mit


Turin Turambar

W całej obfitej twórczości Tolkiena pojawia się tylko jedna postać o charakterze wyraźnie tragicznym. Jest nią Turin, syn Hurina. Jego dzieje opowiadane są w Narn i Hin Hurin, Opowieści o Dzieciach Hurina – najsmutniejszej pieśni śpiewanej przez elfy w Śródziemiu, nazywanej także Historią Bolesną.

Turin był synem Hurina i Morweny. Jako że matka obawiała się o bezpieczeństwo syna, wysłała go pod opiekę króla elfów Thingola. Thingol przyjął Turina życzliwie i usiłował przekonać jego matkę, aby także przeniosła się do Doriathu mieszkała z synem, tak jednakże odmówiła. Po kilku latach urwały się kontakty Morweny z Thingolem – Turin niepokojąc się o losy matki i siostry postanowił opuścić Doriath, powędrować na pogranicze i dowiedzieć się czegoś o losach najbliższych. Po trzech latach walk i nawiązaniu się wielkiej przyjaźni z Belegiem Kuthalionem Turin powrócił do Menegrothu (stolicy Doriathu). Jako że przybył w zniszczonym przez lata walk ubraniu, stał się obiektem drwin zazdrosnego o jego sławę elfa Saerosa. Doszło do awantury przy uczcie, a później do pojedynku, w wyniku którego Saeros musiał nagi uciekać przez las. W trakcie ucieczki potknął się i upadł na tyle nieszczęśliwie, że zginął. W obawie przez gniewem Thingola, mimo próśb Belega, Turin zdecydował się uciec – jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie, bowiem Thingol wybaczył mu jego czyny. Beleg postanowił więc wyruszyć na poszukiwania Turina.

Po opuszczeniu Doriathu Turin przystał do grupy zbójeckiej i w krótkim czasie dzięki swoim umiejętnościom zdobył tam pozycję wodza. Zbójcy Turina przez przypadek pochwycili Belega. Zobaczywszy przyjaciela, Turin darował mu życie oraz złożył przyrzeczenie, że będzie napadał tylko na sługi Nieprzyjaciela. Belegowi nie udało się jednak przekonać Turina do powrotu do służby Thingola – rozstali się później przekazując sobie informacje gdzie będą mogli się w razie potrzeby znaleźć. Thingol usłyszawszy że Turin żyje bardzo się ucieszył, ponieważ traktował go jak rodzonego syna. W nagrodę z swe trudy Beleg otrzymał prawo wyboru dowolnego przedmiotu. Poprosił o dobry miecz, Thingol zaś dopuścił go do skarbca, gdzie mógł wybrać broń, która odpowiadała mu najbardziej.

Beleg wybrał miecz nazwany Anglachel. Meliana ostrzegała go o wewnętrznej złośliwości tego miecza, jednak Beleg zdecydował się zatrzymać go. Meliana postanowiła obdarować go także i otrzymał on od niej zapas lembasów, bardzo pożywnego chleba używanego podczas długich wędrówek.

Turin, po odprawieniu Belega przeniósł się wraz ze swoją bandą na zachód. Przez przypadek, w trakcie drogi napotkał trójkę krasnoludów i w zamian za darowanie im życia otrzymał od nich jako okup doskonale ukrytą na wzgórzu Amon Rudht jaskinię. Po pewnym czasie Turina odnalazł w nowej siedzibie Beleg, przynosząc mu rodzinną pamiątkę – Smoczy Hełm z Dor-lominu. Mimo nalegań Belega, Turin nie chciał powrócić do króla, lecz tym razem to Beleg pozostał z Turinem. Następny okres to czas wzrostu potęgi Turina, który przyjął przezwisko Gorthola (=Groźny Hełm). Jednak wielka sława jaką odbijały się w świecie czyny Turina dotarła także do Morgotha, który po hełmie poznał z kim ma do czynienia. Nasłał więc w okolice siedziby Turina szpiegów, którzy pochwycili Mima i wydobyli od niego wiadomości umożliwiające im wtargnięcie do jaskini. Napaść była przeprowadzona błyskawicznie – wszyscy obrońcy (z wyjątkiem Turina) zginęli. Mim chcąc się zemścić na Belegu (który okazało się że był jedynie ciężko ranny) usiłował go zabić, jednak nie dał rady i został zmuszony do ucieczki. Po wyleczeniu swoich ran Beleg wyruszył na poszukiwania uprowadzonego Turina.

Od przypadkowo spotkanego wędrowca, którym okazał się być potężny elf, Beleg dowiedział się o marszrucie oddziału, który uprowadził Turina. Podczas jednego z następnych postojów oddziału, wkradł się do środka aby uwolnić Turina. Zadziałała jednak zła wola miecza – rozcinając więzy ostrze ześlizgnęło się ze sznura i raniło Turina. Ten, przebudzony, wyrwany z apatii i zniszczony zareagował odruchowo, wydzierając Belegowi miecz, biorąc go za wroga i zabijając go. Dopiero po chwili, kiedy błyskawica dostarczyła trochę światła Turin zorientował się, czego dokonał. Uwolniony z niewoli orków, wraz z towarzyszącym Belegowi Gwindorem powrócił z nim do Nargothrondu. Oddając królowi i ludowi wiele dobrego stał się w mieście szanowanym obywatelem, a na pograniczu zasłyną jako Mormegil (=Czarny Miecz), jako że po śmierci Belego posługiwał się jego mieczem. Osiągnięta pozycja społeczna, wraz z nieprzeciętną urodą i mądrości sprawiły, że zakochała się w nim dotychczas darząca uczuciem Gwindora, córka Orodretha – Finduilas. Była to jednak miłość bez wzajemności. W trosce o pobratymców oraz ukochaną, Gwindor zdradził jej, kim naprawdę jest Turin, oraz wyznał, że Turina i całą jego rodzinę ściga przekleństwo Melkora. Wiadomość ta szybko rozeszła się po całym Nargothrondzie, Turin zaś dostąpił najwyższych zaszczytów. Za jego sugestią zbudowano w Nargothrondzie wielki, kamienny most.

Potęga Orodretha wspieranego przez Turina zapewniła wielu ościennym krajom pokój. W efekcie matka Turina – Morwena, wraz z córką – Nienor, mogła przenieść się do królestwa Thingola. Niestety nie zastały tam Turina. W tym także czasie do Orodretha dotarła wiadomość od Kirdana, któremu ukazał się Ulmo ostrzegając do niebezpieczeństwu grożącemu Nargohtrondowi. Ulmo radził zniszczyć most, aby zabezpieczyć się przed niespodziewanym atakiem. Wkrótce potem Morgoth wszczął kolejną wojnę, tym razem wysyłając do walki nie tylko oddziały orków, ale także najpotężniejszego ze smoków Glaurounga Urulokiego. W czasie jednej z bitew na pograniczu śmierć poniósł Gwindor. Już umierając ostrzegł on Turina przed ciążącą na nim klątwą oraz wskazał na Findulis, jako na jedyną osobę stojącą między nim, a jego przeznaczeniem. Turin nie zdążył jednak do Nargothrondu na czas – uprzedził go Glaurung wraz z orkami zniszczyli miasto i uprowadzili żywych jeszcze mieszkańców.

Powracający Turin przeprowadził rozmowę ze smokiem, który zwiódł go informując, że matka i córka są niewolnicami Morgotha. Pozostając pod wpływem czarów Glaurunga, Turin nie zareagowała na krzyki porywanej Finduilas. Dopiero uwolniony spod smoczego zaklęcia Turin wyzwał smoka na pojedynek. Glaurung docenił odwagę Turina i pozwolił mu odejść, chociaż na odchodnym doradził mu, aby nie ratował Finduilas, lecz poszukiwał Morweny i Nienor. Po długiej wędrówce dotarł do domu rodzinnego, zastał tam jednak tylko zimny, od dawna nie zamieszkany dom. Odnalazł tam jednak krewnego – Easterlinga Broddę, od niego zaś dowiedział się, że Morwena wraz z Nienor dawno już opuściły dom, udając się do Doriath w poszukiwaniu swego syna i brata, a korzystając z chwili pokoju którą zawdzięczały Mormegilowi. Wieść ta tak rozwścieczyła Turina że w przypływie szału zabił Broddę i uciekł w tereny gdzie poprzednio działał ze swoją bandą zbójców. Zaczął także poszukiwania Finduilas, gdyż przejrzał wreszcie kłamstwa, którymi omotał go Glaurung. Ostatecznie odnalazł on jej mogiłę, gdyż jak się okazało zginęła ona z rąk orków.

Później przystał do grupy Leśnych Ludzi, mimo wątpliwości ich wodza, który wiedział kim jest przybysz i obawiał się o los swego ludu. Przebywając wśród Leśnych Ludzi Turin przybrał sobie nowe imię – Turambar (=Pan Losu), ufny że dzięki temu uda mu się uniknąć swego przeznaczenia.

