzebowaniem: postać świętej.

Życie Diany przedstawiono w licznych publikacjach niemal zgodnie ze schematem, według którego tworzono w średniowieczu żywoty świętych. Obecne są w nich wszelkie elementy, takie jak prolog od autora, opis narodzin i młodości, małżeństwa, cudów i dobrych uczynków, prześladowań i wreszcie męczeńskiej śmierci. Zaadaptowane odpowiednio do potrzeb współczesnego czytelnika, stały się kategoriami, według których powstała legenda Diany. Każdy fakt z jej życia został poddany obróbce i umieszczony w schemacie narracyjnym. I tak nieudany związek z Karolem, utarczki z królową, czy kłopoty z fotoreporterami zamieniły się w cierpiętnictwo księżnej. Jej praca charytatywna uległa przekształceniu w poświęcenie się dla dobra ludzkości, zaś tragiczny wypadek w tunelu Alma to nic innego, jak męczeńska śmierć. Pojawiły się nawet relacje mówiące o cudach uczynionych przez Dianę: podobno kobieta dotknięta przez nią w szpitalu ozdrowiała, dziewczynka, którą odwiedziła, poczuła się lepiej i mogła wstać z łóżka itd., itp. Ludzie widzieli w niej świętą i wyrażali to w bezpośredni sposób. Nie może już chyba zatem dziwić, a nawet szokować rzeźba wystawiona w Liverpool’s Art Gallery, przedstawiająca Diana jako… Matkę Boską! Według słów jednego z katolickich biskupów jest rzeczą zupełnie naturalną, iż wyobrażenie Madonny przybiera różne formy. “Porównania jej życia z Lady Di są zrozumiałe, choć z pewnością mocno uproszczone.” - twierdzi.

Diana była jednakże porównywana najczęściej z inną postacią, z którą w rzeczywistości miała niewiele wspólnego - z matką Teresą z Kalkuty. Sama została w ironiczny sposób nazwana przez prasę “matką Teresą z Londynu” bądź “Teresą w kreacji Versace”, które to określenia ukazywały najpełniej dzielące je różnice. Niemniej jednak zaistniały czynniki, które sprawiły, iż fakty z życia obu tych kobiet ustąpiły miejsca wspólnej legendzie. Trudno znaleźć dwa życiorysy tak od siebie różnych osób. Co bowiem może łączyć piękną, młodą księżniczkę ze starą, drobniutką, pomarszczoną zakonnicą z Indii? Niewątpliwie narzuca się odpowiedź, iż była to praca charytatywna. Co prawda wymiar ich działalności nie może być nawet w przybliżeniu porównywalny - to, co zrobiła dla biednych, umierających i cierpiących matka Teresa, stanowi o wiele więcej niż dobroczynne przedsięwzięcia księżnej Walii. “Księżna nie mogła stać z boku. Musiała działać. Nieść pomoc i ukojenie. Tak, jak matka Teresa z Kalkuty, która zmarła w kilka dni po wypadku Diany - nie zdążyła pomóc wszystkim nieszczęśliwym ludziom.” Fakt, iż ich śmierć nastąpiła w przeciągu zaledwie paru dni, a obie spotykały się kilka razy w Indiach, spowodował zatarcie różnic pomiędzy nimi w kolektywnej świadomości.

Według E. Cassirera w myśleniu mitycznym każde czasowe lub przestrzenne sąsiedztwo dwóch rzeczy ustanawia między nimi powiązania, a nawet związek przyczynowo-skutkowy . Należy również dodać, iż stworzona przez matkę Teresę idea “Łańcucha miłości” złożonego z osób, które na całym świecie ofiarowują w intencji dobra swoje własne cierpienia, pasowała także do Diany. Nadanie sensu cierpieniu poprzez poświęceniu go innym to motyw, który często pojawiał się w wypowiedziach dotyczących księżnej. “Żeby inni nie cierpieli, sama cierpieć musisz” - te słowa skierowała podobno do Diany misjonarka z Kalkuty. Nic zatem dziwnego, iż pośród wpisów internetowych pojawiają się i takie, które łączą ze sobą postacie tych dwóch kobiet. Czasami trudno wręcz powiedzieć, które z nich pochodzą ze stron poświęconych Dianie, a które z witryn dotyczących Teresy.

