filozofia


Już od kwietnia tego roku prowadzony jest przez grupę miłośników internetu (i kultury open source) skupionych wokół Justyny Hofmokl i Alka Tarkowskiego projekt pod nazwą Free Culture po polsku. Zachęcam do wizyty na stronie projektu, dla leniwych zaś, którzy przed kliknięciemi chcieliby dowiedzieć się czegoś wcześniej, uprzejmie wyjaśniam iż rzecz tyczy polskiego przekładu ksiażki Lawrenca’a Lessiga - “Free Culture”.

Nie chcę pisać tutaj o samej książce, której - trochę wstyd się przyznać - po prostu nie znam. Zachęcając do udziału w projekcie zakładam, że nazwiska osób zaangażowanych w jej tłumaczenie oraz nazwisko Lessiga, a także to z czym miałem okazję zapoznać się dotychczas na stronie Projektu, są wystarczającą gwarancją rzetelności projektu.

Na marginesie niejako, chciałbym zwrócić uwagę na fenomen rozszerzania się ruchu open source’owego na dziedziny dotychczas zarezerwowane dla “klasycznego” sposobu prowadzenia interesów czy pojmowania własności intelektualnej. Nie posiadam wykształcenia prawniczego, a moja wiedza w tej dziedzinie jest - euremistycznie rzecz ujmując - bardzo skromna, jednak w wizji działania Creative Commons dostrzegam te same elementy, które przesądziły o sukcesie najpierw oprogramowania typu freeware, a potem zaowocowały ruchem open source. Odnosząc to do internetu, zwraca uwagę fakt, że zmiany te zostały spowodowane przez rozpowszechnienie się sieci, ze swym sprzyjającym otwartości i zachęcającym do kreatywności - podejściem. Wydaje się, że nic lepiej nie wskazuje na otwartość sieci i głębokie, wewnętrzne nastawienie jej aktywnych tworców-użytkowników na dzielenie się swymi pomysłami/realizacjami z innymi, niż poświęcanie czasu na realizację tego typu projektów.

Odnosząc tę kwestię do teorii ekonomii, wskazać można wyraźnie na internet i zgrupowaną wokół niego kulturę, jako na klasyczny przykład dobra publicznego. Pod pojęciem dobra publicznego rozumiem za Beggiem takie dobro, które będąc konsumowane przez jedną osobę może być jednocześnie konsumowane przez przez innych ludzi [Begg, Fisher, Dornbusch 1993:467]. Oczywiście można zarzucić takiemu podejściu brak realizmu i oparcie się o technologiczne wizjonerstwo - wszak korzytanie z serwerów w jakimś stopniu ogranicza możliwości innych konsumentów do czynienia tego samego, jednak przy wzięciu pod uwagę skali sieci, byłoby to reductio ad absurdum. Wskazując na zjawisko ruchu open source, czy szerzej na rolę internetu, nie sposób nie spostrzec wyraźnie widocznego zjawiska efektu zewnętrznego, czyli wpływu decyzji jednostki o produkcji (lub konsumpcji) na produkcję (konsumpcję) innych osób, przy założeniu abstrahowania od mechanizmu cenowego. W przypadku polskiego tłumaczenia Free Culture, dodatnim efektem zewnętrznym będzie rozpowszechnienie wśród polskich użytkowników internetu koncepcji Lessiga, co skutkować może np. lepszym zrozumieniem kwestii potrzeby uwolnienia (przynajmniej w części) praw autorskich czy zwyczajnej wymiany idei.

Powyższe “rozważania” traktować należy z dystansem, doświadczenie uczy bowiem, że teoria ekonomii nie cieszyła się nigdy wielki zainteresowaniem ;-) Uwagi te nasunęły mi się jednak same, a pięć lat studiów ekonomicznych zostawiło ślad (noblesse oblige ;)

Tych którzy dotarli do końca, raz jeszcze zachęcam do wizyty na stronie projektu Free Culture.pl.

Literatura:

Begg D., Fisher St., Dornbusch R., Ekonomia, t.1, 1993.

cyberbadacz

Wstęp

Tematyka społeczności internetowych jest bez wątpienia jedną z najpopularniejszych wśród „cyberstudies”. Możliwość tworzenia wspólnot w warunkach znacząco różnych od tradycyjnych stała się dla badaczy łakomym kąskiem. Jako, iż nie jest moim celem teoretyzowanie na ten temat ograniczę się tylko do najważniejszych stwierdzeń. Internet jest narzędziem, które umożliwia skupienie ludzi wokół jakiegoś tematu, problemu, idei czy też czegokolwiek co da się jakoś określić i będzie w stanie przyciągnąć zainteresowanych. Narzędzie to umożliwiać może na różne sposoby komunikację, jak listy dyskusyjne, fora dyskusyjne, tablice ogłoszeń, bazy danych adresów emailowych czy czaty. Rodzaj zastosowanego narzędzia determinuje w jakimś zakresie przyszłe relacje, jaki e wytworzą się pomiędzy internautami skupionymi wokół określonego miejsca w sieci. Dla przykładu można porównać fora dyskusyjne moderowane i niemoderowane. Moderatorzy (admini) mają wpływ na wiele spraw związanych z funkcjonowaniem strony, np. z tym które wypowiedzi nie ukażą się na ekranie monitora uczestników. Stają się centralnymi osobami w tym miejscu sieciowym, dobre relacje z nimi mogą przynosić korzyści szeregowym uczestnikom, admini mogą dokooptowywać spośród nich współpracowników. Złe relacje, wynikłe np. z łamania przyjętych norm, to na ogół kłopoty, włącznie z wykluczeniem ze społeczności. Tak tworzy się struktura – jeden z elementów niezbędnych według socjologii by można mówić o tradycyjnej grupie czy społeczności. Wymieńmy je może wszystkie, by mieć je w pamięci w czasie naszej obserwacji. Podaję za Janem Turowskim: zbiór osób, wartości wspólnogrupowe, więź społeczna w grupie, organizacja wewnętrzna grupy (struktura) oraz komunikacja i łączność w grupie. Wszystkie te elementy należy próbować obserwować grupie, którą zamierza się badać, by móc w konsekwencji stworzyć jej obraz. Terminy wydają się jednoznaczne, nie będę ich więc definiował, powrócą w analizie społeczności graczy giełdowych.

Bankier.pl

Naszą obserwacje należy zacząć od pytania, co sprawia iż w ogóle możemy mówić o zbiorze osób, elemencie konstytutywnym dla każdej społeczności. Bankier.pl, Polski Portal Finansowy jest rozbudowaną, profesjonalną witryną poświęconą zagadnieniom ekonomicznym. Oto jak sam siebie określa Lider wśród internetowych serwisów finansowych:

· 257 tys. zamożnych czytelników miesięcznie, blisko 74 tys. tygodniowo
· 3,727 mln odsłon stron miesięcznie
· Mamy bazę mailingową 45 000 bogatych użytkowników
· Wysoka skuteczność reklam na Bankier.pl
· Jeden z najlepszych profili użytkownika w polskim internecie
· Newsletter Dziennik Bankiera dociera codziennie rano do 18 000 osób
· Wysoka sprzedaż produktów finansowych przez Centrum Finansowe - platforme transakcyjną portalu
· Zarządzamy portalami Bankier.pl i Eurobankier.pl

Przedstawia ciekawe i obszerne dane składające się na profil użytkownika portalu według wieku, płci, wykształcenia, dochodów, wielkości miasta, zawodu oraz sposobów korzystania z Internetu - http://www.bankier.pl/info/uzytkownicy.html . Uproszczony obraz to: mężczyzna, w wieku produkcyjnym, mieszkaniec miasta powyżej 100 tys. mieszkańców, z wyższym wykształceniem, z zarobkami powyżej 3 tys. PLN, posiadający stałe i szybkie łącze internetowe, dyrektor, menedżer, specjalista lub przedsiębiorca, kupuje lub zamierza coś kupić w sieci. Dodajmy jeszcze, iż portal powstał w czerwcu 2000r. a większość udziałów w Bankier.pl.S.A. posiada notowana na giełdzie spółka MCI funkcjonująca na styku marketingu i technologii informatycznych.

Działem portalu, który interesować nas będzie najbardziej jest giełda, poddział działu inwestowanie - http://www.bankier.pl/inwestowanie/gielda/ . Ekran podzielony jest na 3 kolumny. Po lewej stronie odnajdujemy liczne odnośniki do narzędzi inwestycyjnych, adresów biur maklerskich, analiz, notowań oraz podstawowe statystyki aktualnej sesji giełdowej. Prawa strona to wykresy indeksu WIG-20 (20 największych spółek na GPW), kontraktów terminowych na ten indeks (futures), wykres indeksu zagranicznego (DAX lub NASDAQ) oraz wartości podstawowych indeksów krajowych i zagranicznych. Centralną kolumną jest część środkowa, która zorganizowana jest w grupy newsów, kliknięcie których pozwala na zobaczenie całej wiadomości jak i komentarzy do niej oraz umożliwia zamieszczenie własnego komentarza. Nas interesuje grupa newsów: komentarze z rynków finansowych, umieszczona na samej górze. Jednocześnie pojawiają się cztery najświeższe newsy. Podzielone są na kilka rodzajów: dotyczące rynku akcji, rynku futures (kontraktów terminowych) one pojawiają się najczęściej, co kilkadziesiąt minut, oprócz tego są komentarze dotyczące rynku walut, sytuacji na świecie (rano, przed sesją) czy też sygnał systemu (omówimy później). Autorem tych komentarzy jest analityk Paweł Rejczak, którego zdjęcie widnieje obok newsów. Paweł Rejczak w uzasadnionych przypadkach, czasem wywołany przez internautów zabiera głos w komentarzach do wiadomości. Jedyna kategorią newsów w dziale giełda, której każdy nowy post przyciąga od kilku do kilkudziesięciu (a nawet więcej) komentarzy użytkowników jest rynek futures. W innych kategoriach newsów komentarze są sporadyczne i z tego powodu nie mają szans na wytworzenie więzi i w konsekwencji społeczności użytkowników.