Po upadku Nargothrondu do Doriathu dotarły wieści o tamtejszych wydarzeniach, wśród nich także ta, że sławnym Mormegilem jest Turin, syn Hurina. Dowiedziawszy się o tym Morwena wpadła w rozpacz i uciekła na poszukiwania syna. Później dołączyła do niej także Nienor, która w przebraniu dołączyła do oddziału królewskiej straży wysłanej na poszukiwania Morweny. Oddział odnalazł Morwenę zmierzającą w kierunku Nargothrondu. Glaurung jednak pozostawał czujny i podczas bezładnej ucieczki przed jego czarami i mocą Morwena i Nienor zagubiły się. Morwena zaginęła, Nienor zaś omamiona w chwilę później potężnymi czarami smoka doznała amnezji. Zaczarowaną, stojącą bez ruchu odnalazł ją tam Mablung. W trakcie drogi powrotnej do Doriathu zostali jednak napadnięci przez orków i podczas zamieszania umknęła, nie doznając żadnych ran. Po tułaczce trafia w końcu na miejsce spoczynku Finduilas, i tam straciła przytomność. Odnalazł ją tam Turin i zabrał do wioski Leśnych Ludzi. Jako że nie sposób było nawiązać z nią kontaktu, aby dowiedzieć się kim jest i skąd pochodzi, dano jej nowe imię – Niniel (=Dziewczyna we Łzach). Turin zakochał się w Niniel, podobnie też Brandir, jednak Niniel wybrała Turina. Z powodów niejasnych przeczuć, Brandir wyznał Niniel kim jest naprawdę Turin, jednak poza niejasnym cieniem jaki rzucił się na jej duszę nic więcej się nie stało. Po trzech latach Turin poślubił Niniel. Wkrótce jednak wybuchła wojna i w obronie plemienia Turin wyruszył na wojnę zabierając swój czarny miecz. Wieści o czarnym mieczu rozeszły się szeroko i Glaurung dowiedział się, gdzie przebywa Turin i wyruszył z Nargothrondu aby napaść na Leśnych Ludzi.

Smok ulokował się na skraju puszczy w której mieszkał Lud Turina. Turin wraz z dwoma współplemieńcami wyruszył do walki ze smokiem. Jednak stęskniona za nim Niniel poszła jego tropem. Za nią z kolei ruszył kochający ją Brandir. Zanim Turin dotarł w bezpośrednie sąsiedztwo smoka, jeden z jego towarzyszy na skutek grozy bijącej od gada wycofał się, drugi zaś podczas wspinaczki skalną ścianą strącony wielkim głazem spadł w nurty rzeki. Turin sam dotarł pod cielsko smoka i wbił miecz w jego nie chronione podbrzusze. Smok doznał śmiertelnych torsji i siał wokół siebie ogromne zniszczenie. Jednak w jego trzewiach tkwił miecz, po który postanowił wrócić Turin. Wyciągając go, Turin przeklął Glaurunga, jednak kilka kropel smoczej krwi chlapnęło na jego rękę zatruwając go. Turin stracił przytomność i leżał tam, aż znalazła go Niniel. Opatrzyła mu rękę, lecz wtedy po raz ostatni przed śmiercią przebudził się Glaurung i powiedział jej, że ma przed sobą swojego brata. W tym momencie rozwiało się smocze kłamstwo i Nienor zrozumiała kim jest – w rozpaczy rzuciła się w burzliwy nurt pobliskiej rzeki.

Znajdujący się w pobliżu Brandir przyniósł ludowi wieści o śmierci smoka, Turina i Niniel, a także opowiedział o pokrewieństwie tych dwojga. Wkrótce ze snu zbudził się Turin i powrócił do wioski. Jednak ludzie traktowali go jako ducha, gdyż wierzyli słowom Brandira. Doszło do kłótni między nim a Turinem i w końcu Brandir wyjawił mu to, czego się dowiedział. Turin wpadł w szał, zabił Brandira i uciekł z wioski. Niedaleko spotkał jednak Mabluga, który wiedząc o pojawieniu się smoka nadciągał z pomocą. Turin opowiedział mu o śmierci gada, od Mablunga dowiedział się zaś, że Morwena zaginęła, a Nienor za sprawą smoczych czarów straciła pamięć i mowę i uciekła. Wtedy Turin poznał że dokonało się przeznaczenie.

Uciekł do przyjaciela, dobiegł do miejsca gdzie leżał zabity smok, wydobył miecz i zapytał go czy zgodzi się zadać mu śmierć. Miecz odpowiedział, że aby pomścić niewinnie rozlaną krew Belega oraz Brandira chętnie zada śmierć Turinowi. Wbił więc miecz rękojeścią w ziemię i rzucił się na ostrze. Kiedy na miejsce przybył Mablung zobaczył ścierwo smoka i ciało Turina przebite mieczem. Ciało smoka spalono, Turinowi zaś usypano kurhan.

Kalevala, Przeznaczenie i Tolkien

Problem Losu i Przeznaczenia jest w twórczości J.R.R. Tolkiena obecny, jednak nie stanowi on najważniejszego tła czy kontekstu filozoficznego na tle którego rozgrywają się pozostałe wydarzenia.

Jak podaje się we wszystkich biografiach Tolkiena, dziełem które w sposób najsilniejszy wpłynęło na całą jego późniejszą twórczość jest fińska Kalevala. Tolkien wielkrotnie podkreślał swoją sympatię dla języka fińskiego – nauczył się go jako jednego z pierwszych i stał się on później wzorcem dla powstającego właśnie języka sindariańskiego. W niniejszym artykule postaram się wskazać na jedną z analogii między Silmarillionem a Kalevalą, w szczególności chodzić będzie o znalezienie analogii między postaciami i dziejami Turina Turambara (Silmarillion) a Kullervo (Kalevala). Wydaje się, że dzieje postaci Turina stanowią odwzorowanie postaci Kullervo, zaś jego dzieje są transpozycją dziejów tego ostatniego.

Kalevala jest fińską epopeją narodową i stanowi największe dziedzictwo literatury fińskiej. Nie jest to dzieło jednorodne, jako że na całość którą nazywaną Kalevalą składają się różne opowieści, zebrane razem, opracowane i wydane na początku XIX wieku przez Eliasa Lonnorta. Było to największe dzieło jego życia – praktycznie przez cały czas gromadził on materiał etnograficzny, odwiedzał najdalsze zakątki kraju, spotykał się z ludowymi pieśniarzami i spisywał ich relacje. Zgromadzony materiał po gruntownej analizie i odnalezieniu kilku wątków przewodnich skomponował w większą całość. Głównymi bohaterami Kalevali są (między innymi) pieśniarz i mag Väinämoinen, znakomity kowal Ilmarinen, wojownik i kochanek Lemmikäinen oraz tragiczny Kullervo.

Kullervo

Kullervo jest jedną z głównych postaci Kalevali. Jego postać pojawia się po raz pierwszy w runie XXXI zaś jego historia kończy się na runie XXXVI.

Kullervo jest synem Kalervo – na skutek niesnasek między nim a jego bratem Untamo, dochodzi do wojny między ich rodzinami i ostatecznie pokonania Kalervo. Jego ludzie zostają zabici, majątek rozgrabiony, a brzemienna żona trafia do niewoli Untamo. Kullervo rodzi się już w niewoli – matka nazywa go Hałaśnikiem, Untumo zaś – wojownikiem [XXXI, 80-83].

Już od pierwszych dni życia Kullervo okazuje się być dzieckiem nadzwyczaj silnym, jako że już trzeciego dnia życia wyswobadza się z kołyski w której jest ułożony [XXXI, 90-96]. Nieco później, bo w wieku kilku miesięcy postanawia pomścić krzywdę swoich rodziców i zemścić się na Untamo [XXXI, 106-113]. O jego zamiarze dowiaduje się jednak Untamo i uprzedzając możliwe działania Kullervo decyduje się na jego zgładzenie. Nie jest jasne dlaczego nie robi tego bezpośrednio, tylko usiłuje pozbyć się dziecka różnymi innymi metodami. Najpierw Kullervo zamykany jest w beczce i spuszczany na morze, jednak po jakimś czasie okazuje się, że zdołał się wyswobodzić i siedząc na dryfującej beczce łowi ryby [XXXI, 122-141]. Kolejną próbą zgładzenia Kullervo jest próba spalenia go żywcem. Także z tej opresji Kullervo wychodzi obronną ręką – po trzech dniach palenia się ogromnego stosu, Kullervo zostaje znaleziony w środku z pogrzebaczem, którym podsyca cały czas ogień [XXXI, 145-170]. Trzecią próbą pozbycia się niewygodnego dziecka jest powieszenie go. Jednak także ta próba kończy się fiaskiem – po trzech dobach zwisania, ku zdumieniu wszystkich mieszkańców Kullervo zostaje odnaleziony żywy, zaś całe drzewo pokryte jest wyrytymi przezeń posiadanym kozikiem obrazkami i wzorkami [XXXI, 175-192]. Po tych trzech próbach, Untamo postanawia zrezygnować z kolejnych i wychować Kullervo na swego sługę.

Jednakże Kullervo źle wywiązuje się z powierzanych mu zadań – okalecza a później uśmierca dziecko, którym miał się opiekować [XXXI, 216-228], niszczy las który miał wykarczować [XXXI, 260-294], buduje płot z potężnych drzew, jednakże bez bramy [XXXI, 309-340] ostatecznie zaś zamiast wymłócić zboże tłucze je na proch [XXXI, 345-354]. Po tych wszystkich niepowodzeniach Untamo decyduje się w końcu sprzedać Kullervo znanemu kowalowi Ilmarinenowi.