W świetle powyższych faktów prawdziwe staje się spostrzeżenie, uczynione jeszcze w XIX wieku przez jednego z pierwszych psychologów zajmujących się tematyką społeczną: “Chociaż władcy dusz ostatnich wieków nie posiadają świątyń, to jednak mają oni swoje posągi i obrazy, a cześć dla nich bardzo mało się różni od czci z wieków ubiegłych.” Jak widać w kulcie Diany nie brak żadnych elementów, które konstytuowały niegdyś wizerunek świętego: są tu obecne relikwie i pielgrzymki, pieśni i dary wotywne, legenda i cuda. A wszystko to ujęte we współczesne ramy, dostępne za pomocą Internetu.

W taki właśnie sposób przedstawia się obraz Diany, jako bohatera kultury masowej. Jak już to zostało pokazane istnieje znacząca różnica pomiędzy nim, a bohaterem mitycznym. W wizerunku tego drugiego obecna jest pewna forma transgresji - stoi on bowiem na granicy dwóch światów. Jako że w większości przypadków jest to osoba nieżyjąca, można dojść do wniosku, iż to śmierć jest tym obrzędem przejścia, czyniącym z człowieka bohatera. Śmierć bowiem to nie tylko inny wymiar, ale przede wszystkim inny czas. Życie herosa jest już dokonane, ujęte w ramy narodzin i odejścia, ramy, które są jednakie dla wszystkich ludzi. Jego czyny, przygody i przeżycia były zapewne niezwykłe, ponadludzkie, jednakże śmierć jest ostatecznym potwierdzeniem, iż jest on jednym z nas. Oddalonego i obcego poprzez swoje życie, śmierć znów przywraca temu, co swojskie, wspólne, znane. Bohater, jako byt stojący na pograniczu, przeciwstawia się zarówno zastanemu porządkowi społecznemu, jaki i boskiemu, częstokroć walczy ze swoim przeznaczeniem, łamie przyjęte normy, czasami - w imię sprawy - zbacza z dobrej drogi. Jego śmierć również jest niezwykła - zazwyczaj poprzedzona przepowiednią, złym znakiem lub wręcz zapowiedziana przez samego herosa. Ma ona jednak dwie podstawowe cechy: zawsze służy jakiemuś celowi (bywa ceną za jego osiągniecie), jednocześnie zaś potwierdza ambiwalentny wizerunek bohatera. Czyniąc go na powrót ludzkim, umieszcza jego postać w sakralnym wymiarze rzeczywistości, do ludzi już nie należącym. Według S. Czarnowskiego bohaterem może być tylko człowiek, który uczestniczy równocześnie w naturze boskiej i ludzkiej, uczłowieczony bóg. Zatem w obrazie bohatera mitycznego pojawia się także element świętości, rozumiany oczywiście nie jako kategoria etyczna, czy moralna. Zgodnie z nimi bowiem jest on buntownikiem, outsiderem czy wręcz grzesznikiem. Jego świętość to pojęcie w zupełności numiotyczne, polegające na styczności, lecz niecałkowitej przynależności do odmiennego porządku.

Aby człowiek mógł zostać w pełni uznany za bohatera, konieczne są pewne przekształcenia i deformacje jego wizerunku zgodnie z wymogami mitu. Dlatego też jego postać jest niemal całkowicie wyobrażeniowa. Zazwyczaj brak jest związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy jego życiem, a legendą. W procesie kształtowania opowieści bohaterskiej fakty zostają poddane odpowiedniej przeróbce, tak, aby dostosować je do archetypicznego modelu. Zarówno S. Czarnowski, pisząc o św. Patryku, jak i C. Jędrzejewiczowa, przedstawiając legendę św. Cecylii, podkreślają, iż kwestia realności samego bohatera i prawdziwości jego historii nie jest istotna z punktu widzenia mitu. Opowiada on bowiem wydarzenia w taki sposób, w jaki powinny się były rozegrać, aby spełnić swój mityczny cel, obojętne czy będzie to przywrócenie porządku świata, czy walka z siłami zła. Przy przekształceniu postaci historycznej w archetyp, widać w jaki sposób następuje redukcja cech indywidualnych do wzorcowych. Według słów M. Eliadego: “Naśladowanie archetypów zdradza niejaką niechęć do historii osobistej i niejasne dążenie do przekroczenia lokalnego, prowincjonalnego momentu historycznego…” Zgodnie z takim rozumieniem historii bohaterskiej prawdziwe jest motto niniejszego rozdziału: mit jest faktycznie ostatnim stadium przekształcania realnej postaci w herosa. Jednakże, patrząc od drugiej strony, sytuacja taka nie miałaby miejsca, gdyby nie istniała wcześniejsza potrzeba mityczna, ów ogólny model, do którego sprowadza się postać, czyniąc ją bohaterem, ogólnoludzka tendencja: “dążenie do przekształcania egzystencji w paradygmat”. O powstaniu bohatera decyduje więc pewien mechanizm mający stricte mityczne podłoże. Jak twierdzi R. May, bohater to żywy mit wcielony w czyn, realizacja i potwierdzenie tego mitu.