Giełda i rynek futures – podstawowe informacje

Nagromadziliśmy już wystarczającą ilość pojęć, a w dodatku czekają nas nowe, by poświęcić parę akapitów na wyjaśnienie podstaw funkcjonowania rynku kontraktów terminowych ( w skrócie futures) na Giełdzie Papierów Wartościowych (GPW) w Warszawie. W przeciwnym wypadku język uczestników forum może być dla nas niezrozumiałym bełkotem, jakim był dla autora tego artykułu przez pierwsze tygodnie jego obserwacji. Kontrakty w odróżnieniu od akcji nie są papierami wartościowymi tylko tzw. instrumentami pochodnymi. Z akcjami sprawa jest prosta, kupujemy „papier” i w zależności od tego czy jego kurs rośnie czy spada zarabiamy lub tracimy dokładnie tyle o ile zmienił się kurs minus prowizja dla biura maklerskiego (w przypadku zleceń przez Internet to około 0,5%). W przypadku kontraktów terminowych nie kupujemy „papieru” tylko „zakładamy się” o jego wartość w przyszłości. Zresztą możemy zakładać się nie tylko o wartość danej akcji (w Polsce kontrakty terminowe są dostępne dla akcji kilku największych firm) ale też indeksów i np. najpopularniejszym wśród graczy indeksem na rynku futures jest indeks WIG-20. Gracze „kupują” lub „sprzedają” kontrakt po umownej cenie mnożąc punkty indeksu razy złotówki. Transakcja kupna zwana w slangu długą pozycją - longiem (zajęciem długiej pozycji) to zobowiązanie się do „kupna” indeksu po danej cenie w określonym czasie w przyszłości, zaś sprzedaży zwana krótką pozycją - shortem to zobowiązanie się do „odsprzedania” w określonym czasie indeksu po cenie w jakiej zawarło się transakcje. Innymi słowy posiadacz długiej pozycji zarobi tylko wtedy gdy indeks WIG-20 wzrośnie, zaś krótkiej wtedy gdy spadnie. To pierwsza bardzo ważna cecha kontraktu terminowego, tutaj inaczej niż w przypadku akcji, zarabiać można także na spadkach. Jest to korzystne dla funkcjonowania giełdy gdyż nie parkiet nie „wyludnia się” w czasie bessy. Czas życia kontraktów to 3 kwartały, są więc 4 serie kontraktów, każda oznaczona inną literą, w każdej chwili na rynku są w obrocie 3 serie, ale co zrozumiałe największe obroty (ponad 90%) skupiają się na serii, która rozliczana będzie w tym kwartale. Przywiązanie danej serii do konkretnej daty nie oznacza rzecz jasna, że kontraktu nie można zrealizować wcześniej (zamykanie pozycji czyli zawarcie transakci przeciwstawnej) by cieszyć się zyskami lub ograniczyć straty. Można i bardzo duża część graczy kilkakrotnie zajmuje przeciwstawne pozycje (obraca się) w trakcie jednej sesji. Jest to tzw. daytrading i taki właśnie horyzont czasowy jest najpopularniejszy wśród uczestników społeczności graczy na stronie Bankier.pl. Kontrakty różnią się od akcji jeszcze w jednej istotnej rzeczy, posiadają w sobie tzw. mechanizm dźwigni finansowej. Co to oznacza? Ano tyle, że jeśli wartość kontraktu ustala się przez pomnożenie jego wartości w punktach (przyjmijmy, że jest to 1500 punktów), nie znaczy to, że gracz na jeden kontrakt (sprzedany lub kupiony) wyłożyć musi 15000 PLN. Wpłaca on jedynie pewną część (w przypadku Wig-20 to ok. 6-7%), jest to tzw. depozyt, zaś jego zyski i straty nalicza się wobec pełnej kwoty. Oznacza to tyle, że inwestując w kontrakt nieco ponad 1000PLN jeśli wartość jego wzrośnie o 10% to ci którzy kupili kontrakt zarobią 1500 PLN zaś pechowi sprzedający tyle stracą (nie licząc prowizji), czyli przy ruchu cenowym 10% nasze zarobki lub starty przekraczają 100%. Gra na kontraktach terminowych jest grą o sumie zerowej tzn. każdego dnia dla każdej pozycji otwartej jednemu graczowi jest dopisywana kwota x zaś drugiemu taka sama kwota jest odpisywana od rachunku. Jako, że straty mogą odbywać się tu bardzo szybko biura maklerskie zabezpieczają się żądaniem zwiększania depozytu przez gracza nietrafnie obstawiającego dany kontrakt. Stąd lęk przed dopłacaniem do depozytu trwale towarzyszy uczestnikom forum Bankiera, podobnie zresztą jak świadomość, iż fakt, że ktoś tu może coś wygrać oznacza, iż ktoś musi dokładnie tyle stracić. ¦wiadomość ta ma różne konsekwencje w zachowaniu forumowiczów jak choćby takie, że część świadomie okłamuje pozostałych co do zajętej pozycji lub swoich przewidywań co do rozwoju sytuacji by zwiększyć szansę na trafienie na drugą stronę transakcji, jest to tzw. „naganianie”. O kontraktach terminowych powstają książki, ciężko więc odsłonić ich tajemnice w paru akapitach, mam nadzieję jednak, że ten szkic pozwoli na zrozumienie choć w najogólniejszym zarysie tego co dzieje się na forum.

Rytm dnia na forum

Sesja na rynku kontraktów terminowych rozpoczyna się o godzinie 9, zaś na rynku akcji godzinę później. Obie kończą się o godzinie 16. W trakcie trwania sesji newsy z rynku akcji i futures pojawiają się wielokrotnie, nie rzadziej niż co godzinę, a w sytuacji dużej zmienności rynku częściej. Jak wspominałem żadne inne newsy na tej stronie niż futures, nie są komentowane w ilości, jaka mogłaby prowadzić do nawiązania jakiejkolwiek dłuższej komunikacji, nie mówiąc o wytworzeniu więzi. Dlaczego tak się dzieje? Wynika to ze specyfiki rynku futures, który potrafi przyciągnąć daytraderów – graczy podejmujących decyzję kupna lub sprzedaży kontraktów często kilkakrotnie w ciągu dnia. Wymusza to ciągłe śledzenie ruchów rynku, konieczność ciągłego zadawania sobie pytania o kierunek następnego wybicia i chęć skonfrontowania swoich przemyśleń z przemyśleniami innych osób. Nie bez znaczenia może być również zwykła potrzeba odreagowania emocji, wszak huśtawka nastrojów to na rynku terminowym norma. Tak więc przyjmujemy, iż rdzeniem forum są gracze zajmujący się daytradingiem, to oni powodują, że forum nie zamiera w różnych okresach (zresztą na samej giełdzie podobną funkcję pełnią kontrakty). Fakt, iż na forum „zawsze ktoś jest” przyciąga również inne kategorie graczy, a więc graczy kontraktowych o nieco dłuższym horyzoncie gry oraz graczy na rynku akcji i obserwatorów rynków finansowych pozostających na razie poza parkietem. Dzień inwestora korzystającego z portalu Bankiera zaczyna się około godz. 7 kiedy pojawiają się newsy podsumowujące sytuację na rynku akcji i kontraktów oraz na świecie. O tej porze inwestor zapoznaje się też z zamykającymi się notowaniami na dalekim wschodzie. Pierwsza dyskusja na forum zaczyna się więc zwykle około godz. 7.30 i trwa pod tym newsem do godz. 9, kiedy otwiera się rynek terminowy na GPW. O tej godzinie zaczynają też pracę giełdy w Europie Zachodniej. Następna godzina jest bardzo ważna, po pierwsze inwestorzy zapoznają się z klimatem panującym na zachodnich parkietach, które bardzo często przesądzają o nastrojach w rodzimym „grajdole” jak bywa określana czasem GPW przez forumowiczów. Po drugie zaś godzina ta poprzedza otwarcie na rynku kasowym, a więc również pojawienie się wykresów bazowego indeksu WIG-20 dla najbardziej płynnych kontraktów fw20. Od tej pory dyskusja toczy się wartko przemieszczając się pod kolejne pojawiające się newsy z rynku fw20 do godz. 16, czyli do zamknięcia. Zamknięcie przebiega pod znakiem wpatrywania się w indeksy giełdy nowojorskiej otwierającej się o godz. 15.30. Później, około godziny 17 dodawana jest ostatnia wiadomość z tej kategorii podsumowująca wypadki minionego dnia. Gracze nie powinni jednak tracić czujności, trwają jeszcze notowania w Europie, zaś sesja w USA kończy się dopiero około godz. 22 czasu polskiego. Prawdziwy gracz nie zaśnie spokojnie nie wiedząc jak zakończyły się notowania za oceanem. Dyskusja trwa pod ostatnią wiadomością często do około północny. Podobne w charakterze są dyskusje weekendowe, znacznie bardziej ogólne, często bardziej rozbudowane i próbujące nawiązywać do tego wszystkiego na co brakuje czasu w czasie trwania sesji. Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden typ wiadomości żywo obserwowany przez graczy i często przez nich komentowany – tj. sygnał systemu. Portal Bankier.pl udostępnia graczom wskazania systemu, które podpowiadają graczom jaką aktualnie pozycje należy zająć i określają warunki, które powinny skłonić do odwrócenia pozycji. Gracze widzą też zysk/stratę z aktualnej pozycji oraz efekt działania systemu od początku jego działania. Można przypuszczać, że system ten przyciąga sporą liczbę graczy, zarówno tych jeszcze niepewnie czujących się na parkiecie, jak i starych wyjadaczy chcących skonfrontować swoje poglądy ze wskazaniami systemu. Warto zauważyć, że system daje dobre rezultaty w horyzoncie raczej dłuższym niż jedna sesja (wyłapuje dłuższe trendy, stąd częste tzw. fałszywki w trendach bocznych; co ciekawe ogólna liczba transakcji jest na ogół w większości stratna, za to pozycje zyskowne przeważają w wartościach bezwzględnych, system jest więc w zgodzie z giełdową maksymą: ucinaj straty, pozwalaj rosnąć zyskom – tak było w roku 2003).

Podstawowa charakterystyka użytkowników forum i prowadzonych dyskusji

Wszystkie moje obserwacje przeprowadzałem od wiosny 2003 roku do początków roku 2004 tj. w okresie nieoczekiwanej poprawy nastrojów wśród inwestorów i odreagowania długotrwałego marazmu i spadków na GPW. Są one raczej przymiarką i wprawką niż rzetelnie i rygorystycznie przeprowadzonymi badaniami. Obserwacje te prowadzone były w czasie zaledwie wycinka istnienia forum, w sytuacji gdy żyło ono już przez długi czas swoim życiem. Interpretacja widocznych w tym czasie zmian w życiu forum siłą rzeczy musi być więc niepełna i narażona na błędy.

Dostęp do przeglądania i komentowania wiadomości ma każdy internauta, który trafi na stronę Bankier.pl. Może to uczynić, wybierając jedną z dwóch rodzajów tożsamości: jako zalogowany użytkownik (wcześniej musi się bezpłatnie i w prosty sposób - bez konieczności ujawniania danych osobowych – zalogować) otrzymując przy niepowtarzalnym nicku pomarańczową sygnaturkę. Taką samą sygnaturkę ma użytkownik niezalogowany, z tym, że jej kolor jest szary. Podział na szarych i pomarańczowych jest jednym z bardziej doniosłych na forum i zostanie omówiony osobno. Powiedzmy tylko tyle, że łatwość dodania nowej wiadomości skłania wielu graczy do pisania komentarzy pod różnymi nickami, zwłaszcza tymi szarymi, podszywania się pod znane postaci forum i wywoływania tym samym zamieszania. Nicki nie zawsze są nazwami własnymi, często powstają sytuacyjnie, np. gracz, któremu ostatnio się szczęściło może wystąpić jako zarobiony, ktoś komentujący wypowiedź użytkownika x może się nazwać do x itd.

Najważniejszym problemem na forum, jest znalezienie odpowiedzi na podstawowe pytanie: jaka pozycja (długa czy krótka) w danej sytuacji rokuje większe nadzieje na zarobek. Gracze więc starają się wynajdywać argumenty za jedną lub drugą opcją, motywują innych do zajęcia określonej pozycji, ostrzegają przed radami innych graczy, zarzucając im brak wiedzy lub złą wolę (pamiętajmy, że to gra o sumie zerowej, bym ja mógł wygrać, muszę nie tylko zająć odpowiednią pozycję ale i zawrzeć transakcję z kimś przewidującym przeciwny rozwój wypadków). Tak więc dyskusja tutaj to nieustanne spory pomiędzy bykami (symbolizującymi hossę – a więc graczami przewidującymi wzrosty) a niedźwiedziami (symbolizującymi bessę). Pewna część graczy pozostaje w opozycji do obu zdeklarowanych grup podkreślając, iż z trendem się nie walczy (kopanie się z koniem) i zarabiać należy na każdej dającej zarobić zmianie kierunku notowań.