Pierwszą pracą jaką do wykonania otrzymuje Kullervo jest opieka nad stadami trzody Ilmarinena. Wysłany zostaje aby wypasać bydło. Na skutek jednak żony Ilmarinena, która zapieka dla niego chleb z kamieniem w środku, Kullervo traci odziedziczony po ojcu nóż i mści się rozpraszając stado, część zaczarowując w niedźwiedzie i razem ze zwierzętami napadając na macochę [XXXIII, 210-295]. Ostatecznie dochodzi do wezwania przez obie strony boga Ukko, który zsyła jednak śmierć żonie Ilmarinena [XXXIII, 264-290]. Po śmierci gospodyni, Kullervo ucieka z domu Ilmarinena i błąka się po lasach, rozważając swój tragiczny los [XXXIV, 45-94].

Kullervo postanawia napaść na dom zabójców swej rodziny, jednak w lesie ukazuje mu się Starka – Władczyni Lasu, która informuje go, że jego rodzice żyją i mają się dobrze [XXXIV, 125-136]. Wskazuje mu także drogę do ich siedziby [XXXIV, 140-162]. Kullervo ostatecznie wraca do domu rodzinnego, odnajduje rodziców, jednak od nich dowiaduje się że nadal nie ma śladu życia od ich córki a swojej siostry [XXXIV, 200-246].

Pech nie przestaje prześladować Kullervo także po powrocie do domu rodzinnego. Źle wykonuje wszystkie zlecane mu prace: wiosłowanie [XXXV, 17-33], łowienie ryb [XXXV, 42-58], zapłatę daniny. W drodze powrotnej z tej ostatniej, trzykrotnie napotyka samotnie podróżujące kobiety. Zaprasza je do sań, jednak one kolejno odmawiają – ostatnią z nich Kullervo porywa i siłą wciąga do sań [XXXV, 140-154]. Zostaje ona później uwiedziona [XXXV, 180-188] i dopiero wtedy okazuje się, że jest to jego siostra [XXXV, 211-256]. Na wieść o tym, że została uwiedziona przez własnego brata rzuca się w wir pobliskiego wodospadu [XXXV, 259-266]. Po śmierci siostry Kullervo rozpacza nad swoim losem [XXXV, 271-286] i powraca do rodziców aby opowiedzieć im o zaszłym zdarzeniu – postanawia także popełnić samobójstwo od czego stara się odciągnąć go matka [XXXV, 323-358].

Wydarzenia związane z siostrą postanawia Kullervo odkupić na wojnie. Jednak odchodząc z domu, pyta członków najbliższej rodziny czy będą żałować jego ewentualnej śmierć. Ojciec, siostra i brat zaprzeczają i jedynie matka mówi, że będzie żałować jego śmierci [XXXVI, 135-154]. Już na wojnie docierają do Kullervo wiadomości o śmierci ojca, brata i siostry, jednak nie wzbudzają one w nim litości ani żadnych innych odczuć. Dopiero wieść o śmierci matki porusza jego serce [XXXVI, 213-234] – wtedy też ponownie poprzysięga zemstę nad Untamo. Tym razem dzięki wspaniałości swego oręża pokonuje lud wroga [XXXVI, 243-250]. Po tym zwycięstwie wraca do domu, gdzie dociera do niego świadomość, że cała rodzina nie żyje. Zjawia się przed nim duch matki, który radzi mu aby zabrał swojego psa i wybrał się do matecznika [XXXVI, 287-296]. Po drodze jednak Kullervo przechodzi przez miejsce gdzie uwiódł swoją siostrę, co wzbudza w nim ponownie wyrzuty sumienia [XXXVI, 304-318]. Pyta swój miecz, czy ten będzie w stanie odebrać mu życie [XXXVI, 320-324], a gdy ten po namyśle wyraża zgodę [XXXVI, 326-334], Kullervo wbija go rękojeścią w grunt i popełnia samobójstwo rzucając się na ostrze [XXXVI, 335-346].

Kilka miesiecy temu przechodzilem powazny kryzys zwiazany z koniecznoscia podjecia decyzji - chcialem zakupic na amazonie ksiazke o Matrixie, i nawet wybralem dwa tytuly, ale na oba nie bylo mnie stac. Wybralem wiec ‘The Matrix and Philosophy. Welcome to the Desert of the Real (Popular Culture and Philosophy, V. 3)‘ pod redakcja Williama Irwina. Pozycja ta wygrala wewnetrzna rywalizacje z ‘Taking the Red Pill. Science, Philosophy and Religion in the Matrix’ - zbiorem pod redakcja Glenn’a Yeffeth’a. Jak to zwykle bywa, zalowalem swego wyboru wychodzac z zalozenia ze najlepsza alternatywa jest zawsze ta zaniechana.

Z wielka radoscia wypatrzylem na stronie Heliona zapowiedz polskiego wydania ‘Czerwonej pigulki’, tym bardziej ze cena jest nawet jak na polskie warunki przystepna. Z nadzieja pobieglem do ksiegarni, zakupilem, zasiadlem do lektury i… srodze sie zawiodlem. W tej chwili, tuz przed ukonczeniem ostatniego eseju sytuacja wyglada juz znacznie lepiej - nie uwazam ze ksiazka jest kiepska, co po lekturze pierwszego rozdzialu samo cisnelo mi sie na usta.

Ksiazka skomponowana jest w ten sposob, ze esej zdecydowane najslabszy jest esejem ja otwierajacym. Do tego w kilkuzdaniowym jego opisie czytamy miedzy innymi: Jeżeli mamy czas tylko na jeden esej o Matriksie, powinniśmy przeczytać ten. Tutaj moj apel do potencjalnych czytelnikow - nie sluchajcie tego. Jesli mozecie przeczytac tylko jeden esej o Matriksie, omincie ten szerokim lukiem. Powod? Doprawdy nie wiem co chcial osiagnac autor tego tekstu. Czytajac go, doskonale rozumialem ludzi usmiechajacych sie pod nosem na wiesc ze zajmuje sie antropologia kultury i antropologia religii. Tekst Schuchardta jest modelowym przykladem, jak z ciekawego tematu zrobic pseudonaukowy belkot. Schuchardt czesto odwoluje sie do rzeczy, co do ktorych ma wiedze - ujmujac rzecz eufemistycznie - niepelna. Nie bede podawal w tej chwili przykladow - niech kazdy szuka ich sam, ale krew sie we mnie burzy kiedy jako model postaci herosa kulturowego przyjmuje sie Chrystusa, zupelnie zapominajac o szamanizmie, jako pierwszej i najwazniejszej ideologii/systemie wierzen wprowadzajacym elementy inicjacyjne obecne we wszystkich prawie religiach (do tego elementy ten wskazuje sie w filmie niewlasciwie…). Rozpoczecie lektury od tekstu Schuchardta ma jedna zasadnicza zalete - kazdy nastepny tekst bedzie lepszy.

Zbior nie jest monolityczny. Faktycznie, zawarte w nim teksty dotycza roznych aspektow czegos co nazywamy Matriksem i pisane sa przez ludzi zajmujacych sie roznymi dziedzinami nauki (i nie tylko). Mamy wiec kilka bardzo dobrych krytycznych tekstów dotyczacych literatury SF (Hanson, Zynda, Sawyer, Gunn), polemikę między milosnikiem i przeciwnikiem Baudrillard’a (Felluga, Gordon) oraz kilka perelek.

  • Spiecia w Marixie i jak go naprawic - technologicznie blyskotliwy esej o ‘rzeczywistych’ aspektach Matrixa. Na czym polega ta rzeczywistosc? Na przyklad na budowaniu logicznych modeli korzystania z telefonow w Marixie (czemu mozna sie z Matrixa wydostac przez linie stacjonarna, a nie przez komorke?)… Prawdziwy majstersztyk, a do tego calosc podana bez technologicznej nowomowy, wiec prawie kazdy kto chociaz troche zna nomenklature internetowa bez problemu tekst zrozumie.
  • Polaczenie czlowieka z maszyna - czy czeka nas Matrix napisany przez Raya Kurzweila, amerykanskiego wynalazce, autora m.in.The Age of Spiritual Machines: When Computers Exceed Human Intelligence (juz plynie amazonka do redakcji - recenzja zapewne wkrotce), stojacy na bliskim mi podejsciu technofilskim i postludzkim (posthuman) w swym optymizmie co do rozwoju technologii,
  • Dlaczego przyszlosc nas nie potrzebuje? - mocno pesymistyczna polemika Billa Joy’a (szefa dzialu B+R Sun Microsystems) z pogladami Kurzweila
  • Buddyzm, mitologia i Matrix - IMHO najlepszy w tomie tekst na temat filozofii/religii, napisany przez Jamesa L. Forda.

W ksiazce razi troche tlumaczenie (niestety). Nie ma tego wiele, ale pojawiaja sie ‘kfiatki’ w stylu ’sieci neuronalne’ (jak rozumiem chodzi tutaj o neural networks, ale glowy uciac nie dam, bo nie mialem w reku oryginalu), zdarza sie takze, ze te same fragmenty scriptu tlumaczone sa nieco inaczej. Rozumiem ze sa to wypadki przy pracy, szkoda tylko, ze takie wydawnictwo jak Helion puscilo ksiazke bez gruntownej korekty (mamy np. raz pisane Kanzas a innym razem Kansas, etc.)

Generalnie jednak ksiazke bardzo polecam. Po pierwsze, dlatego ze jest po prostu dobra (mimo kilku odstajacych w dol tekstow), a po drugie dlatego, ze chcialbym aby stala sie rynkowym hitem i inne wydawnictwa zauwazyly ze na ksiazkach z pogranicza teorii kultury, religii, technologii i cyberkultury mozna godziwie zarobic, bo jest jeszcze cala masa pozycji warta wydania.