Wychodząc od losów zmarłej księżnej, poprzez uogólnienie wniosków płynących z materiałów źródłowych i analizy etnolingwistycznej użytego w nich języka, dochodzi się więc do stwierdzeń o bardziej teoretycznym charakterze. Twierdzeń, które być może wydają się banalną konstatacją na gruncie antropologii, a które jednak są potwierdzeniem, iż także dziś, w epoce, w której króluje ponoć stereotyp i zdegradowane zostały mity, trwają nadal i trwać zapewne będą potrzeby, które są ich siłą sprawczą.

“Dopóki więc będzie istniała wśród ludzi potrzeba szukania wzorców i idei, wartości takich jak dobro, sprawiedliwość, miłość, a nawet zaspokajania ambicji i chęć dominacji - dopóty będą istniały przesłanki do myślenia mitycznego.”

Drugie widzenie nowego Matrixa. Inne. Świeższe. Lepsze. A więc stało się – po ponad dwóch tygodniach od pierwszego obejrzenia, wybrałem się na Matrix:Reaktywacje ponownie. Tak na dobrą sprawę, to moje generalne uwagi do filmu zawarte zostały w pierwszych dwóch wersach tego tekstu. No, ale można też przekazać kilka szczegółowych

Tak na najbardziej ogólnym planie, Reaktywacje kojarzyły mi się z Szekspirem. Nie, nie… to nie pomyłka… Reaktywacje mogą być czytane właśnie z tego punktu ujęcia. Punktem wyjścia byłaby dla mnie Tragedia Makbeta - IMHO najbardziej interesujący pod względem nośności pojęć przypadku, losu, przeznaczenia z jego dramatów. Pamiętam cały czas podstawowy dla mnie problem z Makbeta: gdzie przebiega granica między wolną wolą a przeznaczeniem, gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie? Czy Szekspirowskie trzy wiedźmy były zaczątkiem klęski Makbeta, czy też mimo ich przepowiedni miał jeszcze szansę na uczciwe spełnienie swego losu? Jasne, kwestie te są nierozwiązywalne. Ale dlaczego o tym w tym miejscu mówię?

Ano dlatego, że – przynajmniej dla mnie – podstawową kwestią pojawiającą się w Reaktywacjach jest problem Wyboru, Zasady Przyczynowości. Rzecz na dobrą sprawę zaczyna się u Merowinga (nawiasem mówiąc, dlaczego Merowing? Pierwsza dynastia średniowiecznej Europy? Zgnuśnienie i upadek w końcu tej linii?), gdzie po raz pierwszy pojawia się w filmie poważny problem wyboru. Merowing prezentuje głęboko fatalistyczne podejście do świata. Nie dziwi to jednak, skoro jest on programem komputerowym i brak u niego takich fundamentalnych dla ludzkości cnót jak Wiara, Nadzieja czy Miłość. Ze słów jego małżonki (Persefona) wynika, że takie cyniczne i fatalistyczne podejście nie było mu właściwe od początku. Jak mówi do Neo kiedyś był inny. Taki jak ty. Czyżby przemiana Merowinga była jeszcze jednym potwierdzeniem tezy, że władza upodla? Wyrocznia wyraźnie mówi w rozmowie z Neo A czegóż chce władca? Wiecej władzy…. Słowem-kluczem w ustach Merowinga jest jednak para Przyczna-Skutek. Posługuje się on tym wytrychem w celu realizacji swoich zachcianek, dobudowując ideologię do późniejszych swoich czynów, a nie biorąc pod uwagę swojej sprawczej roli jako inicjatora tychże.