Historia rozwoju sieci, zwłaszcza ta widziana z perspektywy sieciowych społeczności to historia merytokracji i jej mitologizacji. Szacunek i poważanie na pierwszych forach dyskusyjnych, gdzie rozmawiały osoby zajmujące się tworzeniem sieci i nowymi technologiami zdobywali ci mogący pochwalić się w danej dziedzinie największymi kompetencjami. O podobnym sposobie zdobywania szacunku i zaufania ze strony pozostałych użytkowników można mówić także w odniesieniu do forum Bankiera. Liczne dyskusje, wymiany poglądów i spory wyłoniły rozpoznawalną grupę graczy mogących pochwalić się nieprzeciętną wiedzą w zakresie inwestowania i rynków finansowych, talentami oratorskimi czy choćby poczuciem humoru. Wyraz tego odnaleźć można było w licznych prośbach kierowanych do niektórych „autorytetów” o przysłanie swoich analiz czy też o rozmowę na gg.

Forum nie jest, a w zasadzie nie było – ale o tym później, moderowane. Stąd część graczy pisze z największą swobodą. Sporo jest wulgaryzmów i gwałtownych napaści na współużytkowników. Razem z wiadomościami pełnymi fachowych sformułowań i wypowiedziami nawiązującymi do skomplikowanych teorii tworzy to niepowtarzalny klimat bardzo często podkreślany przez użytkowników jako jedyny w swoim rodzaju.

Szaraki vs pomarańczowi

Obraz forum tworzyć będę poprzez opis konkretnych, najczęściej pojawiających się problemów i konfliktów. Zacznijmy od zasygnalizowanej już kwestii kolorowych tożsamości. Jest ona dostrzegana przez większość użytkowników, choć jak się wydaje w pierwszej połowie 2003 roku problem ten był uświadamiany w większym stopniu przez graczy „pomarańczowych”. To oni podkreślali, że trud „zarejestrowania się” opłaci się dzięki utrudnieniu (choć nie uniemożliwieniu) praktyk wypowiadania się pod wieloma nickami. Problem chaosu i owych niesfornych użytkowników nasilił się mniej więcej w okresie wakacyjnym. Można to wiązać z faktem pojawienia się w mediach tradycyjnych informacji o nowej hossie na giełdzie, która przywiodła na forum sporą liczbę graczy nie zaznajomionych z obowiązującymi tam standardami. Z czasem, świadomość i poczucie własnej tożsamości zaczęło pojawiać się u szaraków. Zaczęli oni wyszydzać mentorski ton graczy pomarańczowych, prowokacyjnie umieszczać posty nie związane z tematyką giełdową czy po prostu obrażać pomarańczowych adwersarzy. Posty takie natychmiast uznane zostały za „zaśmiecanie” forum przez zarejestrowanych użytkowników. Szczególnie wytrwały w „zaśmiecaniu” okazał się jeden (najprawdopodobniej, choć później dołączyli zapewne naśladowcy) z użytkowników, który pod kilkoma nickami (psychiatra, leśniczy, małpa_osioł) zamieszczał długie wypowiedzi poruszające np. kwestie budowy żeńskich narządów płciowych, poszukiwania punktu G u partnerki, podstaw jogi i medytacji oraz wielu innych. Wywołało to oburzenie wielu graczy, także szarych i nawoływanie do jakiejś zmiany. Niemała grupa jednak, stanęła w kontrze do „mentorów”, oskarżając ich o dążenie do cenzury i politycznej poprawności. Sytuacja osiągnęła swoje apogeum pod koniec 2003 r. Wtedy to spora część najbardziej rozpoznawanych graczy pomarańczowych postanowiła opuścić forum. Sytuacja stała się groteskowa. Przez jakiś czas, na forum 80% tekstów stała się malowniczym acz nie związanym z giełdą bełkotem. Dyskusja bez najbardziej doświadczonych użytkowników o rozpoznawalnych „osobowościach” straciła zdaniem wielu rozmach i jak podkreślała część graczy, przydatność. Wielu użytkowników, którzy dotychczas jedynie czytali komentarze na forum, czerpiąc z nich praktyczne wskazówki od bardziej doświadczonych traderów, postanowiła się ujawnić i dać wyraz swojemu przywiązaniu do dawnego stanu forum. Pojawiły się głosy, iż pomarańczowi gracze poszli po najmniejszej linii oporu opuszczając sieciowe miejsce, o którego charakterze kiedyś decydowali. Zaczęto dyskutować wokół kwestii na ile „miejsce” takie jak forum, można lub trzeba traktować jako dobro wspólne, o które należy dbać. Niektórzy nazwali to zdradą, mając na uwadze, iż ta kategoria graczy poradzi sobie z zaistniałą sytuacją tworząc gdzieś indziej miejsce do wymiany poglądów (najbardziej rozpoznawani gracze znali swoje adresy emailowe oraz numery komunikatorów, kontaktując się również poza forum), tym razem skrzętnie zabezpieczając je przed wtargnięciem nieproszonych gości. Uderzyło to w jeden z najpowszechniejszych mitów entuzjastów Internetu, a więc równości w dostępie do informacji i opozycji do realnego świata z jego podziałami i elitami. Ci którzy byli przeciwni udzielaniu się na forum nieustannie „zaśmiecanym” argumentowali, że jak widzi się w parku agresywnych żuli, to po prostu chodzi się z psem gdzie indziej. Ich adwersarze z kolei dowodzili, że ustępując takim zachowaniom okazuje się słabość i brak odpowiedzialności za przestrzeń publiczną, którą rozciągali również na przestrzeń wirtualną. Sytuacja znalazła bezprecedensowe w historii forum rozwiązanie. Wielokrotne nawoływanie w stronę administratorów Bankiera oraz Pawła Rejczaka odniosło skutek. Ten ostatni przyznał, iż sytuacja dojrzała do jakichś działań administracyjnych i po raz pierwszy użytkownicy zetknęli się z usuwaniem „złych” komentarzy (np. zostawały tylko nagłówki z nickami ocenzurowanych). Prawie od razu pojawiło się uczucie kaca i świadomość, iż wolność wypowiedzi, a zwłaszcza jej ograniczanie to kwestia niezwykle ważna nie tylko w świecie realnym. Rozpoczęły się dyskusje i groźby niektórych graczy, że tym razem to oni opuszczą forum, gdyż wycinanie komentarzy odbywa się wobec pewnego przemyślanego klucza, niekoniecznie zaś zgodnie z szlachetnymi intencjami piewców cenzury.

Szczerość vs gra

Jak już podkreślałem gracze, mają pełną świadomość, iż uczestniczą w grze o sumie zerowej. Czyli, że wygrać mogą tylko wtedy gdy ktoś popełni błąd i zajmie pozycję inną niż zdecydują inwestorzy na rynku kasowym. Narzuca się prosty wniosek, iż można zwiększyć prawdopodobieństwo trafienia na gracza o przeciwstawnym wyobrażeniu co do rozwoju wypadków poprzez umieszczanie komentarzy ukrywających swoje prawdziwe spostrzeżenia. Można tu mówić zarówno o indywidualnej strategii jak i „naganianiu” dla jakiegoś dużego gracza, np. biura maklerskiego bo i takie podejrzenie pojawiają się wśród forumowiczów. Ze świadomości, iż zarabia się na cudzych błędach i stratach płynie powszechna zwłaszcza wśród pomarańczowych graczy postawa szacunku dla rywala, który ma stać się dlań „dawcą kapitału”. Równie powszechna jest jednak postawa wojownika na terenie wroga, który może polegać tylko na sobie a zaufanie komukolwiek obcemu może skończyć się tylko źle na dłuższą metę. I więcej, zwiększyć szanse na przetrwanie może tylko umiejętność wyprowadzania w pole rywali. Jak nietrudno zauważyć pierwsza postawa, podkreślająca symbiozę dawców i biorców kapitału a także nieuniknioną ciągła zmianę ról ma w sobie coś więziotwórczego i prowadzić może do przekształcania forum w jakąś formę wspólnoty. Postawa numer 2 skutkować będzie raczej powstaniem „miejsca styczności” i pełnej pułapek komunikacji, może rodzaju gry, w której najlepiej przeciwnika wyeliminować. Na jego miejsce przyjdzie jeszcze mniej doświadczony, z którym to samo uczynić będzie łatwiej. Można przypuszczać, iż ze względu na swój charakter dylemat gra vs szczerość pozostaje w dużej mierze ukryty i niezwerbalizowany. To raczej przyjmowane milcząco strategie niż wypisane credo na sztandarach. Argumenty za szczerością są różne. Argument praktyczny mówi np., że nie wszystkie nieszczere wypowiedzi sprawdzają się jako „wyprowadzenie w pole” dlatego, że wbrew intencjom autora okazują się po prostu … prawdziwe. Podobnie szczere wypowiedzi mogą wbrew intencjom autora okazać się pułapką, dla tych którzy im zawierzyli. Argument nieco inny mówi z kolei, iż praktyczne znaczenie „podpuszczania” przez forumowiczów jest niewielkie, tak jak niewielki jest wpływ ich kapitału na kształtowanie się notowań w porównaniu do największych graczy na GPW. Argumentowi temu towarzyszy, przekonanie, iż w takiej sytuacji „mali” gracze powinni się raczej wspierać niż wzajemnie oszukiwać i wyniszczać. Wspieranie to miałoby polegać na „oświecającej” dyskusji, udzielaniu sobie informacji na temat obsługi w różnych biurach maklerskich, wymianie programów służących do analizy technicznej wykresów.

Szwagry czyli spiskowa teoria dziejów

Pojęcie „szwagry” znane jest chyba każdemu, kto poważnie próbował zainteresować się giełdą. Ma ono swój poważny odpowiednik, badany przez specjalistów, akademików i bywa że prokuratorów, w terminie insiding – czyli zjawiska handlu wykorzystującego poufne informacje. Problem szwagrów czy w ogólności manipulowania warszawską giełdą jest jednym z częściej poruszanych na forum. Zdaniem większości uczestników GPW wyróżnia się in minus od giełd światowych i powinna być określana bananową giełdą. Podkreślają oni tutaj płytkość naszej giełdy (niewielkie w sumie obroty zwłaszcza dla dysponujących większym kapitałem spekulantów z kraju i zagranicy – choćby słynnych ostatnio Wysp Dziewiczych), jej wąskość (koncentracja większości obrotu na kilku największych spółkach – tzw. blue chipach), czy też jakość instrumentów kontroli na giełdzie jak i samego prawa w Polsce. Często pojawia się motyw chęci zrezygnowania z inwestowania na GPW i zajęcie się czymś poważniejszym, zwłaszcza przy okazji pojawiających się co jakiś czas wydarzeniach, o których szepcze się że były ukartowaną manipulacją. Część uczestników podkreśla jednak to samo co mówi często zarząd giełdy, bezradnie rozkładając ręce – sytuacje oskarżane o „zmanipulowanie” lub wykorzystanie poufnych informacji nie łamią, zwłaszcza sztywnie odczytywanej, litery prawa i regulaminu GPW, a jeśli nawet je łamią to udowodnienie tego jest niezwykle skomplikowane a czasami wręcz niemożliwe. To tylko problem skali, mówi część forumowiczów, po prostu duzi i/lub dobrze poinformowani gracze mają większe możliwości w wyborze najlepsze strategii zarabiania. Wielu podkreśla, że gdyby tylko mogła robiła by to samo.