Architect: Hello, Neo.

Neo: Who are you?

Architect: I am the Architect. I created the Matrix. I’ve been waiting for you. You have many questions, and though the process has altered your consciousness, you remain irrevocably human. Ergo some of my answers you will understand, and some of them you will not. Concordantly, while your first question may be the most pertinent, you may or may not realize it is also the most irrelevant.

Neo: Why am I here?

Architect: Your life is the sum of a remainder of an unbalanced equation inherent to the programming of the Matrix. You are the eventuality of an anomaly, which, despite my sincerest efforts, I have been unable to eliminate from what is otherwise a harmony of mathematical precision. While it remains a burden assiduously avoided, it is not unexpected, and thus not beyond a measure of control. Which has led you, inexorably… here.

Neo: You haven’t answered my question.

Architect: Quite right. Interesting. That was quicker than the others.

TV Neos: Others? How many others? What others? Answer my question!

Architect: The Matrix is older than you know. I prefer counting from the emergence of one integral anomaly to the emergence of the next, in which case this is the 6th version.

TV Neos: 5 `One’s before me? 4 3 2 What are you talking about?

Neo: There are only two possible explanations, either no one told me, or no one knows.

Architect: Precisely. As you are undoubtedly gathering, the anomaly is systemic - creating fluctuations in even the most simplistic equations.

TV Neos: You can’t control me! I’m gonna smash you to bits! I’ll fuckin’ kill you!

Neo: Choice. The problem is choice.

Architect: The first Matrix I designed was quite naturally perfect, it was a work of art - flawless, sublime. A triumph equalled only by its monumental failure. The inevitability of its doom is apparent to me now as a consequence of the imperfection inherent in every human being. Thus, I redesigned it based on your history to more accurately reflect the varying grotesqueries of your nature. However, I was again frustrated by failure. I have since come to understand that the answer eluded me because it required a lesser mind, or perhaps a mind less bound by the parameters of perfection. Thus the answer was stumbled upon by another - an intuitive program, initially created to investigate certain aspects of the human psyche. If I am the father of the matrix, she would undoubtedly be its mother.

Neo: The Oracle.

Architect: Please. As I was saying, she stumbled upon a solution whereby nearly 99% of all test subjects accepted the program, as long as they were given a choice, even if they were only aware of the choice at a near unconscious level. While this answer functioned, it was obviously fundamentally flawed, thus creating the otherwise contradictory systemic anomaly, that if left unchecked might threaten the system itself. Ergo those that refused the program, while a minority, if unchecked, would constitute an escalating probablility of disaster.

Neo: This is about Zion.

Architect: You are here because Zion is about to be destroyed - its every living inhabitant terminated, its entire existence eradicated.

Neo: Bullshit.

TV Neos: Bullshit!

Architect: Denial is the most predictable of all human responses, but rest assured, this will be the sixth time we have destroyed it, and we have become exceedingly efficient at it.

Architect: The function of the One is now to return to the Source, allowing a temporary dissemination of the code you carry, reinserting the prime program. After which, you will be required to select from the Matrix 23 individuals - 16 female, 7 male - to rebuild Zion. Failure to comply with this process will result in a cataclysmic system crash, killing everyone connected to the Matrix, which, coupled with the extermination of Zion, will ultimately result in the extinction of the entire human race.

Neo: You won’t let it happen. You can’t. You need human beings to survive.

Architect: There are levels of survival we are prepared to accept. However, the relevant issue is whether or not you are ready to accept the responsibility of the death of every human being on this world. It is interesting, reading your reactions. Your 5 predecessors were, by design, based on a similar predication - a contingent affirmation that was meant to create a profound attachment to the rest of your species, facilitating the function of the One. While the others experienced this in a very general way, your experience is far more specific - vis a vis love.

Neo: Trinity.

Architect: Apropos, she entered the Matrix to save your life, at the cost of her own.

Neo: No.

Architect: Which brings us at last to the moment of truth, wherein the fundamental flaw is ultimately expressed, and the anomaly revealed as both beginning and end. There are two doors. The door to your right leads to the Source, and the salvation of Zion. The door to your left leads back to the Matrix, to her and to the end of your species. As you adequately put, the problem is choice. But we already know what you are going to do, don’t we? Already, I can see the chain reaction - the chemical precursors that signal the onset of an emotion, designed specifically to overwhelm logic and reason - an emotion that is already blinding you from the simple and obvious truth. She is going to die, and there is nothing you can do to stop it.

Architect: Hope. It is the quintessential human delusion, simultaneously the source of your greatest strength and your greatest weakness.

Neo: If I were you, I would hope that we don’t meet again.

Architect: We won’t.

yoze

Essen, Zagłębie Ruhry. Wszystko jest snem. Nie ważne czy dobrym, złym, ciężkim czy spokojnym. Miasto w mieście, aglomeracja domów, gdzie nazwy miast – mające własne historyczne odpowiedniki, uświęcone przez tradycję – są jedynie stygmatami dawnego, tradycyjnego porządku, który odszedł i nie wróci nigdy. Odrzucenie prawdziwej historii, tradycji, wszelkiego rodzaju wartości na rzecz popkultury przedmiotu, materializmu, konsumpcji, dzikiego pochłaniania, pożerania – stapiania się z dobrem produkowanym masowo „pod klucz” przestaje być nowinką, słyszalnym komunikatem, dającym się ominąć szerokim łukiem egzotycznym zwiastunem przyszłości. Jest to codzienność, banalna tak bardzo, że aż śmieszna. Zasmucające, gdy patrzeć na szeregi ludzi niczym automaty w rytualnych powinnościach szukających następnych promocji, symboli, ideogramów, świateł: czerwonego lub zielonego.

Przedmiotem sprzedaży czyni się absolutnie wszystko w tej stolicy produkcji, stolicy przemysłu. Rzeczywistość jest ułożona z tych samych modułów, tak samo odlanych i walcowanych, tak samo narodzonych w oparach dymów fabrycznych. Nie wie gdzie i kiedy wydaje pierwszy dźwięk, nie wie przez czyje usta, bo wszystko dzieje się naraz, każde doświadczenie jakiegokolwiek kupna czy sprzedaży jest społeczne, jednostka rozmywa się tuż po wyjściu z domu, tuż po obudzeniu się, tuż po urodzeniu…

Całkowita anihilacja człowieka w płyn tłumu, miejskie osocze dokonuje się w Centrum. Wbite pomiędzy kamienice i gmachy centrum handlowe jest jak serce: pompuje nowe siły w ludzki krwioobieg, jak płuca dające ożywczy izotoniczny tlen. Rzeka głów, wszystko wiruje – fontanna obrazów, pocztówek, kalejdoskop wrażeń dotyka i porywa każdego, kto nie podporządkowuje się masie. Kto szuka własnej ścieżki tam gdzie nie ma miejsca na pojedynczy ślad, gdzie zawsze idzie się za kimś i przed kimś, nie ma prawa istnieć.

Wszelkie poszukiwanie – tożsamości, sensu albo, chociaż własnego miejsca w przestrzeni przekrytej sztucznym niebem dachu – sprowadza się do oglądania witryn, wchodzenia w interakcję. Odczuwam tylko wzrokiem, słuchem i powonieniem pozostałe zmysły oddając we władzę masy, która mnie prowadzi byle tylko naprzód. Sklep nie ma drzwi – nigdzie ich nie widać – zda się, że nigdy nie jest zamknięty. Zaczynam mieć wrażenie, że nie istnieje czas. Nie istnieje też człowiek w swojej najprostszej definicji fizycznej osobowości obdarzonej rozumem. Za to istnieje przedmiot człowieka komponowany z innymi: kosmetykami, tekstyliami, żywnością czy sprzętem video. Tylko wtedy istnieję, gdy łączę się na zasadzie swobodnego wyboru, kierowania się ceną, promocją i okazją. Łączę się z przedmiotem, towarem, produktem na zasadzie dopasowania do niego. Nie ma mojego gustu tylko moda. Świat estetyzuje, otoczenie szuka dla mnie wejścia w sieć – wszelkie nadzieje, pragnienia, doznania sprowadzone są do interakcji z towarem, przedmiotem podlegającym wytworzeniu i sprzedaży – ewentualnie przecenie.

Inny człowiek. Pojęcia wyniesione z mojego potocznego życia stają się nieaktualnym – zastawionym w komis – antykiem. Perspektywa stopienia się z tłumem ludzi nawiedzającym centrum wydaje się odpychająca. Nadziei, na jakąkolwiek inność będącą alternatywą widzianej rzeczywistości, nie ma, podczas gdy paradoksalnie można mieć wszystko. Mnogość interaktywnych sposobów zaspokojenia własnych żądz sprawia, że nie tyle nie ma rzeczywistości, co nie ma najmniejszej choćby szansy, aby ją odnaleźć. Rzeczywistość przestaje być czymś praktycznym, dającym się dotknąć. To świat zamierzchły, nieznany, którego substytut udaje się osiągnąć przez transakcję handlową, symulację, produkcję.