Wątek Przyczyny i Skutku rozwijany jest dalej wraz z postacią Klucznika. On także istnieje dla jakiegoś celu – funkcjonuje wykonując pewne zadanie w oczekiwaniu na nieuchronne. Także jego wizja świata jest mocno fatalistyczna, jednak w odróżnieniu od Merowinga, nie delektuje się on swoją władzą (stwarzaną przez posiadane przez siebie Klucze). Nie sposób nie zauważyć kontrastu między pysznym i dumnym białym Merowingiem, a obowiązkowym i skromnym żółtym Klucznikiem. Obaj reprezentują jakby dwie strony tej samej monety. Z jednej strony jest pogarada dla innych reprezentowana przez rasę białą, z drugiej buddyjskie i bliskie zen, spokojne podejście rasy żółtej. Fatalizm Klucznika jest zupełnie innej natury niż Merowinga. Dostrzec można w nim charakterystyczną dla herosów kulturowych obowiązkowość, poczucie misji i lekceważenie dla sprawy własnego interesu. Nie przez przypadek, jedne z ostatnich słów wypowiadanych przez Klucznika brzmią: Nie przejmuj się. Tak miało być. Wziąwszy pod uwagę, że wypowiadane są one przez umierającego człowieka, są dowodem jego wielkiej godności w obliczu pewności śmierci oraz życia z brzemieniem wiedzy o własnym końcu.

Trzecim momentem gdzie dyskutowany jest problem Wyboru, Losu i Wolnej Woli jest spotkanie Neo z Architektem. Ponieważ jednak uważam, że rozmowa ta jednym z dwóch kluczy do zrozumienia filmu (drugim jest spotkanie z Wyrocznią), zarówno Architektowi jak i Wyroczni poświęcony zostanie osobny tekst i to już niebawem.

Osobną subkulturę tworzą cyberpunkowie (cyberpunks). Często wymieniani są jako jedna z grup wchodzących w skład ruchu hakerskiego, jednak takie ich umiejscowienie nie wydaje się to rozwiązaniem dobrym. O ile grupy hakerskie nastawione są głównie na eksplorację Internetu za pomocą oprogramowania, o tyle cyberpunkowie to w większości wyznawcy świata Gibsona zaprezentowanego w Neuromancerze.

Cyberpunkowie to w większości technofile, przekonani o zbawczej mocy techniki, szczególnie zaś technologii cyfrowej oraz nanotechnologii. Ich zainteresownia tą tematyką związane są jednak ze szczególnym pojmowaniem roli techniki w życiu człowieka. Urządzenia mające za zadanie ułatwiać komunikację powinny być, zdaniem przedstawicieli ruchu cyberpunkowego, zintegrowane z ludzkim ciałem. Ideą przewodnią filozofii cyberpunkowej jest przekonanie o nieuchronności nadejścia czasu cyborgów – ludzi ze wspomagającymi ich fizjologię urządzeniami technicznymi. Znaczna część cyberpunkowej refleksji kierowana jest więc w kierunku wykazania, w jak dużym stopniu społeczności ludzkie są już cyborgami (np. używając okularów, stosując zaawansowane protezy ortopedyczne czy sztuczne rozruszniki serca) i jak niewielka odległość dzieli te zastosowania techniki od implementacji wysoce zaawanosowanych urządzeń technologii informacyjnej (mikroprocesory, układy scalone, podręczne pamięci etc.). Prawdziwy cyborg to – zdaniem cyberpunków – człowiek wzbogacony o możliwość bezpośredniej interakcji z cyfrowym światem.