Graczy dzieli również stosunek do tzw. arbitrażu. Arbitraż to rodzaj gry dostępny dla graczy dysponujących dużą gotówką, zakładający jednoczesne zaangażowanie na rynku kasowym jak i terminowym, ale na przeciwstawnych kierunkach. Dokonuje się np. tzw koszykowych zakupów akcji (kupuje się jednocześnie koszyk akcji o proporcjach każdego papieru takich jakie są przy obliczaniu całego indeksu – pozwala to sztucznie wyciągnąć indeks WIG-20 zwłaszcza przy małych obrotach) a następnie zajmuje się pewną ilość krótkich pozycji na rynku terminowym. Dokonana w odpowiednim momencie koszykowa sprzedaż akcji prowadzi w konsekwencji do obniżenia wartości kontraktów i tym samym daje łatwy i bezpieczny kilkuprocentowy zarobek. Sprawnie przeprowadzony arbitraż może dać 2-3% zwrotu z zainwestowanego kapitału w kilka – kilkadziesiąt minut. Forum Bankiera dzięki komentarzom Pawła Rejczaka jest jednym z nielicznych źródeł, które bardzo wnikliwie przygląda się praktykom arbitrażu. Jako, że drobni inwestorzy nie mogą wpływać na to zjawisko a z kolei jego niedocenianie może prowadzić do wzięcia ruchu spekulacyjnego za wybicie o dłuższym horyzoncie, muszą się więc nauczyć rozpoznawać je pośród chaosu notowań na parkiecie. I znowu: dla części graczy arbitraż to kolejna twarz szwagra i dowód na bananowość parkietu w Warszawie, inni podkreślają, że arbitraż spełnia także pozytywne role (np. zabezpiecza duże transakcje przed nagłą zmianą kursu), i że po prostu trzeba nauczyć się z nim żyć.

O jakiej społeczności możemy tutaj mówić?

Osobiście nie mam żadnych oporów, żeby uznać uczestników forum na stronach serwisu Bankier.pl za jakiś rodzaj społeczności. Ma ona oczywiście wiele cech pewnego modelu idealnego, który wytworzył się w naszych umysłach pod nazwą społeczność wirtualna. Jest więc ulotna, płynna, o nietrwałej i ciężkiej do określenia strukturze, czyli dysponuje tymi wszystkimi cechami, które pozwalają nam zaklasyfikować społeczności wirtualne do kategorii mniej poważnych społeczności. Różni się jednak znacząco od społeczności najczęściej obserwowanych przez badaczy tj. czatów towarzyskich czy też forum poświęconych hobby, popularnej gwieździe kultury masowej czy jakiejś dyscyplinie sportu. Tamte społeczności tworzą się dzięki aktywności osób, która jest ostro i wyraźnie oddzielona od ich normalnego rytmu dnia. Innymi słowy po uporaniu się z obowiązkami związanymi z pracą, szkołą, życiem rodzinnym, mogą oddawać się rozwijaniu swoich zainteresowań czy po prostu zabawie. Na forum Bankiera zaś najaktywniejszą i decydującą o obliczu tego miejsca sieciowego, grupę użytkowników, stanowią osoby zajmujące się inwestowaniem bardzo poważnie – często jest ona ich podstawowym źródłem utrzymania i to jej podporządkowują rytm swojego dnia. Czy można cos więcej powiedzieć o tych osobach? Myślę, że pewne informacje przekazuje przywoływany już profil użytkownika serwisu, który w moich obserwacjach znalazł potwierdzenie we fragmentach wypowiedzi niektórych forumowiczów o sobie. Zajęcie, któremu podporządkowują swoje życie z pewnością ostro odróżnia ich od reszty społeczeństwa. Ciągle jeszcze taki tryb życia i zarabiania musi chyba wywoływać zdziwienie, również w ich najbliższym otoczeniu. Powstaje więc świadomość własnej odrębności, która w kontakcie z osobami, które obrały podobną ścieżkę życiową, może prowadzić do powstania poczucia wspólnoty i wytworzenia się wartości wspólnogrupowych. Jeden z uczestników forum napisał kiedyś, iż dokonując transakcji, które w ciągu paru minut wzbogacają/zubażają go o kwotę równą płacy minimalnej (policzmy: mając 4 kontrakty, których wartość w ciągu kwadransa zmieniła się o 20 punkty zarabiamy lub tracimy 800 PLN), nie zapomina o tych wszystkich, którzy taką sumę zdobywają w pocie czoła przez cały miesiąc remontując choćby drogę pod jego oknem.

Warto również pamiętać, że duża część graczy z forum jest na Giełdzie od wielu lat, często od jej początków i dla nich społeczność inwestorów nie jest niczym nowym jako taka. Zmieniła tylko swą formę na cyfrową, przeniosła się z POK-ów (punktów obsługi klienta w biurach maklerskich) przed ekrany monitora. Pewne elementy charakterystyczne dla tej barwnej społeczności jaką opisywały nam gazety w latach 90-tych i jaka w czasach Internetu powoli zanika, dadzą się odnaleźć na forum Bankiera.

Jeśli chodzi o wartości wspólnogrupowe to widoczny był tutaj proces ich negocjowania i ścierania się przeciwstawnych propozycji. Opisałem to na przykładzie konfliktu szaraków i pomarańczowych. Negocjowanie wartości jest czymś charakterystycznym dla społeczności wirtualnych. Jest też konieczne bo spójność i trwałość społeczności zależy od rzeczy tak nieuchwytnych jak zaufanie i umiejętność zapewnienia satysfakcjonującej wszystkich komunikacji. Właśnie obserwowany spór o wartości stał się przyczyną secesji na forum. Wiemy z teorii wirtualnych społeczności, że zmieniają się one żywiołowo, ciągle rodzą się nowe i ciągle zamierają stare, ich uczestnicy nie są wiązani sztywnymi regułami i przerzucają swoje sympatie z serwera na serwer. Bankier.pl wyróżnia się jednak od innych sieciowych miejsc tym iż odejście naturalnych liderów decydujących o obliczu forum nie jest jednocześnie dla tego forum wyrokiem śmierci. Można przypuszczać, iż fakt że analityk Paweł Rejczak w dalszym ciągu zamieszczać będzie swoje komentarze zatrzyma sporą część graczy, przyciągnie nowych i z czasem wytworzy się na forum nowy dynamiczny porządek. Ważniejszym bowiem pojęciem od wartości wspólnogrupowych może okazać się pojecie interesu jaki mają korzystający z Internetu inwestorzy w istnieniu sieciowego miejsca gdzie można wymieniać informacje, zdobywać doświadczenia i wspólnie przeżywać kolejne dni na parkiecie (może kompensacja braku biurowych pogaduszek przy kawie?).

Epilog

Pora na zakończenie tej luźnej obserwacji jednej z setek tysięcy wirtualnych społeczności jakie istnieją w cyberprzestrzenii. Mam nadzieję, że czytelnik wybaczy mi jej przyczynkarskość i brak akademickiej systematyczności. Temat został zapoczątkowany i być może kiedyś znajdzie swój dalszy ciąg. Słówko epilog dotyczy historii konfliktu na forum jaki miał miejsce na przełomie 2003/2004r. Otóż grupka pomarańczowych zdecydowała się opuścić forum i stworzyć pokój rozmów na polchatcie (serwis udostępniający możliwość tworzenia własnych chatów). Nie była to specjalna tajemnica, także dla wrogów tej grupy, którzy szybko postarali się na różne sposoby utrudnić życie uciekinierom. Cała sytuacja potwierdza, iż więzi zawiązane na wirtualnym forum okazały się dość silne. W każdym razie na tyle by podjąć wysiłek ocalenia wspólnoty w innym już miejscu sieciowym. Co ciekawe zdecydowano się na inną formułę komunikacji. Z pewnością zmieni to charakter relacji panujących między uczestnikami. Ale to już historia na inny artykuł. Inną historia są też dalsze dzieje społeczności inwestorskiej na stronach serwisu Bankier.pl.

Piszę uparcie społeczność, ale miejmy ciągle w pamięci, iż uczestnictwo w niej jak i ona sama ma charakter gry. Podobnie jak kontrakty terminowe, będące przedmiotem forum. Gry o sumie zerowej. Bym ja wygrał, ty musisz przegrać. Czy nie takie właśnie jest społeczeństwo późnego kapitalizmu?

Eiren

Czy cyberprzestrzeń jest przestrzenią wyobrażoną? I w jakim sensie? Wydaje mi się, że z cyberprzestrzenią mamy do czynienia nie tylko wtedy, kiedy włączamy komputer. Właściwie każdy z nas porusza się w przestrzeni, która jest w pewnym sensie wyobrażona, nasza własna i niepodobna do przestrzeni innych ludzi. Czyż nie jest tak, że każdy z nas posiada swoją niepowtarzalną wizję domu rodzinnego, miasta, w którym się dorastało, miejsca, z którym jesteśmy związani? Wyławiamy ze – wydawałoby się - obiektywnej rzeczywistości pewne elementy, szczegóły, które są istotne tylko dla nas. Pamięć ludzka nie składa się tylko z faktów, odbieramy przecież także wrażenia, zapamiętujemy emocje, niektórzy – obdarzenia pamięcią sensoryczną – kojarzą zapachy, smaki i kolory sprzed lat, które – niczym magdalenka Prousta – wywołują nich całe ciągi skojarzeń i reminiscencji. Takie wspomnienia nie opierają się na żadnych faktach, są na wskroś subiektywne i niepowtarzalne. Bodźcem je wywołującym może być specyficzny klimat, oświetlenie, najmniejszy drobiazg, który nabrał znaczenia w historii czyjegoś życia. Nie ma dwóch osób, które, uczestnicząc w tym samym wydarzeniu, zapamiętałyby je identycznie. Jest to temat poruszany już wielokrotnie w literaturze i kinie: prawda obiektywna nie istnieje, nie ma czegoś takiego jak jeden, wspólny wszystkim świat doznań i przeżyć. Skoro więc każdy z nas potrafi stworzyć sobie własną wersję rzeczywistości i zdarzeń, to czy nie na tej samej zasadzie istnieje cyberprzestrzeń? Więc może jest ona także przestrzenią psychologiczną, w takim sensie tego słowa, iż została stworzona przez każdego z jej użytkowników indywidualnie i nie ma wiele wspólnego z wyobrażeniami innych osób? Tak, na pewno. Tak samo jak każda inna przestrzeń, czy miejsce, które żyje w naszej wyobraźni, czy wspomnieniach. Przebywamy w świecie on-line nie w sposób fizyczny, lecz mentalny i właśnie tak on istnieje. Cyberprzestrzeń to dla mnie konglomerat wrażeń i sposobów ich odbioru przez poszczególnych użytkowników. Jest to przestrzeń wyobrażona na użytek własny, a jej części składowe, zależą w głównej mierze od osoby, która ją stworzyła. Co więcej, jest to przestrzeń, która za każdym razem tworzy się na nowo. Cyberprzestrzeń jest fenomenologiczna z natury. Pojawia się w momencie interakcji pomiędzy człowiekiem, a komputerem, po jej ustaniu zanika. Niczym w teorii Berkley’a: ginie, gdy zamkniemy nie oczy, a …. komputer. I to jest właśnie jeden z powodów, dla których warto ją badać.