Nie jest nowością stwierdzenie, że jednostka zostaje skazana na zagładę w ponowoczesnym mieście. Indywidualność jest przywilejem gwiazd, ludzi mediów, wybranych w sposób niejawny, fałszywy i sztuczny. Zresztą nawet taka pozostaje ułudą, sfabrykowaną na potrzeby mody, trendu, fali maską. Człowiek istnieje tylko i tylko wtedy, gdy jest jednocześnie elementem masy. Nie bierze się pod uwagę jego oczekiwań, potrzeb, pragnień, jeżeli nie jest umieszczony w kontekście oczekiwań, potrzeb i pragnień całej grupy. Pozbawiony możliwości decyzji – jakiejkolwiek – poddaje się symulacji potęgi, bo tym są dzisiejsze Niemcy. Baudrillard określił reklamę jako kanonizację rzeczywistości. Tutejsi ludzie utopieni w kontekście pochodu przez centrum, przeglądania sklepów, witryn, portali, pozbawieni są swojego początku i końca. Istnieją dopóki są widoczni. Medialność przenosi się niewidzialnym procesem, z ekranu, monitora, emitera na jednostkę widza.

Istnieję tylko wtedy, kiedy mnie widać, wydaje się mówić każda z mijanych twarzy. Ludzkie cierpienie niweluje się do aktu pomocy charytatywnej, śmierć staje się nieuchronnością gry komputerowej – pozbawia się ją realizmu. Informacja staje się sensacją, jej poszukiwanie wyznacza krawędź sensów. Egzystencja przyjmująca kicz za przestrzeń własnej autonomii [najczęściej kupionej] nie chce prawdy tylko modę. Ta ostatnia obejmuje wszystkie aspekty ludzkiego życia: materialne i duchowe. Wymiana sumień dokonuje się wraz z nowym numerem opiniotwórczych biuletynów.

Bolą oczy od nieustannego nadążania za wszystkim, co dzieje się wokoło.

Chcę się przewrócić na drugi bok.

viii.ad2003
Marcin Y Gałęcki

Speaker

Leontios oglądający trupy czyli o pornografii i brutalności stron www

“Ja raz słyszałem coś i ja w to wierzę. Że mianowicie Leontios, syn Aglajona, szedł raz z Pireusu na górę pod zewnętrzną stroną muru północnego i zobaczył trupy leżące koło domu kata. Więc równocześnie i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak długo walczył z sobą i zasłaniał się, aż go żądza przemogła i wytrzeszczywszy oczy przybiegł do tych trupów, i powiada: ”. (Państwo IV, XIV).

Zawsze byli ludzie lubiący obsceniczne, pornograficzne i okrutne obrazy i wydarzenia. W każdym z nas jest taki Leontios, może niekoniecznie spragniony bardzo skrajnych wrażeń, ale na pewno ciekawy rzeczy, na które z jakichś powodów nie powinien patrzeć, informacji które do, których nie ma prawa etc. Sieć jest więc – podobnie jak inne media – potencjalnym miejscem do oglądania brudów.

Chyba każdy użytkownik sieci zdaje sobie sprawę, że internet ma – podobnie jak inne środki przekazu - opinię medium deprawującego. Skandalizujące, szczegółowe opisy wybranych witryn ukazujące się w prasie oraz moralizatorskie felietony telewizyjne i radiowe ukazują sieć jako państwo pornografii i wszystkiego, co szokujące.

Jak można ocenić rzeczywisty wpływ tych treści na internautów? Kwestia ta przypomina węzeł gordyjski. Z jednej strony pedagodzy, duszpasterze i rodzice chcący chronić dzieci i młodzież przed szkodliwymi wpływami, a z drugiej – obrońcy wolności słowa. Od lat trwają spory odnośnie do interpretacji wyników badań dotyczących długo- i krótkotrwałego wpływu treści pornograficznych i brutalnych na ludzkie zachowania.

Czego może nas nauczyć Platon? Byśmy spojrzeli na tę kwestię w aspekcie osoby, która ulega pokusie oglądania takich obrazów. Leontios, syn Aglajona, najpierw walczy ze swoją ciekawością, a następnie poddaje się i zaczyna napawać widokiem pod domem kata. Łamie dwa tabu na raz: ogląda coś czego nie powinien (na obcym terenie, przynależnym do określonej osoby) i równocześnie coś, co jest bezpośrednio związane ze śmiercią (tabu zwłok obcych, przypadkowych ludzi). Platon pokazuje, że uleganie żądzy do niczego dobrego nie prowadzi. Leontios nie staje się przez to ani bogatszy wewnętrznie, ani bardziej sprawiedliwy, ani lepszy. Człowiek poddający się chęci oglądania i poznawania treści łamiących tabu, jest bogatszy tylko o doświadczenie złamania tabu.

Leontios w końcu przeklina chęci, którym uległ. Studiowanie materiałów obscenicznych i horrorów, jest okazją do nabrania gorszego mniemania o samym sobie. Platon, poprzez przykład syna Aglajona pokazuje bezsens takich wyborów, takiego używania wolności.

Cienie w jaskini czyli rzecz o złudzeniach

“Przedstaw sobie obrazowo – jako następujący stan rzeczy – naszą naturę ze względu na kulturę umysłową i jej brak.
Zobacz: oto ludzie są niby w podziemnym pomieszczeniu na kształt jaskini. Do groty prowadzi od góry wejście zwrócone ku światłu, szerokie na całą szerokość jaskini. W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; przykute mają nogi i szyje tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko przed siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów. Z góry i z daleka pada na nich światło ognia, który się pali za ich plecami, a pomiędzy ogniem i ludźmi przykutymi biegnie górą ścieżka, wzdłuż której widzisz murek zbudowany równolegle do niej, podobnie jak u kuglarzy przed publicznością stoi przepierzenie, nad którym oni pokazują swoje sztuczki.
- Widzę – powiada.
- Więc zobacz, jak wzdłuż tego murku ludzie noszą różnorodne wytwory, które sterczą ponad murek; i posągi, i inne zwierzęta z kamienia i z drzewa, i wykonane rozmaicie i, oczywiście, jedni z tych, co je noszą, wydają głosy, a drudzy milczą.
- Dziwny obraz opisujesz i kajdaniarzy osobliwych.
- Podobnych do nas – powiedziałem. – Bo przede wszystkim czy myślisz, że tacy ludzie mogliby z siebie samych i z siebie nawzajem widzieć cokolwiek innego, oprócz cieni, które ogień rzuca na przeciwległą ścianę jaskini?” (Państwo VII,I)

Jak internauci patrzą na innych ludzi, z którymi komunikują się w sieci? Na ile czysto tekstowa natura tej formy komunikowania wpływa na odbiór ich cech – realnych bądź przypisywanych? Czy i na ile są świadomi, że natura sieci kształtuje sposób postrzegania innych osób? Cyberprzestrzeń to w pewnym wymiarze królestwo cieni. Emocje w sieci są także cieniami. Nie chodzi tu o ich słabość, ale o to, że nie oddają w pełni realnego sposobu bycia, osobowości uczestników procesu komunikacji.

Aspekt cienia buduje też swoista intymność cechująca CMC. Komunikowanie za pomocą tekstu, które jest ciągle jeszcze w sieci sposobem dominującym, sprawia, że związki między ludźmi nabierają specyficznego, bliskiego charakteru. Fakt, że poznawanie innych ludzi i nawiązywanie znajomości przebiega w zdeterminowanych technologią sposób, nie oznacza, że związki te nie mogą stać się bardzo silne i przenieść z rzeczywistości wirtualnej do realu. Dopóki nie zostanie przekroczona bariery technicznej, jaką stanowią ograniczenia w przepustowości, póki nie będzie możliwości szerszego stosowania obrazu w komunikowaniu (nie wspominam już o ewentualnych “wspomagaczach” innych zmysłów), aby wyjść z jaskini i lepiej poznać drugiego uczestnika komunikacji, trzeba będzie spotkać się z nim FTF w zwykłym świecie.

Internauci raczej rzadko zastanawiają się nad wrażeniem jakie robią w sieci. Brutalna wypowiedź na czacie czy ostry w treści e-mail budują ich wizerunek. Z większością uczestników komunikowania elektronicznego nigdy się nie spotkają w tzw. realu. Ich wizerunek sieciowy będzie jedynym wizerunkiem jaki inni internauci będą znać.

Czy internetowi grozi, że będzie tym samym co oglądanie cieni w jaskini? Znów – nie chodzi o przyłączanie się do chóru krytyków, ale o pokazanie, że Platon ma w zanadrzu jeszcze jedną mądrą radę. To czy użytkownicy sieci będą patrzeć na świat jak ludzie z jaskini opisanej w Państwie jest kwestią ich wyboru. Rzecz w postawie internautów, a nie w samej cyberkulturze. Powinni być świadomi tego, że są narażeni na to, że World Wide Web stanie się ich jaskinią.

BTW – jak nie zgodzić się z opinią Whiteheada, że cała nowożytna filozofia to tylko przypisy do Platona…?

Czy użytkownicy sieci – komercyjni i prywatni - umieją mądrze korzystać z absolutnej wolności publikacji, która cechuje internet i jest czymś nieporównywalnym z możliwościami jakie dają inne media?

Nie jest moim zamiarem przyłączanie się do chóru krytyków internetu, twierdzących, że nie jest on niczym więcej jak tylko gigantyczną składnicy wszelkiego typu tekstów, jednorodną mieszanką witryn mądrych i głupich. Nie zgadzam się z porównaniami sieci World Wide Web do gigantycznego śmietnika. Jeżeli bowiem nazwiemy ją tak, to równie dobrze możemy zacząć odnosić to określenie do kultury w ogóle. To medium jest przecież jej odzwierciedleniem, treści które są zawarte w internecie to treści obecne w kulturze. Jeśli jest ona pełna byle jakich mitów, to byłoby dziwne gdyby nie były one obecne na stronach www.