Ciało ludzkie jest dla nich jednym z nośników informacji, stąd na wzór funkcjonujących określeń typu software (oprogramowanie) i hardware (sprzęt komputerowy) określają je oni jako wetware. Stanowi ono dla nich przeszkodę w osiągnięciu pełni rozwoju, bowiem ogranicza ich możliwości poznawcze [LUPTON 2001:481]. Postulaty te konstytuują ideologię posthumanizmu (posthuman) [HAYLES 1999:246], coraz szerzej obecną w dyskursie nad przyszłością Internetu. Ideologia ta dość powszechna jest w niektórych ośrodkach badawczych, gdzie prowadzone są prace nad pionierskimi rozwiązaniami medyczno-neurologicznymi. Badania koncentrują się na kilku zasadniczych aspektach: wspomaganiu zarządzaniem pamięcią krótkotrwałą (np. poprzez jej rozszerzanie na drodze wszczepiania wymiennych kości pamięci), tworzeniu wizualnie wiernego i dostępnego w czasie rzeczywistym (real time) świata wirtualnego oraz przesyłaniu bodźców zmysłowych na odległość za pośrednictwem sieci komputerowej [DUMIT 1995:350]. Zdaniem przedstawicieli subkultury cyberpunkowej, już wkrótce można będzie spodziwać się zasadniczych zmian w odbiorze rozrywki – z pasywnej stanie się ona rozrywką wysoce interaktywną, w której będzie można nie tylko wziąć udział w filmie ale także poczuć zapach, smak czy dotyk.

Cyberpunkowie i zwolennicy posthumanizmu jawią się jako grupa o nastawieniu bardzo konstruktywistycznym. Ich głównym celem jest doprowadzenie do przełomu technologicznego, w którym mogłaby nastąpić integracja ciała, umysłu oraz dostępu do sieci i przesyłania danych. Celowi temu podporządkowana jest filozofia ich działania. Mimo ideologii zbliżonej do ruchu hakerskiego, głównym polem działania cyberpunków jest świat rzeczywisty (ludzkie ciało oraz usprawnienia techniczne w nim stosowane) zaś dopiero później cyfrowy (rozumiany głównie jako kanał dostarczający informacje).

literatura BELL D., KENNEDY B. (ed.), 2001, The Cybercultures Reader, London-New York.

DUMIT J., 1995, Brain-Mind Machines and American Technological Dream Marketing. Towards an Ethnography of Cyborg Envy, [w:] GRAY C.H.

GRAY C.H. (ed.), 1995, The Cyborg Handbook, London-New York.

HAYLES N.KATHARINE, 1999, How We Became Posthuman. Virtual Bodies in Cybernetics, Literature, and Informatics, Chicago.

LUPTON D., 2001, The embodied computer/user, [w:] BELL D., KENNEDY B..

Niniejsza recenzja powstała po jednokrotnym obejrzeniu filmu Matrix:Reaktywacje. Dlatego też, w krótkim czasie można spodziewać się dodatkowych matriałów na temat Matrix’a. W tej recenzji chciałbym być tak ogólny jak to tylko możliwe.

Pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to „jaki jest to film”? Apetyty po części pierwszej (niektórych przynajmniej) był znaczne. Naiwnie zakładam – pamiętając jeszcze dawne czasy gier komputerowych – że kolejne części będą coraz trudniejsze, a przez to dające większa satysfakcję po ich przejściu. W przypadku Matrixa odpowiednikiem miało być dla mnie przesłanie filozoficzne. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałem…

Mimo szacunku jakim darzę Tolkiena, Lema, Sapkowskiego i paru innych twórców, nie przepadam za fantastyką, tak z gatunku F jak i SF. W literaturze ciężko napisać coś z tej branży i nie zbliżyć się do kiczu. W filmie, jest to chyba jeszcze trudniejsze, bo – przynajmniej dla mnie – im więcej udziwnień i pracy specjalistów od efektów specjalnych, tym gorzej przeważnie dla fabuły. Matrix:Reaktywacje ma dwie strony. Nie jest to więc wstęga Mobiusa, ale raczej moneta, chociaż nieco zakręcona. Nie mogę jednoznacznie powiedzieć (napisać), że jest to film kiepski. Aż tak źle nie jest. Przez większość czasu nie trzyma w napięciu, bo nie może. Finał nawalanek w stylu wschodnim pomiędzy Neo a innymi postaciami jest z góry jasny. To co w pierwszej części było nowe, inne i porywające, tutaj jest już nurzące i sprawiające wrażenie dłużyzn. Zauważyłem, że większość komentarzy dotycząca Matrix:Reaktywacji koncentruje się na efektach specjalnych właśnie. Co z tego że jest naprawde efektowna gonitwa po autostradzie i że nikt nie pokazał tego wcześniej w kinie, skoro to samo mogę osiągną odpalając na komputerze dobrej klasy grę komputerową?