Ale nasza wyobraźnia to nie tylko strefa pamięci i wspomnień. Wyobrażamy sobie także rzeczy abstrakcyjne, które nigdy nie były i może nie staną się naszym udziałem. Zapewne tworząc sobie takie światy posługujemy się rekwizytami, sytuacjami i reakcjami, które znamy. Trudno jest i wymaga to niezwykłego wręcz talentu, stworzyć świat, który byłby zupełnie odmienny, od tego, co już znamy. Udaje się to niektórym pisarzom, malarzom, czy poetom, choć i oni czerpią inspirację z rozmaitych wcześniejszych źródeł. Jest to oczywiste, że człowiek tłumaczy sobie pewne zjawiska poprzez to, co już sobie oswoił, do czego przywykł, na co wie, jak reagować. Wynika to także z faktu, że człowiek jest istotą społeczną, która nie żyje na bezludnej planecie i która dzieli z innymi ludźmi pewne wyobrażenia, przekonania czy wręcz wiedzę. Istnieje bowiem krąg doświadczeń kulturowych wspólny dla uczestników danego społeczeństwa. Wynika on z podzielanego w nim systemu wartości, sądów, wspólnej historii i tradycji. Są to tak zwane wyobrażenia potoczne, nazywane także wyobraźnią masową. To twór dynamiczny, podlegający ciągłym zmianom i rozmaitym wpływom. Współcześnie oddziaływują na niego przede wszystkim masowe media, kreujące zarówno pewną wizję świata, jak i zamieszkujących go ludzi. To w dużej mierze one decydują o tym, kto lub co zaczyna istnieć w kolektywnej świadomości, a co odchodzi do lamusa historii. Dzieląc ze sobą takie wyobrażenia, ludzie należący do jednego społeczeństwa (rozumianego nawet globalnie), mają do dyspozycji określoną ilość elementów, z których na własny użytek budują swoją wizję świata, także tego wyobrażonego. Ilu z nas, myśląc o cyberprzestrzeni ma w pamięci obrazy z książek i filmów (chociażby klasyczny „Tron”)? Interesujący i warty zbadania byłby sposób, w jaki z rozmaitych fragmentów wiedzy, przekonań, obrazów czy nawet stereotypów tworzymy wizję cyberprzestrzeni. W takim ujęciu byłaby ona zarówno przestrzenią indywidualną, jak i społeczną.

Czy cyberprzestrzeń jest także przestrzenią kulturową? Tak, na tyle, na ile każda przestrzeń, w której żyje człowiek, istota nierozerwalnie związana z jakąś kulturą. Nie sposób sobie wyobrazić człowieka w próżni kulturowej, chociażby poprzez prosty fakt używania przez ludzi języka. To on reguluje i ustanawia nasze postrzegania świata, konstytuuje naszą rzeczywistość. Tak naprawdę coś, co nie ma odzwierciedlenia w naszym języku, nie istnieje w naszym świecie. To jak widzimy samych siebie i otaczający nas świat, zależy od języka, jakim się posługujemy i licznych konotacji, które niosą ze sobą określone słowa. To, że człowiek zachodu patrzy na przestrzeń jak na uporządkowane miejsce, gdzie istnieje północ, południe, góra, dół, prawa i lewa strona, zależy od jego postrzegania świata, które zostało nam przekazane od przodków za pomocą języka właśnie. I to za jego pomocą również powstaje w naszych umysłach obraz cyberprzestrzeni. Jednakże to kultura jest tym, to stoi ponad indywidualnymi przekonaniami i wyobrażeniami. Nie jesteśmy w stanie za bardzo wyjść poza jej ramy i stworzyć obraz świata – nawet wirtualnego – który byłby całkowicie różny od tego, co już znamy. Owszem, mogą nim rządzić inne zasady, to, co jest niemożliwe w realnym świecie, tam może być wykonalne i naturalne. Mogą w nim nie istnieć podziały, które znamy z codziennego życia, kategorie, według których porządkujemy sobie własny obraz świata mogą być inne, ale cyberprzestrzeń nie jest zupełnie nowa jakością! Nie jest inną rzeczywistością! Jest tylko, a może aż, przeniesieniem naszego obłaskawionego, swojskiego bycia w sferę całkowicie mentalną, odfizycznioną, ale jednak bardzo mocno zakotwiczoną w tym, co znamy. Czy ktoś z nas potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie jak wygląda piąty czy dziesiąty wymiar, skoro żyjemy w świecie trójwymiarowym? Czy ktoś potrafi wymyślić, co znajduje się poza granicami naszego, ograniczonego przecież i skończonego wszechświata? Czy wreszcie jakikolwiek człowiek potrafi sobie wyobrazić własną śmierć? Tak ludzkie, naturalne i oczywiste wydarzenie jest nie do ogarnięcia przez nasz umysł. Bo jak zmusić go do antycypacji sytuacji, w której przestaje istnieć? I jeżeli nawet wydaje nam się, że jesteśmy w stanie odpowiedzieć na któreś z tych pytań, to tylko się łudzimy, bo tak naprawdę dokonamy jedynie prostego przeniesienia znanych wzorców, schematów myślowych, czy nawet kategorii apriorycznych i rzutowania ich na to, co pozostaje poza zasięgiem naszego poznania.

Cyberprzestrzeń nie jest oczywiście zjawiskiem aż tak bardzo niepojętym dla ludzkiego umysłu. Jesteśmy w stanie zrozumieć, na jakiej zasadzie działają komputery i sieci. To w końcu my, ludzie je stworzyliśmy. Ale jak wiadomo, cyberprzestrzeń to nie tylko proste połączenie kablem paru PC-tów, to coś dynamicznego, co tworzy się od nowa, za każdym zalogowaniem się do sieci i z każdym nowym użytkownikiem. To fascynujące zjawisko, powstające na styku ludzkiej wyobraźni, rozumu i technologii.

Prezentowane niżej wyniki pochodzą z badań przeprowadzonych wśród amerykańskich internautów na przestrzeni ostatch trzech lat. Ważne wydaje się podkreślnie, że zbiorcze wyniki to efekt złożenia wielu sondaży przygotowanych i przeprowadzonych przez The Pew and American Life Project. Oryginalna wersja udostępniona jest jako Internet Activities. Zainteresowanych zachęcam do konfrontacji z oryginałem, tym bardziej że miałem sporo trudności z tłumaczeniem oddającym ducha tegoż - specyfika internetu amerykańskiego jest jednak zdecydowanie inna od naszego. W oryginalnej wersji serwisu dla każej pozycji określony jest także czas, kiedy dane badanie zostało przeprowadzone i do jakiego okresu odnoszą się dane.

Jeśli ktoś zainteresowany jest w wartościach bezwzględnych, to podaję za autorami iż jako 100% dorosłych amerykańskich użytkowników internetu przyjąć należy liczbę ok 128 mln osób…

Całość wydaje się interesująca jako przekrojowe swego rodzaju snapshot online’owej aktywności Amerykanów, byłbym natomiast sceptyczny co do naukowej wartości wyników przezentowanych w tej sposób. Wkrótce postam się przedstawić własne wariacje statystyczne w oparciu o ponższe dane, a teraz cóż… zobaczcie czym zajmują się zinternetyzowani Amerykanie i odnieście to do siebie. Czy bardzo różnimy się od nich?

korzystanie z poczty elektronicznej 91
używanie wyszukiwarek w poszukiwaniu informacji 88
poszukiwanie informacji na temat produktu/usługi przed zakupieniem jej 83
przeszukiwanie internetu w celu znalezienia odpowiedzi na konkretne pytanie 80
korzystanie z map i serwisów ułatwiających dojazd 79
poszukiwanie informacji na temat hobby/zainteresowań 76
sprawdzanie pogody 75
poszukiwanie informacji na temat książek, filmów i innych sposobów spędzania wolnego czasu 73
get news 69
surfowanie dla przyjemności 67
zdobywanie informacji na temat podróży 66
poszukiwanie informacji na tematy zdrowotne 66
poszukiwanie informacji na stronach rządowych 66
zakupy on-line 61
kupowanie i/lub rezerwacje przed podróżą 57
wizyt w serwisach poświęconych wsparciu dla konkretnych schorzeń lub sytuacji osobistych 54
poszukiwania numeru telefonu i/lub adresu 53
poszukiwania szkoły lub kursów 53
oglądanie plików video, słuchanie plików dźwiękowych 52
poszukiwanie informacji wykorzystywanych w pracy zawodowej 52
korzystanie z komunikatorów 47
sprawdzanie wyników wydarzeń sportowych 44
uzyskiwanie informacji finansowych 44
poszukiwanie pracy 43
pobieranie plików (gry, pliki video, zdjęcia) 42
poszukiwanie informacji i wiadomości politycznych 40
gry on-line 39
słuchanie muzyki na stronach www 37
poszukiwanie informacji na temat miejsca zamieszkania 36
usługi bankowe on-line 34
poszukiwanie informacji na tematy religijne i duchowe 29
poszukiwanie informacji o konkretnych osobach 28
korzystanie z serwisów czatowych 25
badania genealogiczne 24
poszukiwanie informacji o sposobach odchudzania się oraz fitness 24
poszukiwanie informacji na temat kondycji psychicznej 23
aukcje on-line 22
pobieranie/wyświetlanie fotografii 21
udostępnianie plików 20
tworzenie treści internetowych 19
poszukiwanie informacji związanych z tematami wrażliwymi i krępującymi 18
udział w społecznościach internetowych (online groups) 16
pobieranie plików muzycznych 14
pobieranie plików video 13
przeglądanie serwisów o treściach dla osób dorosłych 13
zakupy artykułów spożywczych 12
handel akcjami, obligacjami, etc. 12
udzielanie lekcji/korepetycji on-line 8
odwiedziny w serwisach randkowych i pochodnych 8
poszukiwanie infomracji na temat przemocy w rodzinie 8
prowadzenie rozmów telefonicznych (VoIP) 7
prowadzenie blogów 7
przekazywanie darowizn na cele charytatywne 7
sprawdzanie poczty elektronicznej przez palmtopy 5
hazard on-line 4
sprawdzanie poczty elektronicznej na serwisach komórkowych 4
sprawdzanie poczty elektronicznej na serwisach innego typu urządzeń 1

Kilka miesiecy temu przechodzilem powazny kryzys zwiazany z koniecznoscia podjecia decyzji - chcialem zakupic na amazonie ksiazke o Matrixie, i nawet wybralem dwa tytuly, ale na oba nie bylo mnie stac. Wybralem wiec ‘The Matrix and Philosophy. Welcome to the Desert of the Real (Popular Culture and Philosophy, V. 3)‘ pod redakcja Williama Irwina. Pozycja ta wygrala wewnetrzna rywalizacje z ‘Taking the Red Pill. Science, Philosophy and Religion in the Matrix’ - zbiorem pod redakcja Glenn’a Yeffeth’a. Jak to zwykle bywa, zalowalem swego wyboru wychodzac z zalozenia ze najlepsza alternatywa jest zawsze ta zaniechana.

Z wielka radoscia wypatrzylem na stronie Heliona zapowiedz polskiego wydania ‘Czerwonej pigulki’, tym bardziej ze cena jest nawet jak na polskie warunki przystepna. Z nadzieja pobieglem do ksiegarni, zakupilem, zasiadlem do lektury i… srodze sie zawiodlem. W tej chwili, tuz przed ukonczeniem ostatniego eseju sytuacja wyglada juz znacznie lepiej - nie uwazam ze ksiazka jest kiepska, co po lekturze pierwszego rozdzialu samo cisnelo mi sie na usta.

Ksiazka skomponowana jest w ten sposob, ze esej zdecydowane najslabszy jest esejem ja otwierajacym. Do tego w kilkuzdaniowym jego opisie czytamy miedzy innymi: Jeżeli mamy czas tylko na jeden esej o Matriksie, powinniśmy przeczytać ten. Tutaj moj apel do potencjalnych czytelnikow - nie sluchajcie tego. Jesli mozecie przeczytac tylko jeden esej o Matriksie, omincie ten szerokim lukiem. Powod? Doprawdy nie wiem co chcial osiagnac autor tego tekstu. Czytajac go, doskonale rozumialem ludzi usmiechajacych sie pod nosem na wiesc ze zajmuje sie antropologia kultury i antropologia religii. Tekst Schuchardta jest modelowym przykladem, jak z ciekawego tematu zrobic pseudonaukowy belkot. Schuchardt czesto odwoluje sie do rzeczy, co do ktorych ma wiedze - ujmujac rzecz eufemistycznie - niepelna. Nie bede podawal w tej chwili przykladow - niech kazdy szuka ich sam, ale krew sie we mnie burzy kiedy jako model postaci herosa kulturowego przyjmuje sie Chrystusa, zupelnie zapominajac o szamanizmie, jako pierwszej i najwazniejszej ideologii/systemie wierzen wprowadzajacym elementy inicjacyjne obecne we wszystkich prawie religiach (do tego elementy ten wskazuje sie w filmie niewlasciwie…). Rozpoczecie lektury od tekstu Schuchardta ma jedna zasadnicza zalete - kazdy nastepny tekst bedzie lepszy.