Mimo iż przedmiotem niniejszych przypisów nie jest analizowanie treści dzieła Platona, pragnę zastrzec, iż uwagi o tym, że nie należy pozwalać by byle kto i byle jakie mity układał, nie należy traktować jako pochwały cenzury. Powyższy cytat, został użyty w celu uświadomienia, ważności faktu swobody publikacji w sieci www. Tym, co stanowi realny problem sieci jest ogromna ilość zła, prezentowana w witrynach. Mierne czy nudne witryny prywatne nie stanowią zagrożenia. Tym, co sprawia, że cyberkultura jest trudnym do przyjęcia i zaakceptowania elementem dyskursu kulturowego jest ogromna ilość bardzo ciężkiej pornografii, zwłaszcza dziecięcej, obecna na stronach internetowych. Ten wkład w cyberkulturę nie jest bynajmniej dziełem pojedynczych osób. Do wyjątków należą sytuacje, w których mało znani ludzie są w stanie stworzyć witryny o znaczącej popularności. Duże serwisy prezentujące to, co najbardziej plugawe i pełne nienawiści są dziełem firm i organizacji. Strony wulgarne i obsceniczne nie są ani najbardziej liczne ani najpopularniejsze, zło nie jest elementem dominującym w sieci, ale podobnie jak w życiu – jest bardziej widoczne.

Obecność tych treści wymaga więc zastanowienia. Oto bowiem na swoistym meta-poziomie, jeśli rozpatrujemy obecność pewnych treści w kulturze w ogóle, okazuje się, że internet jako medium, bardzo służy promocji treści szkodliwych i niszczących dla ludzi, dla kultury. Oczywiście jako nośnik dla pornografii itp. mogą służyć i służą również inne media. Internet jednak jako środek masowego przekazu cechuje niespotykana dynamika i rozległość wpływów. Możemy mówić o kulturze telewizji i jej mitach, jednak cyberkultura nie tylko bez porównania bardziej angażuje użytkowników medium, z którym jest związana, lecz także ogromnie wpływa na pozostałe środki przekazu. Internet sprawił, że konwergencja mediów staje się faktem. Nie jest to jednak konwergencja na zasadzie równorzędności. Zawartość treściowa cyberkultury przenika do innych mediów, do kultury jako całości, podczas gdy w drugą stronę przepływ idei nie jest tak prosty.

Czy cyberkultura wnosi do współczesnego dyskursu kulturowego jakieś wartości, które sprawiają, że winna być traktowana w sposób szczególny? Wydaje się, że szansa uczestnictwa w dialogu kulturowym przeciętnych użytkowników sieci jest wielkim, choć rzadko docenianym dobrem. Ważną ideą obecną w Państwie Platona jest sprawiedliwość. Słowo to przewija się przez wszystkie księgi i pojawia niemal na każdej karcie dzieła. Możliwość bycia nie tylko odbiorcą, ale również nadawcą-autorem jest oddaniem uczestnikom komunikowania sprawiedliwości. To prawo głosu jest jedynie minimalnie obecne w innych mediach. Tak więc dobrem jest, że każdy może mity układać. Strony prywatne są wielką szansą na wzbogacenie kultury.

Odwołanie do kwestii dobrych i złych mitów nie jest zatem wezwaniem do cenzury, ale do przeciwstawiania się złu w jego różnych postaciach. Mamy prawo chcieć, by uczestnicy dyskursu cyberkulturowego, nie wykorzystywali wolności słowa do czynienia zła. Mamy prawo pragnąć, by nasz wirtualny świat był lepszy.

To nie jest naiwność.

To jest mądrość.

Speaker

Państwo, przypomina nieco talk-show. W wartkiej dyskusji zawartej w dziesięciu księgach, uczestnicy wymieniają się poglądami na najróżniejsze kwestie. Są wśród nich młodzieńcy i ludzie doświadczeni, starsi. Czołową postacią jest Sokrates. W jego usta Platon wkłada wiele kluczowych stwierdzeń odnośnie polityki, społeczeństwa, sztuki i religii. Dzieło zawiera liczne koncepcje i przemyślenia pochodzące zarówno od Platona jak i jego nauczyciela Sokratesa. Często trudno jest jednoznacznie określić ich autorstwo.

Państwo jest napisane w taki sposób, że głębokie i poważne przemyślenia i wywody potrafią zakończyć się nieoczekiwanie ironicznymi wnioskami. Jest to dzieło-wyzwanie, nie oferuje ono łatwych i tanich odpowiedzi. Platon uczy jednak chcących skorzystać z jego mądrości, cennej umiejętności – dążenia do prawdy i rzetelnego analizowania i roztrząsania badanych kwestii.

Proponuję przyjrzeć się internetowi i cyberkulturze, w świetle kilku ważniejszych obrazów, zawartych w najsłynniejszym dziele Ojca Filozofii. Jeśli internetologia, filozofia internetu, cyberteologia i inne dziedziny badające fenomen rzeczywistości wirtualnej, będą umiały skorzystać z rad Platona, uda im się niewątpliwie zrozumieć i opisać zjawisko cyberkultury.

Pierścień Gygesa czyli rzecz o anonimowości

Glaukon – jeden z gości, uczestników uczty, bohaterów dialogu Platona, opowiada historię o pasterzu Gygesie – właścicielu niezwykłego pierścienia:

“Wolność, o której mówię, byłaby wtedy największa, gdyby każdy (…) posiadał taką moc, jaką miał mieć kiedyś Gyges, przodek Lidyjczyka. On był pasterzem i służył u ówczesnego króla Lidii. Kiedy spadł wielki deszcz i przyszło trzęsienie ziemi, pękła ziemia w pewnym miejscu i utworzyła się rozpadlina w tej okolicy, gdzie on pasał owce. On to zobaczył, zdziwił się, zszedł w jej głąb i ujrzał dziwne rzeczy, o których bajki opowiadają, a między innymi i konia z brązu, pustego wewnątrz, który miał drzwiczki. Gyges nachylił się przez nie do środka i zobaczył trupa, który się wydawał nadludzkiego wzrostu. Nie miał na sobie nic, tylko złoty pierścień na ręku. On ściągnął mu ten pierścień i wylazł stamtąd na górę.
Kiedy pasterze odbywali swoje zebranie zwyczajne, jak co miesiąca, aby królowi donieść, co się dzieje z trzodami, przyszedł i on i miał pierścień ze sobą. Więc kiedy siedział pomiędzy innymi, obrócił przypadkiem nasadę kamienia ku sobie, ku wnętrzu dłoni. Kiedy się to stało, zrobił się niewidzialny dla siedzących przy nim; oni zaczęli rozmawiać tak, jakby go nie było. Zdziwił się i znowu namacawszy pierścień, obrócił nasadę kamienia na zewnątrz. Jak tylko ją obrócił, zrobił się widzialny. Zauważywszy to zaczął doświadczać swego pierścienia, czyby miał taką siłę i czyby mu się udawało, obracając nasadę kamienia ku środkowi, stawać się niewidzialnym, a jeśli na zewnątrz – widzialnym. Stwierdziwszy to, natychmiast się postarał, żeby go wśród posłańców wyprawiono do króla. Poszedł tam, żonę królowi uwiódł i razem z nią zamachu na króla dokonał. Zabił go i tron po nim objął”. (Państwo II, III).

Anonimowość jest jednym z istotnych elementów wpływających na komunikowanie w internecie. Oczywiście jest to anonimowość względna. Internauci są anonimowi względem siebie nawzajem, ich tożsamość nie jest natomiast tajemnicą dla administratorów sieci. Rzecz jasna najistotniejszy dla przeciętnych użytkowników jest fakt, że inni uczestnicy CMC nie wiedzą kim są, nie mają dostępu do ich prywatności.

Czy tak naprawdę jest anonimowość potrzebna? Kiedy i do czego jest najczęściej używana? Sposób wykorzystywanie anonimowości zawsze świadczy o klasie i charakterze interenauty. Gyges skorzystał z możliwości pierścienia w sposób najgorszy z możliwych.

Czemu internauci chcą nie tylko korzystać z możliwości ukrywania się, ale także przybierać sieciowe maski? To jest tak naprawdę najważniejsze – anonimowość to drzwi do swobody udawania kogoś innego. Czemu aż tak wielu ludzi, zwłaszcza dorosłych, ma tak ogromną potrzebę wirtualizowania się, stania fikcyjną postacią? Wydaje się, że to przybieranie póz i odgrywanie ról, opisywane przez osoby badające sieć może być ukazywanie z pominięciem jednego, dość ważnego aspektu. Sieciowe osobowości mogą odzwierciedlać ważne elementy autentycznych osobowości, nie muszą być tak fikcyjne jak się na pierwszy rzut oka może wydawać.

Podobnie jak w przypadku Gygesa, poznanie właściwości pierścienia było wstępem do badań nad jego możliwościami, które w końcu doprowadziły go do momentu, w którym dokonał zamachu na króla i przejął władzę. Czy fakt, że mógł działać będąc niewidzialnym, zupełnie swobodnie i bez zahamowań sprawił, że Gyges stał się kimś innym? Wydaje się, że nie, po prostu umożliwił mu działania, które dotąd były poza jego zasięgiem. Pierścień nie zmienił charakteru Gygesa, ale pokazał cechy, które do momentu gdy zaczął go używać nie były widoczne. Wielu ludzi zaczynających swoją przygodę z internetem jest w sytuacji przypominającej przygody tego lidyjskiego pasterza.