Oglądając nowego Matrixa miałem wrażenie, że oglądam zlepek kilku filmów. Słynne sceny na autostradzie nieodłącznie kojarzyły mi się z Terminatorem 2, wiele stytlistycznych odwołań jest też do Gwiezdnych Wojen a nawet – przepraszam z wyrażenie – do StarTreka. Co do tego ostatniego, to mogę tylko delikatnie sugerować, bo żadnego odcinka/filmu nie widziałem, natomiat wielkorotnie przytłaczał mnie z ekranu ogrom kiczu. Ten sam kicz pojawia się w Matrix:Reaktywacjach – to co dzieje się tam w tzw. realu, dodane zostało chyba jedynie ku uciesze gawiedzi. Rozumiem że trzeba było pokazać głównych bohaterów odbywających stosunek (nie matematyczny wcale…), ale mógłby to być jakże wyrafinowany cyberseks (tym bardziej, że film jet pastiszem, więc i to by jakoś przeszło), a wyszły jakieś kiepskie sceny. Ogólnie motyw Zionu jest tragiczny. Dobrze że trwa tylko jakieś półtorej godziny…

Na szczęście potem zaczyna się coś dziać. Może w tym miejscu powinienem wyjaśnić, że lubię filmy po których wychodzę z bólem głowy od rozwiązywania głównej zagadki. Ideałem w tej materii pozostaje dla mnie ciągle Kontrakt Rysownika Petera Greenawaya oraz Rosenkrantz i Guildernstern nie żyjąToma Stopparda. Ku mojemu zaskoczeniu (po pierwszej godzinie/półtorej filmu) do myślenia zmuszają też Reaktywacje. Szkoda tylko, że jest tego tak niewiele. Jakże interesujący byłby to filmy, gdyby w miejsca wątpliwej jakości fikania koziołków w sutannie eksplorować bardziej problem Wyboru czy Doktora Freuda :) BTW, Freud jest genialny, i chociażby z tego powodu warto na ten film jednak pójść…

Krótko podsumowując: na film warto się wybrać, chociażby po to, żeby później móc spokojne czytać moje późniejsze wynurzenia na jego temat :) A ujmując rzecz poważnie - zachęcam do obejrzenia, bo Matrix:Reaktywacje stawiają kilka pytań, na które każdy musi poszukać odpowiedzi.

Eiren

Oto bowiem w momencie, gdy księżna, zdawałoby się, uporządkowała swoje życie, odnalazła szczęście osobiste i spełnienie w społecznej roli dobroczyńcy, nastąpił nieoczekiwany koniec baśni. 31 sierpnia 1997 Diana wraz z Dodim wsiedli do czarnego mercedesa przed hotelem Ritz w Paryżu, a w paręnaście minut później samochód roztrzaskał się na betonowym słupie tunelu Alma. Nieprzytomną księżnę zabrano natychmiast do szpitala La Pitie Salpetriere, gdzie jeszcze trzy godziny walczono o jej życie. O godzinie trzeciej w nocy ogłoszono, że Diana nie żyje.

Wiadomość ta obiegła cały świat w ciągu kilku kwadransów - media zareagowały natychmiastowo. Wszystkie redakcje wstrzymały druk porannych wydań, w Wielkiej Brytanii przerwano program stacji radiowych i telewizyjnych, powstało zamieszanie związane z brakiem jakiegokolwiek głosu ze strony dworu królewskiego.