Zbior nie jest monolityczny. Faktycznie, zawarte w nim teksty dotycza roznych aspektow czegos co nazywamy Matriksem i pisane sa przez ludzi zajmujacych sie roznymi dziedzinami nauki (i nie tylko). Mamy wiec kilka bardzo dobrych krytycznych tekstów dotyczacych literatury SF (Hanson, Zynda, Sawyer, Gunn), polemikę między milosnikiem i przeciwnikiem Baudrillard’a (Felluga, Gordon) oraz kilka perelek.

  • Spiecia w Marixie i jak go naprawic - technologicznie blyskotliwy esej o ‘rzeczywistych’ aspektach Matrixa. Na czym polega ta rzeczywistosc? Na przyklad na budowaniu logicznych modeli korzystania z telefonow w Marixie (czemu mozna sie z Matrixa wydostac przez linie stacjonarna, a nie przez komorke?)… Prawdziwy majstersztyk, a do tego calosc podana bez technologicznej nowomowy, wiec prawie kazdy kto chociaz troche zna nomenklature internetowa bez problemu tekst zrozumie.
  • Polaczenie czlowieka z maszyna - czy czeka nas Matrix napisany przez Raya Kurzweila, amerykanskiego wynalazce, autora m.in.The Age of Spiritual Machines: When Computers Exceed Human Intelligence (juz plynie amazonka do redakcji - recenzja zapewne wkrotce), stojacy na bliskim mi podejsciu technofilskim i postludzkim (posthuman) w swym optymizmie co do rozwoju technologii,
  • Dlaczego przyszlosc nas nie potrzebuje? - mocno pesymistyczna polemika Billa Joy’a (szefa dzialu B+R Sun Microsystems) z pogladami Kurzweila
  • Buddyzm, mitologia i Matrix - IMHO najlepszy w tomie tekst na temat filozofii/religii, napisany przez Jamesa L. Forda.

W ksiazce razi troche tlumaczenie (niestety). Nie ma tego wiele, ale pojawiaja sie ‘kfiatki’ w stylu ’sieci neuronalne’ (jak rozumiem chodzi tutaj o neural networks, ale glowy uciac nie dam, bo nie mialem w reku oryginalu), zdarza sie takze, ze te same fragmenty scriptu tlumaczone sa nieco inaczej. Rozumiem ze sa to wypadki przy pracy, szkoda tylko, ze takie wydawnictwo jak Helion puscilo ksiazke bez gruntownej korekty (mamy np. raz pisane Kanzas a innym razem Kansas, etc.)

Generalnie jednak ksiazke bardzo polecam. Po pierwsze, dlatego ze jest po prostu dobra (mimo kilku odstajacych w dol tekstow), a po drugie dlatego, ze chcialbym aby stala sie rynkowym hitem i inne wydawnictwa zauwazyly ze na ksiazkach z pogranicza teorii kultury, religii, technologii i cyberkultury mozna godziwie zarobic, bo jest jeszcze cala masa pozycji warta wydania.

Architect: Hello, Neo.

Neo: Who are you?

Architect: I am the Architect. I created the Matrix. I’ve been waiting for you. You have many questions, and though the process has altered your consciousness, you remain irrevocably human. Ergo some of my answers you will understand, and some of them you will not. Concordantly, while your first question may be the most pertinent, you may or may not realize it is also the most irrelevant.

Neo: Why am I here?

Architect: Your life is the sum of a remainder of an unbalanced equation inherent to the programming of the Matrix. You are the eventuality of an anomaly, which, despite my sincerest efforts, I have been unable to eliminate from what is otherwise a harmony of mathematical precision. While it remains a burden assiduously avoided, it is not unexpected, and thus not beyond a measure of control. Which has led you, inexorably… here.

Neo: You haven’t answered my question.

Architect: Quite right. Interesting. That was quicker than the others.

TV Neos: Others? How many others? What others? Answer my question!

Architect: The Matrix is older than you know. I prefer counting from the emergence of one integral anomaly to the emergence of the next, in which case this is the 6th version.

TV Neos: 5 `One’s before me? 4 3 2 What are you talking about?

Neo: There are only two possible explanations, either no one told me, or no one knows.

Architect: Precisely. As you are undoubtedly gathering, the anomaly is systemic - creating fluctuations in even the most simplistic equations.

TV Neos: You can’t control me! I’m gonna smash you to bits! I’ll fuckin’ kill you!

Neo: Choice. The problem is choice.

Architect: The first Matrix I designed was quite naturally perfect, it was a work of art - flawless, sublime. A triumph equalled only by its monumental failure. The inevitability of its doom is apparent to me now as a consequence of the imperfection inherent in every human being. Thus, I redesigned it based on your history to more accurately reflect the varying grotesqueries of your nature. However, I was again frustrated by failure. I have since come to understand that the answer eluded me because it required a lesser mind, or perhaps a mind less bound by the parameters of perfection. Thus the answer was stumbled upon by another - an intuitive program, initially created to investigate certain aspects of the human psyche. If I am the father of the matrix, she would undoubtedly be its mother.

Neo: The Oracle.

Architect: Please. As I was saying, she stumbled upon a solution whereby nearly 99% of all test subjects accepted the program, as long as they were given a choice, even if they were only aware of the choice at a near unconscious level. While this answer functioned, it was obviously fundamentally flawed, thus creating the otherwise contradictory systemic anomaly, that if left unchecked might threaten the system itself. Ergo those that refused the program, while a minority, if unchecked, would constitute an escalating probablility of disaster.

Neo: This is about Zion.

Architect: You are here because Zion is about to be destroyed - its every living inhabitant terminated, its entire existence eradicated.

Neo: Bullshit.

TV Neos: Bullshit!

Architect: Denial is the most predictable of all human responses, but rest assured, this will be the sixth time we have destroyed it, and we have become exceedingly efficient at it.

Architect: The function of the One is now to return to the Source, allowing a temporary dissemination of the code you carry, reinserting the prime program. After which, you will be required to select from the Matrix 23 individuals - 16 female, 7 male - to rebuild Zion. Failure to comply with this process will result in a cataclysmic system crash, killing everyone connected to the Matrix, which, coupled with the extermination of Zion, will ultimately result in the extinction of the entire human race.

Neo: You won’t let it happen. You can’t. You need human beings to survive.

Architect: There are levels of survival we are prepared to accept. However, the relevant issue is whether or not you are ready to accept the responsibility of the death of every human being on this world. It is interesting, reading your reactions. Your 5 predecessors were, by design, based on a similar predication - a contingent affirmation that was meant to create a profound attachment to the rest of your species, facilitating the function of the One. While the others experienced this in a very general way, your experience is far more specific - vis a vis love.

Neo: Trinity.

Architect: Apropos, she entered the Matrix to save your life, at the cost of her own.

Neo: No.

Architect: Which brings us at last to the moment of truth, wherein the fundamental flaw is ultimately expressed, and the anomaly revealed as both beginning and end. There are two doors. The door to your right leads to the Source, and the salvation of Zion. The door to your left leads back to the Matrix, to her and to the end of your species. As you adequately put, the problem is choice. But we already know what you are going to do, don’t we? Already, I can see the chain reaction - the chemical precursors that signal the onset of an emotion, designed specifically to overwhelm logic and reason - an emotion that is already blinding you from the simple and obvious truth. She is going to die, and there is nothing you can do to stop it.

Architect: Hope. It is the quintessential human delusion, simultaneously the source of your greatest strength and your greatest weakness.

Neo: If I were you, I would hope that we don’t meet again.

Architect: We won’t.

yoze

Essen, Zagłębie Ruhry. Wszystko jest snem. Nie ważne czy dobrym, złym, ciężkim czy spokojnym. Miasto w mieście, aglomeracja domów, gdzie nazwy miast – mające własne historyczne odpowiedniki, uświęcone przez tradycję – są jedynie stygmatami dawnego, tradycyjnego porządku, który odszedł i nie wróci nigdy. Odrzucenie prawdziwej historii, tradycji, wszelkiego rodzaju wartości na rzecz popkultury przedmiotu, materializmu, konsumpcji, dzikiego pochłaniania, pożerania – stapiania się z dobrem produkowanym masowo „pod klucz” przestaje być nowinką, słyszalnym komunikatem, dającym się ominąć szerokim łukiem egzotycznym zwiastunem przyszłości. Jest to codzienność, banalna tak bardzo, że aż śmieszna. Zasmucające, gdy patrzeć na szeregi ludzi niczym automaty w rytualnych powinnościach szukających następnych promocji, symboli, ideogramów, świateł: czerwonego lub zielonego.

Przedmiotem sprzedaży czyni się absolutnie wszystko w tej stolicy produkcji, stolicy przemysłu. Rzeczywistość jest ułożona z tych samych modułów, tak samo odlanych i walcowanych, tak samo narodzonych w oparach dymów fabrycznych. Nie wie gdzie i kiedy wydaje pierwszy dźwięk, nie wie przez czyje usta, bo wszystko dzieje się naraz, każde doświadczenie jakiegokolwiek kupna czy sprzedaży jest społeczne, jednostka rozmywa się tuż po wyjściu z domu, tuż po obudzeniu się, tuż po urodzeniu…

Całkowita anihilacja człowieka w płyn tłumu, miejskie osocze dokonuje się w Centrum. Wbite pomiędzy kamienice i gmachy centrum handlowe jest jak serce: pompuje nowe siły w ludzki krwioobieg, jak płuca dające ożywczy izotoniczny tlen. Rzeka głów, wszystko wiruje – fontanna obrazów, pocztówek, kalejdoskop wrażeń dotyka i porywa każdego, kto nie podporządkowuje się masie. Kto szuka własnej ścieżki tam gdzie nie ma miejsca na pojedynczy ślad, gdzie zawsze idzie się za kimś i przed kimś, nie ma prawa istnieć.

Wszelkie poszukiwanie – tożsamości, sensu albo, chociaż własnego miejsca w przestrzeni przekrytej sztucznym niebem dachu – sprowadza się do oglądania witryn, wchodzenia w interakcję. Odczuwam tylko wzrokiem, słuchem i powonieniem pozostałe zmysły oddając we władzę masy, która mnie prowadzi byle tylko naprzód. Sklep nie ma drzwi – nigdzie ich nie widać – zda się, że nigdy nie jest zamknięty. Zaczynam mieć wrażenie, że nie istnieje czas. Nie istnieje też człowiek w swojej najprostszej definicji fizycznej osobowości obdarzonej rozumem. Za to istnieje przedmiot człowieka komponowany z innymi: kosmetykami, tekstyliami, żywnością czy sprzętem video. Tylko wtedy istnieję, gdy łączę się na zasadzie swobodnego wyboru, kierowania się ceną, promocją i okazją. Łączę się z przedmiotem, towarem, produktem na zasadzie dopasowania do niego. Nie ma mojego gustu tylko moda. Świat estetyzuje, otoczenie szuka dla mnie wejścia w sieć – wszelkie nadzieje, pragnienia, doznania sprowadzone są do interakcji z towarem, przedmiotem podlegającym wytworzeniu i sprzedaży – ewentualnie przecenie.