W Państwie Platona uczestnicy dyskusji stwierdzają, że ze względu na ludzką słabość, pierścień dający niewidzialność byłby bardzo niebezpiecznym narzędziem. Ich zdaniem - dla idealnego państwa oznaczałby koniec.

Internauci mają w swoich rękach taki pierścień. Jakie państwo zbudują?

Eiren

Jak zauważył S. Czarnowski, bohater uosabia podstawową wartość społeczną, jest wyrazicielem idei, wokół której zbiorowość organizuje swoje życie, do której dąży. “Społeczność bez bohatera pozbawiona jest najistotniejszego wymiaru, ponieważ stanowi on zazwyczaj duszę wspólnoty.” Z twierdzenia takiego można wysunąć wniosek o swoistym zapotrzebowaniu społeczeństwa na określony typ bohatera i spontanicznej kreacji znanej postaci według określonego wzorca, schematu. W wypadku księżnej Walii był to proces, który można by określić mianem samorzutnej “kanonizacji”. Ludzie chcieli widzieć w niej świętą i nieistotne były fakty z jej życia - stanowiły one bowiem podatny grunt dla działalności mitotwórczej. To na ich podstawie powstał kult, który ma wszelkie znamiona kultu świętych, aczkolwiek, włączony w obręb kultury masowej, poddany został skomercjalizowaniu. Oto bowiem w sklepach Wielkiej Brytanii pojawiły się specyficzne “relikwie”, czyli wszelkiego rodzaju pamiątkowe przedmioty powiązane z księżną lub ozdobione jej wizerunkiem: koszulki, kasety z jej ulubioną muzyką, lalki prezentujące jej stroje, całe serwisy z podobizną Diany, łyżeczki, naklejki i wiele, wiele innych.

Jak pisze G. van der Leeuw: “Zarówno kult relikwii, jak i angloamerykańskie uganianie się za pamiątkami, mają tę samą przyczynę. W jednym i w drugim wypadku chodzi o kontakt z mocą czegoś niezwykłego, osobliwego. Ten osobliwy przedmiot musi pochodzić od kogoś, kto jednak pozostaje niejako na drugim planie, a może to być zarówno katolicki święty, jak i Napoleon, czy też gwiazda filmowa.”

W tym współczesnym kulcie nie brak także pielgrzymek do grobu “świętej Di”. Należy przy tym zauważyć, iż stopień komercjalizacji osiągnął w tym wypadku swoje apogeum. Rezydencja Althorp została przystosowana przez jej właścicieli do potrzeb licznych odwiedzających: na miejscu urządzono kawiarnię, sklep z pamiątkami, wystawę, parkingi, a nawet miejsce do pikniku (picnic area), które to atrakcje dostępne są oczywiście za niemałą sumę 9,50 Ł (tyle samo, ile kosztuje zniżkowy bilet do londyńskiego Tower). Co prawda grób Diany można zobaczyć tylko z daleka, z brzegu jeziora, na którym znajduje się wyspa, ale liczba odwiedzających wcale się przez to nie zmniejsza. Zgodnie z informacjami zamieszczonymi w Internecie, cały dochód z biletów przeznaczony jest na Princess Diana Memorial Fund.

Cele charytatywne przyświecają również producentom płyt i kaset ze słynnym przebojem Eltona Johna “Candle in the Wind”. Jest to, jak wiadomo, nowa wersja skomponowanego wcześniej utworu, napisanego z okazji śmierci innej bohaterki masowej wyobraźni - M. Monroe. Piosenka została odpowiednio przystosowana do potrzeb chwili, zaś fakt iż stała się elementem oficjalnych, religijnych uroczystości pogrzebowych nobilituje ją niemal do rangi swoistej “Pieśni o Dianie”, pop-elegii o quasi-świętej.

Kolejnym elementem współtworzącym kult Diany jest jej swoista “hagiografia”. Łatwo zaobserwować, iż od momentu, gdy mieszkańcy nie tylko Wysp Brytyjskich, ale także całej globalnej wioski wyrazili swój smutek, zmienił się medialny wizerunek księżnej. Prasa w odpowiedzi na okazane przez społeczeństwo uczucia, stworzyła - a może należałoby powiedzieć odtworzyła istniejący już wcześniej - produkt zgodny ze społecznym zapotrzebowaniem: postać świętej.

Życie Diany przedstawiono w licznych publikacjach niemal zgodnie ze schematem, według którego tworzono w średniowieczu żywoty świętych. Obecne są w nich wszelkie elementy, takie jak prolog od autora, opis narodzin i młodości, małżeństwa, cudów i dobrych uczynków, prześladowań i wreszcie męczeńskiej śmierci. Zaadaptowane odpowiednio do potrzeb współczesnego czytelnika, stały się kategoriami, według których powstała legenda Diany. Każdy fakt z jej życia został poddany obróbce i umieszczony w schemacie narracyjnym. I tak nieudany związek z Karolem, utarczki z królową, czy kłopoty z fotoreporterami zamieniły się w cierpiętnictwo księżnej. Jej praca charytatywna uległa przekształceniu w poświęcenie się dla dobra ludzkości, zaś tragiczny wypadek w tunelu Alma to nic innego, jak męczeńska śmierć. Pojawiły się nawet relacje mówiące o cudach uczynionych przez Dianę: podobno kobieta dotknięta przez nią w szpitalu ozdrowiała, dziewczynka, którą odwiedziła, poczuła się lepiej i mogła wstać z łóżka itd., itp. Ludzie widzieli w niej świętą i wyrażali to w bezpośredni sposób. Nie może już chyba zatem dziwić, a nawet szokować rzeźba wystawiona w Liverpool’s Art Gallery, przedstawiająca Diana jako… Matkę Boską! Według słów jednego z katolickich biskupów jest rzeczą zupełnie naturalną, iż wyobrażenie Madonny przybiera różne formy. “Porównania jej życia z Lady Di są zrozumiałe, choć z pewnością mocno uproszczone.” - twierdzi.

Diana była jednakże porównywana najczęściej z inną postacią, z którą w rzeczywistości miała niewiele wspólnego - z matką Teresą z Kalkuty. Sama została w ironiczny sposób nazwana przez prasę “matką Teresą z Londynu” bądź “Teresą w kreacji Versace”, które to określenia ukazywały najpełniej dzielące je różnice. Niemniej jednak zaistniały czynniki, które sprawiły, iż fakty z życia obu tych kobiet ustąpiły miejsca wspólnej legendzie. Trudno znaleźć dwa życiorysy tak od siebie różnych osób. Co bowiem może łączyć piękną, młodą księżniczkę ze starą, drobniutką, pomarszczoną zakonnicą z Indii? Niewątpliwie narzuca się odpowiedź, iż była to praca charytatywna. Co prawda wymiar ich działalności nie może być nawet w przybliżeniu porównywalny - to, co zrobiła dla biednych, umierających i cierpiących matka Teresa, stanowi o wiele więcej niż dobroczynne przedsięwzięcia księżnej Walii. “Księżna nie mogła stać z boku. Musiała działać. Nieść pomoc i ukojenie. Tak, jak matka Teresa z Kalkuty, która zmarła w kilka dni po wypadku Diany - nie zdążyła pomóc wszystkim nieszczęśliwym ludziom.” Fakt, iż ich śmierć nastąpiła w przeciągu zaledwie paru dni, a obie spotykały się kilka razy w Indiach, spowodował zatarcie różnic pomiędzy nimi w kolektywnej świadomości.

Według E. Cassirera w myśleniu mitycznym każde czasowe lub przestrzenne sąsiedztwo dwóch rzeczy ustanawia między nimi powiązania, a nawet związek przyczynowo-skutkowy . Należy również dodać, iż stworzona przez matkę Teresę idea “Łańcucha miłości” złożonego z osób, które na całym świecie ofiarowują w intencji dobra swoje własne cierpienia, pasowała także do Diany. Nadanie sensu cierpieniu poprzez poświęceniu go innym to motyw, który często pojawiał się w wypowiedziach dotyczących księżnej. “Żeby inni nie cierpieli, sama cierpieć musisz” - te słowa skierowała podobno do Diany misjonarka z Kalkuty. Nic zatem dziwnego, iż pośród wpisów internetowych pojawiają się i takie, które łączą ze sobą postacie tych dwóch kobiet. Czasami trudno wręcz powiedzieć, które z nich pochodzą ze stron poświęconych Dianie, a które z witryn dotyczących Teresy.

W świetle powyższych faktów prawdziwe staje się spostrzeżenie, uczynione jeszcze w XIX wieku przez jednego z pierwszych psychologów zajmujących się tematyką społeczną: “Chociaż władcy dusz ostatnich wieków nie posiadają świątyń, to jednak mają oni swoje posągi i obrazy, a cześć dla nich bardzo mało się różni od czci z wieków ubiegłych.” Jak widać w kulcie Diany nie brak żadnych elementów, które konstytuowały niegdyś wizerunek świętego: są tu obecne relikwie i pielgrzymki, pieśni i dary wotywne, legenda i cuda. A wszystko to ujęte we współczesne ramy, dostępne za pomocą Internetu.