Niespodziewany odzew na to zdarzenie przyszedł jednak z innej strony - społeczeństwa angielskiego. Uważani za chłodnych i powściągliwych w wyrażaniu swoich uczuć Brytyjczycy, zaskoczyli swoją reakcją cały świat. Tysiące ludzi zaczęło gromadzić się przed bramami pałaców Kensington i Buckingham, gdzie składano kwiaty, listy i maskotki. Powstał gigantyczny kwiatowy dywan, w przeciągu dwóch dni kwiaciarnie Wielkiej Brytanii świeciły pustkami. Apogeum tego zbiorowego wyrażania smutku przypadło jednak na czas pogrzebu. W sobotę (6 września) z pałacu Kensington wyruszył kondukt żałobny, który przemierzał ulice Londynu przez prawie dwie godziny. Na całej niemal trasie szpaler ludzi liczył dwadzieścia rzędów, ponad milion londyńczyków zgromadziło się przed ogromnymi tele-bimami w Hyde Parku aby obejrzeć transmisję mszy pogrzebowej, prawie 2,5 miliarda telewidzów na całym świecie zasiadło przed telewizorami. Ceremonia pogrzebowa przypominała ogromny, zainscenizowany co do ostatnich szczegółów spektakl. Przygotowano staranie dobrany repertuar muzyki poważnej, jako osoby czytające teksty biblijne wystąpiły obie siostry Diany oraz premier T. Blair. Elton John wykonał nową wersję słynnej piosenki - napisanej z okazji śmierci Marlin Monroe - “Candle in the Wind”, zaś brat Diany Charles wygłosił prowokacyjne przemówienie, pełne oburzenia wobec prasy, ale także i samej monarchii. Arcybiskup Canterbury - G. Carey - poprowadził drugą część nabożeństwa, przedstawiając w swojej mowie wielki autorytet moralny czy nawet wręcz religijny Diany i tworząc tym samym zręby późniejszego mitu “świętej” Di. Po mszy kondukt z trumną Diany ruszył w długą drogę do rodzinnej posiadłości Spencerów - Althorp, gdzie została pochowana na wyspie pośrodku sztucznego jeziora.

Wydawało się, że to już koniec historii Diany. Był to jednak początek bezprecedensowego wydarzenia, faktu niezwykle ważnego dla zrozumienia współczesnej nam kultury - wpisania Diany w swoisty poczet “świętych”. W jaki sposób to nastąpiło i jakie czynniki zadecydowały o powstaniu takiego wizerunku księżnej Walii?

Po raz już kolejny życie Diany i jego zakończenie wpisały się idealnie w gotowy już wzorzec fabuły “Love Story”. Znamienne jest dla tego gatunku, iż śmierć głównego bohatera lub bohaterów stanowi bardziej wzruszające zakończenie niż to, utrzymane w stylu “żyli długo i szczęśliwie”. Zarówno filmy, jak i powieści kończą się w momencie, gdy miłość bohaterów jest w pełni swojego rozkwitu i żadne codzienne kłopoty nie trywializują tak idealnego związku. Jak pisze A. Helman:” Aby formuła melodramatu mogła się do końca spełnić, ofiara mściwego losu musi być zupełnie niewinna, a mechanizmy jego działania - całkowicie od człowieka niezależne (…). Zagrożenie przychodzi z zewnątrz i, jakiekolwiek by przybierało oblicze, jest to zawsze Los, na który nie ma żadnej rady…” Z jednej więc strony śmierć ta wynikała z logiki i struktury melodramatu, z drugiej - ponieważ dotyczyła realnej osoby i nie była tylko elementem filmowej fabuły - stanowiła szok. Po pierwsze spotkała osobę piękną, młodą i podziwianą, po drugie zaskoczyła ona wszystkich ludzi przywykłych przez lata do obecności Diany w ich domach. Jak pisze G. van der Leeuw: “…śmierć, która spada na człowieka nagle, nie jest śmiercią naturalną. To, że człowiek umiera nie jest naturalne, a więc śmierci się nie uznaje. Na siłę wymyśla się jakąś jej przyczynę, nawet wtedy, gdy w naszym rozumieniu sprawa jest oczywista.” Tak też stało się w wypadku Diany.

Większość ludzi nie zaakceptowała podanych do wiadomości faktów: samochód jechał zbyt szybko, kierowca najprawdopodobniej był pijany a żaden z pasażerów Mercedesa z wyjątkiem ochroniarza nie był przypięty pasami. Zaczęto nie tylko szukać winnych, ale często wręcz niesamowitych i absurdalnych wytłumaczeń. Posuwano się do pomysłów wręcz groteskowych, oskarżając po kolei królową Elżbietę, wywiad brytyjski, czy islamskich terrorystów. Pojawiły się teorie głoszące, iż Diana została zamordowana, gdyż jako matka następcy brytyjskiego tronu związała się z emigrantem i wyznawcą Allacha. Szczytem tych absurdów było włączenie postaci Diany do ogólnoświatowej teorii spisku, według której księżna była potomkinią… Chrystusa (sic!), zginęła zaś w miejscu, gdzie w czasach Merowingów składano rytualne ofiary ku czci oczywiście bogini Diany.