Inny człowiek. Pojęcia wyniesione z mojego potocznego życia stają się nieaktualnym – zastawionym w komis – antykiem. Perspektywa stopienia się z tłumem ludzi nawiedzającym centrum wydaje się odpychająca. Nadziei, na jakąkolwiek inność będącą alternatywą widzianej rzeczywistości, nie ma, podczas gdy paradoksalnie można mieć wszystko. Mnogość interaktywnych sposobów zaspokojenia własnych żądz sprawia, że nie tyle nie ma rzeczywistości, co nie ma najmniejszej choćby szansy, aby ją odnaleźć. Rzeczywistość przestaje być czymś praktycznym, dającym się dotknąć. To świat zamierzchły, nieznany, którego substytut udaje się osiągnąć przez transakcję handlową, symulację, produkcję.

Nie jest nowością stwierdzenie, że jednostka zostaje skazana na zagładę w ponowoczesnym mieście. Indywidualność jest przywilejem gwiazd, ludzi mediów, wybranych w sposób niejawny, fałszywy i sztuczny. Zresztą nawet taka pozostaje ułudą, sfabrykowaną na potrzeby mody, trendu, fali maską. Człowiek istnieje tylko i tylko wtedy, gdy jest jednocześnie elementem masy. Nie bierze się pod uwagę jego oczekiwań, potrzeb, pragnień, jeżeli nie jest umieszczony w kontekście oczekiwań, potrzeb i pragnień całej grupy. Pozbawiony możliwości decyzji – jakiejkolwiek – poddaje się symulacji potęgi, bo tym są dzisiejsze Niemcy. Baudrillard określił reklamę jako kanonizację rzeczywistości. Tutejsi ludzie utopieni w kontekście pochodu przez centrum, przeglądania sklepów, witryn, portali, pozbawieni są swojego początku i końca. Istnieją dopóki są widoczni. Medialność przenosi się niewidzialnym procesem, z ekranu, monitora, emitera na jednostkę widza.

Istnieję tylko wtedy, kiedy mnie widać, wydaje się mówić każda z mijanych twarzy. Ludzkie cierpienie niweluje się do aktu pomocy charytatywnej, śmierć staje się nieuchronnością gry komputerowej – pozbawia się ją realizmu. Informacja staje się sensacją, jej poszukiwanie wyznacza krawędź sensów. Egzystencja przyjmująca kicz za przestrzeń własnej autonomii [najczęściej kupionej] nie chce prawdy tylko modę. Ta ostatnia obejmuje wszystkie aspekty ludzkiego życia: materialne i duchowe. Wymiana sumień dokonuje się wraz z nowym numerem opiniotwórczych biuletynów.

Bolą oczy od nieustannego nadążania za wszystkim, co dzieje się wokoło.

Chcę się przewrócić na drugi bok.

viii.ad2003
Marcin Y Gałęcki

yoze

Gdy pierwszy raz podążałem autostradą na spotkanie świata znanego mi z pocztówek czy map, kipiało we mnie pragnienie ujrzenia na własne oczy tablic z ich nazwami. Dotychczas mając ich obrazy jedynie w umyśle, uważałem ich prawdziwość za swego rodzaju bajkę bez tytułu. Jako dziecko mediów wierzyłem w ich obrazy skatalogowane w świadomości, ostrożnie zdjęte z map, pieczołowicie owinięte w wakacyjne marzenia – spoczywające w umyśle – czekające na odpowiedni moment.

Zurych, Berlin, Lille, Paryż, Londyn, Oxford… Rząd liter tworzących obraz jakiego nikt nie widział, szereg znaków istniejących tylko dlatego, że są razem w układzie nadającym im sens dla jednych banalny [zwyczajny], dla drugich nadzwyczajny żeby nie powiedzieć magiczny. Zwiedzanie z autostrady jest niemożliwe, nic nie widać, jedynie droga i zwiastun miasta mijanego nieopodal, napis urasta do rangi symbolu w którym zawiera się szereg skojarzeń, prawdziwych lub nie, którego wizualizacja – stanie się miasta jako obraz – nie jest potrzebne – wystarczy wariacja liter oraz ich aura.

„Nie muszę być w Norymberdze, żeby przez nią przejeżdżać” – turystyka drogowa jeżeli w ogóle można mówić o takim zjawisku nie robi zdjęć, nie kupuje pamiątek, nie chce pocztówek i nie wysyła pozdrowień ale wszystko wie, słyszy i widzi – choć prawdopodobnie jedynie tworzy Baudrillardowskie simlacrum turysty, miast i zabytków. Miastem drogi jest stacja benzynowa, najpotrzebniejsza z potrzebnych staje się toaleta, a osiedlem jest nie tyle feeria wież, gmachów i masztów – i tak niewidocznych – ale warkocz rozjazdów, znaków drogowych, tablic i cyfr.

„Nie muszę widzieć miasta, żeby mówić że w nim byłem” – autostrada jest jak żyła krwi – idealna, efektowna ludzką technologią, głośna i zawsze pełna pojazdów. Jeżeli przejeżdżać przez jeden kraj, tylko autostradą, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszyscy w tym kraju jeżdżą samochodami i jedyne sklepy to wyłącznie te przy autostradach z częściami, oponami, ubraniami lub autosalony. Wyobraźnia dziecka mediów postrzega autostradę jako krwiobieg, sznur samochodów jak cząsteczki krwi, strugę asfaltu jak osocze. Każde mijane miasto i sznur naczyń które doprowadza do głównej drogowej aorty są jak kolejne serce – pompa z niesłychaną siłą pchająca naprzód chmurę pojazdów i spalin. Nadająca prędkość – nadzieję – emitując na blaszanych, monstrualnie wielkich znakach odległość do kolejnej drogowej śluzy.

Podziw dla budowniczych takiej drogi mija szybko. Epoka mediów cyfrowych, gdzie nie istnieje już prawda, fałsz, piękno lub brzydota tylko ich symulacje, uczy w stopniu niemal doskonałym likwidowania dysonansów globalności z lokalnością, czystości z brudem, powietrza z gazem spalinowym, sytości z głodem. Wystarczy do tego chwila, moment wzruszenia jest jednocześnie jego wspomnieniem. Dziecko mediów nie chce miasta i jego muzeów, kart wstępu, kamienic, skorup kościołów, symulacji starych obyczajów. Jeżeli dla dziecka mediów świat jest jak portal internetowy to wystarczy link, odsyłacz hipertekstowy względnie banner billboardu, aby pojąć całość, wyczuć atmosferę a właściwie jej kondensat nie tyle spostrzeżony co skopiowany, zrzucony na twardy dysk.

Autostrada to turystyczny download. Ahumanistyczny, bezcielesny. Samochody jadą, zda się, same – krajobraz jak tętnica wykładana asfaltem swoją monotonią kojarzy się z kalejdoskopem, pętlą animacji czy wstęgą Mobiusa. Umysł drzemie rozwadniając jedno tylko pytanie: czy tak naprawdę jedziemy. Nie istnieje gdzieś, nie ma kierunków świata. Jedyny kierunek to prosta naprzód – innego nie ma, jest niemożliwy, nie istnieje. Co za wspaniałe spełnienie snów cyberczłowieka: absolutny – niemal nihilistyczny – spokój szumów, oddzielonych szybami świstów, znajomy zapach spalin [miasta] pomiędzy polami – bezpieczeństwo zwiedzania, które gwarantuje przebywanie w samochodzie bez konieczności jego opuszczania.

Zakręt jest wydarzeniem samym w sobie pustym. Pustość zakrętu lub każdego rodzaju urozmaicenia – potęgują zawsze proste kierunkowskazy, zmęczenie, monotonia krajobrazu. Zakręt to zbiór bez elementów tak jak elementy całej autostrady nie mają zbioru. Jedynie po pewnym czasie jak przyjęło określać się powrót do domu, te elementy stapiają się w całość nazywaną wspomnieniem, pamiątką – to tylko dane zapisane na ludzkim dysku. Ruchomy numer komputera [ IP ] zmieniam na stały. Pozostaje kilka plików graficznych, zdjęć, tekstów w edytorze i znajoma potoczność, która nie ucierpiała wskutek dziwnych trafów na drodze. Autostrada jest tak bardzo uporządkowanym światem – bezkolizyjne skrzyżowania, zjazdy, rozjazdy, doskonała nawierzchnia, oświetlenie. Wypadek drogowy jest niemal wykluczony, nie istnieje śmierć, droga jest prosta a kryterium transgresji celu w cel, początku w koniec to tylko i tylko prędkość.

Człowiek jest widzem. Niezależnie od miejsca – ruchome wielkie kino – ciągły serial a właściwie jeden odcinek powtarzany nieskończoną ilość razy. Kiedy wysiadam na stacji benzynowej czy przy restauracji jestem zaskoczony obecnością innych ludzi. Współtowarzysze podróży której nie ma – więc ich również nie ma. A jednak przyglądają mi się ciekawie, mrużąc oczy jakby wyszli z kina, rozprostowując nogi jakby cały czas było im niewygodnie, pośpiesznie szukając monet na toaletę.

Zanim znowu pojadą klikają na link kierunku wylotowego.

Berlin <10>, Frankfurt <3>, Dortmund [1]

viii.ad2003
Marcin Y

 

yoze

Przypominam sobie jeden z wykładów z Estetyki gdzie o lotnisku słuchałem z pewnym zdziwieniem laika. Obojętnie przyswajane fakty zmaterializowały się szybciej niż mogłem przypuszczać. Lotnisko gdzie tysiące ludzi przewija się codziennie, gdzie ląduje kilkadziesiąt jeżeli nie kilkaset samolotów na godzinę, gdzie wchodzi się by zmienić nieraz wszystko: język, kulturę, pieniądze, wartości i świat.

Dla wyznawców postmodernistycznej dekadencji port lotniczy będzie tą transgresyjną bramą umożliwiającą nieskończoną ilość razy, zmianę powłoki, ciała nazywanego tylko wtedy materią jeżeli służy jako podkład do kolejnego – potocznego lub nie – malunku. Zmęczenie nie gra roli, czas nie gra roli, pieniądze również a tym bardziej odległość. Swoisty holocaust, skojarzenie z komorą gazową lub krematorium gdzie człowiek – jeszcze materialny – znikał, rozpływał się na atomy czy garść prochu.

Skojarzeń jakie nasuwają się w czasie pobytu [długiego] na lotnisku nie sposób opisać kompletnie. Wyłapać można jedynie garście z potopu wrażeń, fenomenów, zdziwień nad możliwościami człowieka. Zachwyt czysto inżynieryjny jakiego doznaje widz w pierwszych chwilach zamienia się, w miarę upływu czasu, w zniechęcenie elementu wielkiej maszyny, posłusznego trybu o mózgu pogrążonym w letargu, kierujący się najprostszymi potrzebami i zwracający uwagę na najpotrzebniejsze, żeby nie powiedzieć, najbardziej instynktowne zależności: bliskość toalety, gęstość tłumu, świeżość powietrza.

Kontrast skojarzeń zawieszony w czasie oczekiwania będący jednak pozbawiony pewności co do jego końca: kiedy, dlaczego, inaczej? to pytania których odpowiedzi nie istnieją, których zniknięcie jest szybsze niż znikanie ludzi, ich ciał.

Jeżeli spojrzeć na tablicę odlotów, która jest jak indeks ważniejszych miast świata jeżeli nie wszystkich, to można zamknąć ogrom planety, jej globalizm do jednej dłoni zamykającej w pewnym momencie oczy zmęczone sztucznym światłem.

Poziomy, terminale, platformy i tarasy przecinają się we wszystkich kierunkach, trudno jest znaleźć orientację, lewo staje się prawym, przód tyłem, własna urbanistyka lotniska sprawia, że pasażer przemyka przez nie bezwiednie kierowany nieomylnie kolorami strzałek. Zatraca się granicę pomiędzy ziemią a podziemiem czy piętrami używając ruchomych schodów, wind, pchając wózki z bagażami.