W taki właśnie sposób przedstawia się obraz Diany, jako bohatera kultury masowej. Jak już to zostało pokazane istnieje znacząca różnica pomiędzy nim, a bohaterem mitycznym. W wizerunku tego drugiego obecna jest pewna forma transgresji - stoi on bowiem na granicy dwóch światów. Jako że w większości przypadków jest to osoba nieżyjąca, można dojść do wniosku, iż to śmierć jest tym obrzędem przejścia, czyniącym z człowieka bohatera. Śmierć bowiem to nie tylko inny wymiar, ale przede wszystkim inny czas. Życie herosa jest już dokonane, ujęte w ramy narodzin i odejścia, ramy, które są jednakie dla wszystkich ludzi. Jego czyny, przygody i przeżycia były zapewne niezwykłe, ponadludzkie, jednakże śmierć jest ostatecznym potwierdzeniem, iż jest on jednym z nas. Oddalonego i obcego poprzez swoje życie, śmierć znów przywraca temu, co swojskie, wspólne, znane. Bohater, jako byt stojący na pograniczu, przeciwstawia się zarówno zastanemu porządkowi społecznemu, jaki i boskiemu, częstokroć walczy ze swoim przeznaczeniem, łamie przyjęte normy, czasami - w imię sprawy - zbacza z dobrej drogi. Jego śmierć również jest niezwykła - zazwyczaj poprzedzona przepowiednią, złym znakiem lub wręcz zapowiedziana przez samego herosa. Ma ona jednak dwie podstawowe cechy: zawsze służy jakiemuś celowi (bywa ceną za jego osiągniecie), jednocześnie zaś potwierdza ambiwalentny wizerunek bohatera. Czyniąc go na powrót ludzkim, umieszcza jego postać w sakralnym wymiarze rzeczywistości, do ludzi już nie należącym. Według S. Czarnowskiego bohaterem może być tylko człowiek, który uczestniczy równocześnie w naturze boskiej i ludzkiej, uczłowieczony bóg. Zatem w obrazie bohatera mitycznego pojawia się także element świętości, rozumiany oczywiście nie jako kategoria etyczna, czy moralna. Zgodnie z nimi bowiem jest on buntownikiem, outsiderem czy wręcz grzesznikiem. Jego świętość to pojęcie w zupełności numiotyczne, polegające na styczności, lecz niecałkowitej przynależności do odmiennego porządku.

Aby człowiek mógł zostać w pełni uznany za bohatera, konieczne są pewne przekształcenia i deformacje jego wizerunku zgodnie z wymogami mitu. Dlatego też jego postać jest niemal całkowicie wyobrażeniowa. Zazwyczaj brak jest związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy jego życiem, a legendą. W procesie kształtowania opowieści bohaterskiej fakty zostają poddane odpowiedniej przeróbce, tak, aby dostosować je do archetypicznego modelu. Zarówno S. Czarnowski, pisząc o św. Patryku, jak i C. Jędrzejewiczowa, przedstawiając legendę św. Cecylii, podkreślają, iż kwestia realności samego bohatera i prawdziwości jego historii nie jest istotna z punktu widzenia mitu. Opowiada on bowiem wydarzenia w taki sposób, w jaki powinny się były rozegrać, aby spełnić swój mityczny cel, obojętne czy będzie to przywrócenie porządku świata, czy walka z siłami zła. Przy przekształceniu postaci historycznej w archetyp, widać w jaki sposób następuje redukcja cech indywidualnych do wzorcowych. Według słów M. Eliadego: “Naśladowanie archetypów zdradza niejaką niechęć do historii osobistej i niejasne dążenie do przekroczenia lokalnego, prowincjonalnego momentu historycznego…” Zgodnie z takim rozumieniem historii bohaterskiej prawdziwe jest motto niniejszego rozdziału: mit jest faktycznie ostatnim stadium przekształcania realnej postaci w herosa. Jednakże, patrząc od drugiej strony, sytuacja taka nie miałaby miejsca, gdyby nie istniała wcześniejsza potrzeba mityczna, ów ogólny model, do którego sprowadza się postać, czyniąc ją bohaterem, ogólnoludzka tendencja: “dążenie do przekształcania egzystencji w paradygmat”. O powstaniu bohatera decyduje więc pewien mechanizm mający stricte mityczne podłoże. Jak twierdzi R. May, bohater to żywy mit wcielony w czyn, realizacja i potwierdzenie tego mitu.

Wychodząc od losów zmarłej księżnej, poprzez uogólnienie wniosków płynących z materiałów źródłowych i analizy etnolingwistycznej użytego w nich języka, dochodzi się więc do stwierdzeń o bardziej teoretycznym charakterze. Twierdzeń, które być może wydają się banalną konstatacją na gruncie antropologii, a które jednak są potwierdzeniem, iż także dziś, w epoce, w której króluje ponoć stereotyp i zdegradowane zostały mity, trwają nadal i trwać zapewne będą potrzeby, które są ich siłą sprawczą.

“Dopóki więc będzie istniała wśród ludzi potrzeba szukania wzorców i idei, wartości takich jak dobro, sprawiedliwość, miłość, a nawet zaspokajania ambicji i chęć dominacji - dopóty będą istniały przesłanki do myślenia mitycznego.”

Drugie widzenie nowego Matrixa. Inne. Świeższe. Lepsze. A więc stało się – po ponad dwóch tygodniach od pierwszego obejrzenia, wybrałem się na Matrix:Reaktywacje ponownie. Tak na dobrą sprawę, to moje generalne uwagi do filmu zawarte zostały w pierwszych dwóch wersach tego tekstu. No, ale można też przekazać kilka szczegółowych

Tak na najbardziej ogólnym planie, Reaktywacje kojarzyły mi się z Szekspirem. Nie, nie… to nie pomyłka… Reaktywacje mogą być czytane właśnie z tego punktu ujęcia. Punktem wyjścia byłaby dla mnie Tragedia Makbeta - IMHO najbardziej interesujący pod względem nośności pojęć przypadku, losu, przeznaczenia z jego dramatów. Pamiętam cały czas podstawowy dla mnie problem z Makbeta: gdzie przebiega granica między wolną wolą a przeznaczeniem, gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie? Czy Szekspirowskie trzy wiedźmy były zaczątkiem klęski Makbeta, czy też mimo ich przepowiedni miał jeszcze szansę na uczciwe spełnienie swego losu? Jasne, kwestie te są nierozwiązywalne. Ale dlaczego o tym w tym miejscu mówię?

Ano dlatego, że – przynajmniej dla mnie – podstawową kwestią pojawiającą się w Reaktywacjach jest problem Wyboru, Zasady Przyczynowości. Rzecz na dobrą sprawę zaczyna się u Merowinga (nawiasem mówiąc, dlaczego Merowing? Pierwsza dynastia średniowiecznej Europy? Zgnuśnienie i upadek w końcu tej linii?), gdzie po raz pierwszy pojawia się w filmie poważny problem wyboru. Merowing prezentuje głęboko fatalistyczne podejście do świata. Nie dziwi to jednak, skoro jest on programem komputerowym i brak u niego takich fundamentalnych dla ludzkości cnót jak Wiara, Nadzieja czy Miłość. Ze słów jego małżonki (Persefona) wynika, że takie cyniczne i fatalistyczne podejście nie było mu właściwe od początku. Jak mówi do Neo kiedyś był inny. Taki jak ty. Czyżby przemiana Merowinga była jeszcze jednym potwierdzeniem tezy, że władza upodla? Wyrocznia wyraźnie mówi w rozmowie z Neo A czegóż chce władca? Wiecej władzy…. Słowem-kluczem w ustach Merowinga jest jednak para Przyczna-Skutek. Posługuje się on tym wytrychem w celu realizacji swoich zachcianek, dobudowując ideologię do późniejszych swoich czynów, a nie biorąc pod uwagę swojej sprawczej roli jako inicjatora tychże.

Wątek Przyczyny i Skutku rozwijany jest dalej wraz z postacią Klucznika. On także istnieje dla jakiegoś celu – funkcjonuje wykonując pewne zadanie w oczekiwaniu na nieuchronne. Także jego wizja świata jest mocno fatalistyczna, jednak w odróżnieniu od Merowinga, nie delektuje się on swoją władzą (stwarzaną przez posiadane przez siebie Klucze). Nie sposób nie zauważyć kontrastu między pysznym i dumnym białym Merowingiem, a obowiązkowym i skromnym żółtym Klucznikiem. Obaj reprezentują jakby dwie strony tej samej monety. Z jednej strony jest pogarada dla innych reprezentowana przez rasę białą, z drugiej buddyjskie i bliskie zen, spokojne podejście rasy żółtej. Fatalizm Klucznika jest zupełnie innej natury niż Merowinga. Dostrzec można w nim charakterystyczną dla herosów kulturowych obowiązkowość, poczucie misji i lekceważenie dla sprawy własnego interesu. Nie przez przypadek, jedne z ostatnich słów wypowiadanych przez Klucznika brzmią: Nie przejmuj się. Tak miało być. Wziąwszy pod uwagę, że wypowiadane są one przez umierającego człowieka, są dowodem jego wielkiej godności w obliczu pewności śmierci oraz życia z brzemieniem wiedzy o własnym końcu.

Trzecim momentem gdzie dyskutowany jest problem Wyboru, Losu i Wolnej Woli jest spotkanie Neo z Architektem. Ponieważ jednak uważam, że rozmowa ta jednym z dwóch kluczy do zrozumienia filmu (drugim jest spotkanie z Wyrocznią), zarówno Architektowi jak i Wyroczni poświęcony zostanie osobny tekst i to już niebawem.

Next Page »