Być może tak wielka i powszechnie okazywana żałoba była po części wyrazem nie tylko lęku przed śmiercią, ale także manifestacją życia. Takiej bowiem ogólnonarodowej ekspresji uczuć nie oglądano chyba na Wyspach Brytyjskich. Przypomina ona raczej reakcję na śmierć prezydenta Kennedy’ego lub Evity Peron. Jednym z ostatnich określeń przychodzących do głowy w związku z Anglikami jest słowo “spontaniczność”, a tak właśnie należałoby nazwać ich zachowanie na wieść o śmierci Diany. Przynajmniej z pozoru. Trudno dziś, po trzech ponad latach, ustalić co powodowało tymi ludźmi, zresztą nie takiej natury dociekania liczą się dla fenomenologa.

Całe dorosłe życie Diany Spencer rozgrywało się na oczach świata. Jej zachowania, decyzje, postępowanie były szeroko komentowane i od samego początku przyrównywane do rozmaitych wątków baśniowych. Była Brzydkim Kaczątkiem, Kopciuszkiem, ofiarą Królowej Śniegu (Elżbiety II) czy wreszcie bohaterką historii o Pięknej i Bestii. Żywą osobę umieszczono w kontekście ponadczasowym jako archetypiczną postać uwikłaną w odwieczne międzyludzkie konflikty. To stało się kanwą jej legendy, a do umocnienia takiego wizerunku przyczyniły się już konkretne fakty stanowiące otoczkę życia i śmierci Diany.

Bardzo ważne jest także miejsce pochówku księżnej Walii. Wyspa pośrodku jeziora ma wyraźne konotacje mityczne - wyspy są szczególną, nacechowaną sakralnie przestrzenią, symbolizującą odrębność, nieprzeciętność i doskonałość. W legendach celtyckich i ich późniejszych brytyjskich wersjach stanowią miejsca święte, są schronieniem dla pustelników bądź bohaterów oczekujących na dziejowe wyzwania - tak jak słynny Avalon, miejsce pochówku króla Artura. Dodatkowa lokalizacja wyspy na jeziorze podkreśla tylko jej zarówno religijny, jak i baśniowy charakter.

Wszystkie te elementy niewątpliwie współtworzą wizerunek Diany, wydaje się jednak, iż występuje w nim pewna nadwyżka. Opierając się bowiem jedynie na suchych faktach dotyczących zarówno jej życia jak i śmierci, trudno jest wytłumaczyć całość tak złożonego obrazu, w którym pojawiają się wątki mityczne, baśniowe i religijne.

Należy postawić pytanie, skąd wziął się swoisty kult Diany, w jaki sposób, po jej śmierci, pojawił się nowy wymiar jej postaci jako świętej, anioła, dobrej królowej? Coś niezwykłego stało się po jej śmierci. Postać Diany uzyskała zupełnie nowy wymiar - z bohaterki zbiorowej wyobraźni stałą się prawdziwą bohaterką mityczną. Jak do tego doszło? Czy na pytanie to można odpowiedzieć przypatrując się Dianie poprzez pryzmat mediów, ich roli opiniotwórczej i wpływu na globalne społeczeństwo, czy raczej należy do interpretacji tego zjawiska posłużyć się kategorią mitu?

Czy można tu poruszyć kwestię bohatera mitycznego? Jest on przecież obdarzony całym zestawem niezwykłych przymiotów, w jego obrazie można dostrzec elementy tajemnicy, echa świętości. W postaci tej musi zawierać się pewien komponent archetypiczny - historyczna postać ulegająca przemianie w postać mityczną zostaje pozbawiona swoich cech indywidualnych, niepowtarzalnych, następuje bowiem ich redukcja do pewnych kategorii wzorcowych, modelowych. Poza tym: “… prawdziwy bohater to bohater martwy” , nawet bowiem w kulturze masowej śmierć to swoisty obrzęd przejścia do innego rodzaju rzeczywistości. I to właśnie ona umieściła Dianę Spencer wśród grona postaci mitycznych.

Next Page »