Nienawykły do bombardowania globalizmem człowiek jest skazany na czekanie. Ma dla siebie jedynie krzesło – zbyt małe by było wygodne ale dość miękkie by siedziało się dobrze – oraz wskazówki zegara odmierzające czas, głuche na wszystko, podległe działaniu mechanizmu i baterii napędowej. Szum głosów, języków, głośników, komunikatów, kroków zlewają się w jeden wielki motoryczny łoskot. Nie ma już pojedynczych kontekstów ludzi, kultur, ras i języków. Jest tylko jeden naczelny paradygmat: podróż.

Lotnisko to miasto bez mieszkańców, mieszkańcy bez miasta, splot żył z gazem, prądem i wodą tak naprawdę są dla nikogo. Ogrom obrazów, ich kaskada albo lepiej lawina spadająca na przyszłego pasażera. Nie ma tu podziałów klasowych, nie ma najmniejszych różnic gdyż wszyscy są pasażerami. Każdy jest równy, jego podłużny bilet lotniczy daje mu takie same prawa do kontroli, czekania, płacenia, odlotu. Wszelkie różnice znikają po wejściu do terminalu a wracają z powrotem po wejściu na pokład samolotu kiedy musi następować moment ulgi.

Świadomość, że to tylko dziewięć albo aż dziewięć godzin nastraja jeżeli nie pesymistycznie to rezygnacyjnie. Powoli przestaję czuć się własnym „Ja”. Zaczynam przypominać automat odstawiony w kąt przez jakąś litościwą rękę, skazany na wieczny bezruch gdy wszystko dookoła mnie płynie. Wielkość lotniska jest wartością niemal absolutną, niemal nic innego nie może konkurować z wielkością. To w tej kategorii opisu zamyka się wszystko, wszystko też określa się ilością: loty, czas oczekiwania, ceny, ludzi, powierzchnię nośną, liczbę miejsc.

Jedyne co konkuruje z wielkością to usługowość. Sklep z kremami, ręcznikami, kosmetykami wcale nie pierwszej [podróżnej] potrzeby to wydaje się kaprys. Ale jest. Tak samo jak puby czy restauracje umieszczone zgodnie z instynktem człowieka miasta pod ziemią, niedaleko stacji S-Bahn, zachowujące wszelkie rygory miejsc odpoczynku. Usługi: wymiana walut, bank, supermarket, restauracje, McDonald, kosze na śmieci, toalety, przechowalnie bagażu, parkingi i inne są wspólnie z wielkością ostatnią albo pierwszą pocztówką podróżnego jaką otrzymuje od żegnanego bądź witanego kraju gdzie przybywa lub wraca.

Jeżeli czekasz na lotnisku to znaczy, że zgadzasz się na pranie mózgu z wszelkich nadziei, pamiątek, obrazów, przygód. Wszystko w czasie czekania w miejscu gdzie przecież nie można się nawet zatrzymać odgradza się od Ciebie barierą, owija dookoła postumentu z twojego ciała taśmę z napisem „Achtung! Caution!” i zda się, że chce przymocować otwór na wrzucanie monet z okrągłym nominałem.

Kiedy jesteś na lotnisku masz wrażenie że za chwilę zza rogu wyłoni się twój znajomy, ktoś kto nie ma prawa tu być a jednak jest, oczy błądzą leniwie, starasz się spać ale kalejdoskop obrazów i dźwięków absolutnie na to nie pozwala.

Przyglądając się podróżnym, widzom masowego, postmodernistycznego, poppodróżowania zauważyć łatwo że najwięcej problemu jest z nogami. Nogi na górze, na dole, pod sobą, przed, zgięte, rozsunięte, skurczone – ich pozycja [wygodna] to utrapienie czekania, przekleństwo tych którzy na nie skazują stwierdzając przy okienku „sorry, its full”. Splot wszelkich ludzkich namiętności, życzeń i marzeń zbiega się w jednym węźle ludzkich nóg. I tak dobrze, że jest klimatyzacja – trudno sobie wyobrazić co by było bez niej. Zresztą to tylko europejskie przyzwyczajenie, stara porządna – wydaje się – Europa pozostaje za nami, za szklanymi drzwiami, przed miastem portu lotniczego.

Zmęczenie. Zmęczenie wszystkim. Oczy leniwie opadają niżej, powoli cały ten tłum malowany wszystkimi kolorami przestaje ciekawić, podobnie tablica z odlotami, podobnie sklepy i pasaże. Wszystko zdaje się być jedną stopioną w ciężar powietrza, chwilą. Wbity koniecznością czekania człowiek nieruchomieje, zgina się, zasypia…

Raj dla kolekcjonera ozdób, czapek, ubrań, biżuterii, posegregowanych śmieci, dźwięków, slajdów, skóry…

Marcin Y Gałęcki
viii.ad2003

Speaker

Leontios oglądający trupy czyli o pornografii i brutalności stron www

“Ja raz słyszałem coś i ja w to wierzę. Że mianowicie Leontios, syn Aglajona, szedł raz z Pireusu na górę pod zewnętrzną stroną muru północnego i zobaczył trupy leżące koło domu kata. Więc równocześnie i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak długo walczył z sobą i zasłaniał się, aż go żądza przemogła i wytrzeszczywszy oczy przybiegł do tych trupów, i powiada: ”. (Państwo IV, XIV).

Zawsze byli ludzie lubiący obsceniczne, pornograficzne i okrutne obrazy i wydarzenia. W każdym z nas jest taki Leontios, może niekoniecznie spragniony bardzo skrajnych wrażeń, ale na pewno ciekawy rzeczy, na które z jakichś powodów nie powinien patrzeć, informacji które do, których nie ma prawa etc. Sieć jest więc – podobnie jak inne media – potencjalnym miejscem do oglądania brudów.

Chyba każdy użytkownik sieci zdaje sobie sprawę, że internet ma – podobnie jak inne środki przekazu - opinię medium deprawującego. Skandalizujące, szczegółowe opisy wybranych witryn ukazujące się w prasie oraz moralizatorskie felietony telewizyjne i radiowe ukazują sieć jako państwo pornografii i wszystkiego, co szokujące.

Jak można ocenić rzeczywisty wpływ tych treści na internautów? Kwestia ta przypomina węzeł gordyjski. Z jednej strony pedagodzy, duszpasterze i rodzice chcący chronić dzieci i młodzież przed szkodliwymi wpływami, a z drugiej – obrońcy wolności słowa. Od lat trwają spory odnośnie do interpretacji wyników badań dotyczących długo- i krótkotrwałego wpływu treści pornograficznych i brutalnych na ludzkie zachowania.

Czego może nas nauczyć Platon? Byśmy spojrzeli na tę kwestię w aspekcie osoby, która ulega pokusie oglądania takich obrazów. Leontios, syn Aglajona, najpierw walczy ze swoją ciekawością, a następnie poddaje się i zaczyna napawać widokiem pod domem kata. Łamie dwa tabu na raz: ogląda coś czego nie powinien (na obcym terenie, przynależnym do określonej osoby) i równocześnie coś, co jest bezpośrednio związane ze śmiercią (tabu zwłok obcych, przypadkowych ludzi). Platon pokazuje, że uleganie żądzy do niczego dobrego nie prowadzi. Leontios nie staje się przez to ani bogatszy wewnętrznie, ani bardziej sprawiedliwy, ani lepszy. Człowiek poddający się chęci oglądania i poznawania treści łamiących tabu, jest bogatszy tylko o doświadczenie złamania tabu.

Leontios w końcu przeklina chęci, którym uległ. Studiowanie materiałów obscenicznych i horrorów, jest okazją do nabrania gorszego mniemania o samym sobie. Platon, poprzez przykład syna Aglajona pokazuje bezsens takich wyborów, takiego używania wolności.

Cienie w jaskini czyli rzecz o złudzeniach

“Przedstaw sobie obrazowo – jako następujący stan rzeczy – naszą naturę ze względu na kulturę umysłową i jej brak.
Zobacz: oto ludzie są niby w podziemnym pomieszczeniu na kształt jaskini. Do groty prowadzi od góry wejście zwrócone ku światłu, szerokie na całą szerokość jaskini. W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; przykute mają nogi i szyje tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko przed siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów. Z góry i z daleka pada na nich światło ognia, który się pali za ich plecami, a pomiędzy ogniem i ludźmi przykutymi biegnie górą ścieżka, wzdłuż której widzisz murek zbudowany równolegle do niej, podobnie jak u kuglarzy przed publicznością stoi przepierzenie, nad którym oni pokazują swoje sztuczki.
- Widzę – powiada.
- Więc zobacz, jak wzdłuż tego murku ludzie noszą różnorodne wytwory, które sterczą ponad murek; i posągi, i inne zwierzęta z kamienia i z drzewa, i wykonane rozmaicie i, oczywiście, jedni z tych, co je noszą, wydają głosy, a drudzy milczą.
- Dziwny obraz opisujesz i kajdaniarzy osobliwych.
- Podobnych do nas – powiedziałem. – Bo przede wszystkim czy myślisz, że tacy ludzie mogliby z siebie samych i z siebie nawzajem widzieć cokolwiek innego, oprócz cieni, które ogień rzuca na przeciwległą ścianę jaskini?” (Państwo VII,I)

Jak internauci patrzą na innych ludzi, z którymi komunikują się w sieci? Na ile czysto tekstowa natura tej formy komunikowania wpływa na odbiór ich cech – realnych bądź przypisywanych? Czy i na ile są świadomi, że natura sieci kształtuje sposób postrzegania innych osób? Cyberprzestrzeń to w pewnym wymiarze królestwo cieni. Emocje w sieci są także cieniami. Nie chodzi tu o ich słabość, ale o to, że nie oddają w pełni realnego sposobu bycia, osobowości uczestników procesu komunikacji.

Aspekt cienia buduje też swoista intymność cechująca CMC. Komunikowanie za pomocą tekstu, które jest ciągle jeszcze w sieci sposobem dominującym, sprawia, że związki między ludźmi nabierają specyficznego, bliskiego charakteru. Fakt, że poznawanie innych ludzi i nawiązywanie znajomości przebiega w zdeterminowanych technologią sposób, nie oznacza, że związki te nie mogą stać się bardzo silne i przenieść z rzeczywistości wirtualnej do realu. Dopóki nie zostanie przekroczona bariery technicznej, jaką stanowią ograniczenia w przepustowości, póki nie będzie możliwości szerszego stosowania obrazu w komunikowaniu (nie wspominam już o ewentualnych “wspomagaczach” innych zmysłów), aby wyjść z jaskini i lepiej poznać drugiego uczestnika komunikacji, trzeba będzie spotkać się z nim FTF w zwykłym świecie.

Internauci raczej rzadko zastanawiają się nad wrażeniem jakie robią w sieci. Brutalna wypowiedź na czacie czy ostry w treści e-mail budują ich wizerunek. Z większością uczestników komunikowania elektronicznego nigdy się nie spotkają w tzw. realu. Ich wizerunek sieciowy będzie jedynym wizerunkiem jaki inni internauci będą znać.

Czy internetowi grozi, że będzie tym samym co oglądanie cieni w jaskini? Znów – nie chodzi o przyłączanie się do chóru krytyków, ale o pokazanie, że Platon ma w zanadrzu jeszcze jedną mądrą radę. To czy użytkownicy sieci będą patrzeć na świat jak ludzie z jaskini opisanej w Państwie jest kwestią ich wyboru. Rzecz w postawie internautów, a nie w samej cyberkulturze. Powinni być świadomi tego, że są narażeni na to, że World Wide Web stanie się ich jaskinią.

BTW – jak nie zgodzić się z opinią Whiteheada, że cała nowożytna filozofia to tylko przypisy do Platona…?

Next Page »